— L-lepiej, żeby tak było, Charlie — zastrzegł, chociaż znacznie się rozchmurzył, gdy dostał to zapewnienie. Nawet jeśli było one bardziej podszyte troską o niego niż szczerą chęcią trzymania się z dala od problemów trawiących w ostatnim czasie świat czarodziejów. — W przeciwnym razie rzucę Hogwart, wytropię cię i sprawię, że pożałujesz. W więcej niż jeden sposób. A znam parę sposobów na to, żeby zmusić cię do powiedzenia „przepraszam”.
Jego słowa zawisły między nimi, a gdy Cameron zdał sobie sprawę, że można było go zrozumieć dwojako, w jego ciemnobrązowych oczach zagościły iskierki paniki. Nie to miał na myśli. To znaczy, mógł mieć to na myśli, gdyż posunąłby się do tego typu działań, gdyby go zmuszono, ale wcale nie miał tego na myśli w głównym przekazie i... Uciekł na bok wzrokiem. Cóż, groźby w jego wykonaniu rzadko kiedy wywoływały strach, więc może ten sposób akurat na Charliego zadziała?
Skinął potakująco głową. Dziewczyna z całą pewnością znalazła się w nietypowej sytuacji. Samo to, że została zaatakowana, było zapewne dla niej sporym szokiem, nie mówiąc już o tym, że jeszcze jacyś przypadkowi ludzie udzielili jej wsparcia i zabrali do bezpiecznego schronienia. Przez głowę musiało jej przelatywać setki myśli i pewnie nie wszystkie były pozytywne. To był w końcu magiczny Londyn i nigdy nie było wiadomo, na kogo się trafi. Zmarszczył lekko brwi. Dalej nie dawało mu spokoju to, że Christie ewidentnie ich kojarzyła, ale oni jej ani trochę. Czy naprawdę aż tak się wyróżnili, kiedy jeszcze w pełnym składzie bujali się po szkolnych korytarzach?
— Mówisz, że zasłużyłem na nagrodę? — spytał niewinnie, chociaż po głosie słychać było, że łaknął podobnego uznania. Przesunął nieco głowę, co by ułatwić przyjacielowi dostęp do swojej czupryny, którą wydawał się obecnie aż tak zainteresowany. Westchnął cicho, poprawiając kołnierzyk przy koszuli Rookwooda, aby potem zacząć się bawić najwyższym zapiętym guzikiem: — Rozczarowałbym się samym sobą, gdyby zaklęcie nie dotrwały do rana.
Pokręcił głową na wzmiankę o bliznach. Naprawdę sądził, że była mu potrzebna? Już teraz młody amnezjator wyglądał tak dobrze, że przyciągał uwagę na ulicy, czy w licznych lokalach. Czy parę dodatkowych szram by to zmieniło? Mimochodem myśli Lupina zaczęła błądzić wokół tego, jaka skaza mogłaby „ubogacić” aparycję Charlesa. Może rozcięcie na brwi dodałoby mu nieco charakteru?
— Nieprawda, to po prostu światło tak pada — skomentował wymijająco komplement na temat swojego wyglądu. — Ale masz rację. Kiedy Ruda latała na tej swojej miotełce, cały czas chodziła poobijana, a i tak miała branie, więc może coś w tym jest. Tyle że... Ty? Bad boyem? — Prychnął pod nosem, chociaż uśmiech goszczący na jego ustach nigdzie się nie wybierał. — Bliżej Ci do kochasia z sąsiedztwa o złotym sercu. I cholernie brudnych myślach. Zwłaszcza — Podniósł wzrok, a ten spoczął na tęczówkach przyjaciela. — w takich momentach.
Kusiciel od siedmiu boleści, przeklął w myślach, zupełnie jakby dwuznaczne gesty chłopaka sprawiały mu więcej bolączek niż przyjemności. Nie ulegało wątpliwości, że lgnęli do siebie i to pomimo niezbyt sprzyjających okoliczności. A Cameron nie miał w sobie wystarczająco siły woli, aby pozwolić tym ostatnim strzępkom rozsądku, które się w nim uchowały, zatrzymać to, póki jeszcze była ku temu możliwość. Pod wpływem dotyku delikatnych palców Charliego przemykających pod materiałem grubego swetra, dostał gęsiej skórki.
— Ciężko się skupić, gdy tak robisz. To nie jest fair — skomentował z pretensją, jakby był tutaj jedynie niewinną ofiarą.
Nie drgnął, nawet gdy Charlie nachylił się nad jego uchem, szepcząc o rzeczach, które sprawiły, że jego policzki oblały się czerwienią. Nie były mu obce tego typu odzywki w wykonaniu przyjaciela, jednak te nawet nie były aż tak sprośne. Wręcz przeciwnie. Jak na kogoś tak bezpośredniego w swoim sposobie bycia, zaskoczył go subtelnością i wyczuciem. Czyżby chcieć faktycznie znaczyło móc? Cóż, w przypadku Rookwooda nie byłby zbytnio zaskoczony, gdyby ta dewiza stała się mu bliższa niż rodowe motto. Poza tym, jeśli po spartaczeniu sprawy z Kristy, testował wody, czy inne podejście zdaje egzamin... To na razie szło mu śpiewająco.
— T-t-to — zaczął, aż wydał z siebie zawiedziony jęk. Już na tym etapie ciało go zdradziło i się poddało. Mózg, a właściwie ostatnie dwie szare komórki starające się zasilać to dziadostwo, jeszcze walczył o zachowanie jasności myślenia, ale w tym towarzystwie przegrana zdawała się nieuchronna. Odchylił się lekko, co by lepiej widzieć Charlesa. — To obietnica, czy groźba? Bo o ile chodzi o to pierwsze, cholernie się dzisiaj u mnie zadłużasz, a jeśli o drugie, to podobno — Uniósł lekko brwi— czyny mówią więcej niż słowa. Do odważnych świat należy, b-bohaterze.
Uśmiechnął się półgębkiem. Może nie powinien go prowokować. Może powinien mu przypomnieć, że tuż za ścianą spała lub nasłuchiwała praktycznie nieznana im dziewczyna, która mogła w każdej chwili wrócić. Może powinni dopić doprawiony herbatą alkohol i pozwolić, aby Morfeusz zabrał ich do swojej odległej krainy z dala od świata, gdzie Śmierciożercy czyhali na nie-wiadomo-komu ducha winnym ludziom. Może... Spuścił wzrok na koszulę Charlesa, orientując się, że guzik, który do tej pory jedynie obracał między palcami, został rozpięty. Nie wiadomo kiedy i nie wiadomo przez kogo. Magia, czysta magia, pomyślał, zagryzając lekko kącik ust.