Wyciągnąć do kogoś dłoń. Rękę. Symbol pomocy, nadzieja na to, że wstaniesz ze swoich kolan, kiedy już jedziesz na dno. Możliwość zawrócenia. Nie musisz pełzać - możesz się wyprostować. Prosta możliwość. Banalna możliwość. Prosty gest. Wielkie możliwości. Jak z tą nadzieją, tak? Zawsze warto ją mieć, bo gdybyśmy byli jej pozbawieni to próba budowania czegokolwiek z góry mogła zostać skazana na porażkę. Nadzieja. Jak ten gest - wszystko zamykało się w kole, które tworzyło nowe możliwości. Perspektywy te były jak drzewa, których gałęzie rozrastały się we wszystkie strony świata, we wszystkich kierunkach i zaczynały się ze sobą plątać. Jak ludzie się plątali. Ze swoimi problemami, emocjami, dzieląc się swoim szczęściem. Nagle to wszystko stawało się handlem wymiennym. Nie rozliczaliśmy się w walucie namacalnej, bo mijało się to z celem. Lecz rozliczamy się nagle w walucie emocji. Ty mi coś dasz, ja ci coś dam, a nawet nikt nie dostrzega, że to była swoista transakcja. Tutaj też ona obowiązywała. Jedynym problemem było to (ale i urokiem), że żaden z nich nie znał cen kursu.
Wyciągnął dłoń do jej i dotknął jej. Złapał ją, zacisnął palce, chociaż wydawałoby się w pierwszej chwili, że jednak swojej ręki nie poda. Kiedy tak spoglądał na jej palce i niepewność osiągała inny wymiar... albo może i nie? Wahanie. Przecież nie rosła w nim niepewność - było w nim tylko wahanie. A w Victorii? Tej osobie, która wybór dawała i przecież nie kładła presji na to, że którykolwiek z nich był nieprawidłowy. Jeśli nawet zrobi jej się smutno - skryje to. Przecież tak to działa, tak?
- Ja nie... nie wiem. - Zmarszczył brwi i znowu widać było niezadowolenie na jego twarzy, tą irytację, która powróciła, a kiedy przymus (samemu sobie nadany) skupienia się na niechcianej i odtrącanej emocji wpełzał do niego. To nie Victoria tworzyła ten przymus. On go tworzył, bo chciał na to odpowiedzieć. No bo czy to nie było frustrujące? Fakt, że nawet nie wiedział, co tak mocno go frustruje? Co go wkurza, bo przecież łatwiej określić, co tworzy element presji... przynajmniej tak to sobie teraz w głowie tłumaczył. Że łatwiej. Samousprawiedliwienie, musiał jakoś to wszystko rozwiązywać. - Boję się, że on ci coś zrobi. - Tylko co? Nawet nie potrafił tego wymyślić. I dlaczego w ogóle miałby? Na pewno by się coś znalazło, a już mógł słyszeć, jak to będzie ta niechciana dźwignia. Tylko czy kwestia porozmawiania z nim chwili naprawdę robiła taką różnicę? W jego głowie - tak. Świat, w swojej niedoskonałości, nie chciał znaleźć tu prawidłowej odpowiedzi. - Ay... no, kurwa... - Uśmiechnął się pod nosem, jak odkrył, że właśnie na jej hasło, że przeprasza, ale się zdenerwowała, rzuca kurwami - właśnie rzucił kurwą. Przyłożył drugą (wolną) rękę do czoła i opuścił głowę, kręcąc nią. Nie to, żeby szczególnie kiedykolwiek stopował się z przekleństwami, ale przecież rzucanie nimi miało różne wymiary. Były takim samym nawykiem jak ciągłe poprawianie włosów czy strzelanie długopisem w ręce. - Czekaj, CO? - I to go obudziło. - Joseph myślał, że..! - Prawie się zerwał, prawie zapłonął świętym gniewem, gdyby był żywy to właśnie by jego policzki stały się czerwone. - Aaaa..! Kuurwa! - Teraz to się wręcz plasnął w czoło, kiedy dodała, bardzo zwinnie, że to SKRZAT. Że chodziło o skrzata. - Ten skrzat jest zjebany, warty swojego pana... nie żeby Joseph był... ale wiesz... - To ostatnie to już tak burknął, że Victoria mogła wręcz nie zrozumieć, co on tam zaczął mamrotać pod nosem. - Jego panem jest tylko Joseph. Tak na przyszłość. To wyjątkowy skrzat. Odbiega od... norm grzecznych elfiątek domowych.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.