Luna złapała łapkami palec Victorii i chciałoby się powiedzieć, że go ugryzła, ale ledwo złapała ją ząbkami raz czy drugi, zanim puściła. Ciekawsko spoglądała za swoją pańcią, a potem nagle odkryła, że w jej przestrzeni na kogoś innego. Nowego! Te złote ślepia stały się jak dwa spodki, kotka znieruchomiała. W pewnym momencie miała odruch, jakby planowała zeskoczyć, ale napotkała na jakąś niewidzialną barierę, albo przegrała z grawitacją, czy jakimś przyciąganiem do szerszych barków Sauriela - nie sposób stwierdzić. Nawet koci behawiorysta by tu nie pomógł. Sauriel uniósł zaś jedną brew, ale nawet podciągnął na moment kącik ust ku górze. Tak już został, kiedy Astaroth go mijał i szedł za zgrabną pupcią do piwnicy.
Nie na co dzień laska zaprasza cię do piwnicy, żebyś zobaczył jej małe kotki.
Rookwood wstał zaraz za nim - Luna wydarła się z oburzonym miałknięciem tak, jakby coś jej się stało. Nie stało. Zsunęła się z ramienia i spadła na wyciągnięte już dłonie Sauriela, owinęła się tam ogonem wokół swojego WIELKIEGO (niewątpliwie) ciałka i wyciągała swój pysk, chcąc powąchać idącego przed nią Astarotha. Zgadnijcie co - no nie udawało się jej. A nie udawało się, bo z jakiegoś powodu (niewiadomego), Sauriel nie szedł aż tak blisko, żeby dyszeć drugiemu wampirowi w kark. To znaczy... gdyby w ogóle dyszenie w jego przypadku było możliwe. On więc swojej filiżanki nie zabrał. Zabrałby pewnie, gdyby była tam whiskey. Ale nie chciał whiskey, bo chciał być w pełni (o zgrozo) trzeźwy na tym wspaniałym spotkaniu. Przy tym jeszcze wspanialszym przedsięwzięciu.
- Jeśli chcesz testować to tu... to zrób przestrzeń. - I na pewno - nie stójmy przy kociołku. Rozejrzał się po przestrzeni, jaką dysponowali. Niby można powiedzieć, że ścisku tutaj nie było, ale z drugiej strony jakby (nie daj Morgano) coś się tutaj potłukło... Sauriel już odliczał w kasie fiskalnej swojej głowy potencjalne straty. Jasne, można powiedzieć - przecież Victoria pieniędzy nie żałowała! Ale to niekoniecznie znaczyło, że użeranie się z tematem było tutaj mile widziane i wskazane. To przede wszystkim byłaby robota. A ona nie miała skrzata.
- Jakim liście? - Wyłapał to hasło i przeniósł wzrok na Victorię. Luna miauknęła. - Trochę się to mija z celem, tu chodzi o twoją samokontrolę. Jak ją mamy sprawdzić, jak będziesz związany, what the fuck... - Pokręcił lekko głową i poszedł za drzwi, żeby puścić Lunę. I te drzwi zamknął. Z całą miłością do kotów i ich chęcią podglądania (bo Kwiatuszek już była na schodach) - ryzykowanie, że coś im się stanie... o nie, nie. On musiał mieć dwoje oczu na niekontrolującym się młodziaku wampirzym. Pilnowanie kotów nie wchodziło w grę. - Czarujesz bezróżdżkowo? - Odpowiedź była jedna, więc... - To oddaj różdżkę i się nie stresuj. - Brakowało tu tylko jeszcze patronującego dodatku młody. Na szczęście obeszło się bez tego. - To jest aurorka, ja jestem... jej Kotem (?). - Ewidentnie zabrakło mu określenia, kim on tutaj jest. - Więc sobie z tobą poradzimy. - A różdżka będzie w dobrych rękach. Czy raczej - na dobrej półeczce. Poczeka sobie, aż z Astarothem będzie wszystko w porządku.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.