25.01.2025, 18:25 ✶
Wiekowe grabie były upartolone zaschniętą ziemią od czubka trzonka po ostatnie ząbki. Woody podrzucił je, zważył w dłoni, przejechał palcem po drewnianej rączce w poszukiwaniu drzazg. Zmarszczył brwi, przekrzywił głowę. No niezłe, niezłe.
Przed szopą przy domku ogrodnika, którą właśnie przetrząsał CW Longbottom, stała taczka załadowana po brzegi szpadlami, siekierą, piłą ręczną, paczką gwoździ, gracką — pełna różnorodność szmelcu ogrodowego. Było też kilka wiader z niezidentyfikowaną sypką zawartością. Woody przydybany został bowiem na przygotowaniach do wyprowadzenia z terenów Warowni kilku fantów. Jemu się w nowym domu bardziej przydadzą, a tata kupi sobie nowe. Ba, nawet nie kupi, tylko zleci komuś, o ile w ogóle zainteresuje go garść zaginionych narzędzi.
Gdy młody i piękny czarodziej o złotej grzywie usłyszał wołania Jonathana, już wiedział, że coś się święci. Przewrócił oczami — po co mu zawracają głowę? duzi są — i niewzruszony oglądał dalej grabie, pogwizdując wesoło.
— Pan Longbottom? — zapytał Clemens zadziwiony i spojrzał wymownie w stronę domu, w okna gabinetu Godryka. — Ojca chyba nie ma.
No gdzie on pan? Gdzie on pan? Ty złośliwy mały gnojku. Dwadzieścia parę lat, dorodny, silny młodzieniec, wyluzowany, zabawowy, na bieżąco z młodzieżowymi trendami. Jaki on pan? Dobry ziomo, równy kolo.
— W dziurze w lesie? — Zadowolony z inspekcji grabi ziomo odłożył je na taczkę i w końcu poświęcił Jonathanowi nieco więcej uwagi. — A po chuj on się tam wpierdalał? Wybacz mi język. — Woody, ciołku, on ma czternaście lat.
Ze względu na ostatnie przygody z Morpheusem, które zakończyły się trwałym przestawieniem nastoletniego nosa, Clemens — mimo swobodnej i lekkiej maniery, z jaką potraktował tę sprawę — w środku zdążył już wycedzić całą wiązankę soczystych przekleństw. I znowu, znowu Morpheus zrobił sobie krzywdę na jego warcie. Trzeba szybko zabierać taczki i wiać, bo już go tu nigdy nie wpuszczą.
— Dużo mu zostało, nie martw się. — Zanurkował z powrotem do szopy, padając na czworaka, i zaczął majstrować coś pod jakąś stertą. — Chodź, Johnny, chuchro jeszcze jesteś, to się zmieścisz. Widzisz tam… pod drabinę trzeba wleźć i mi ten worek nawozu wyszarpać spod donic. Albo mi poświecić chociaż.
Quintessa mówiła coś o pięknym ogrodzie, coś tam chciała sadzić, choć chyba dopiero na przyszły rok. Nie szkodzi, poleży, poczeka. Toć nawóz jak wino dojrzewa.
I cóż, szaber szabrem, ale poddał się ostatecznie brygadzista namowom spanikowanego chłopca. Czy było wyjście? Nie zostawi dzieciaka tak po prostu. O nakablowaniu rodzicom także mowy nie było, szcególnie teraz gdy łączyła ich zmowa. A poza tym ogólnie konfidenctwo było poniżej jego poziomu.
Westchnął ciężko, zamknął drzwi szopy i otrzepał ręce.
— No już, już. Idziemy — mruknął zrezygnowany i dał się poprowadzić Selwynowi.
Po drodze narzekał mu nieporuszony nieszczęściem Morpheusa na wszystko, co na świecie: na remont, na pracę, na ojca. Na to, że oni trzej to w ogóle banda durni i że on w ich wieku sam umiał wyjść z dziury.
Tak oto stanęli finalnie na miejscu tragedii. Woody obrzucił przelotnym spojrzeniem Anthony’ego, lecz zasadniczą część uwagi otrzymał braciszek. Wzrok, jakim starszy Longbottom obrzucił młodszego, wystarczał za wszelkie słowa.
Chyba sobie ze mnie żartujesz, w wolnym tłumaczeniu powiedziały jego oczy.
— Ty jesteś głupszy niż ustawa przewiduje — zawtórowały jego usta. — Co ja mam teraz z tobą zrobić?
Przed szopą przy domku ogrodnika, którą właśnie przetrząsał CW Longbottom, stała taczka załadowana po brzegi szpadlami, siekierą, piłą ręczną, paczką gwoździ, gracką — pełna różnorodność szmelcu ogrodowego. Było też kilka wiader z niezidentyfikowaną sypką zawartością. Woody przydybany został bowiem na przygotowaniach do wyprowadzenia z terenów Warowni kilku fantów. Jemu się w nowym domu bardziej przydadzą, a tata kupi sobie nowe. Ba, nawet nie kupi, tylko zleci komuś, o ile w ogóle zainteresuje go garść zaginionych narzędzi.
Gdy młody i piękny czarodziej o złotej grzywie usłyszał wołania Jonathana, już wiedział, że coś się święci. Przewrócił oczami — po co mu zawracają głowę? duzi są — i niewzruszony oglądał dalej grabie, pogwizdując wesoło.
— Pan Longbottom? — zapytał Clemens zadziwiony i spojrzał wymownie w stronę domu, w okna gabinetu Godryka. — Ojca chyba nie ma.
No gdzie on pan? Gdzie on pan? Ty złośliwy mały gnojku. Dwadzieścia parę lat, dorodny, silny młodzieniec, wyluzowany, zabawowy, na bieżąco z młodzieżowymi trendami. Jaki on pan? Dobry ziomo, równy kolo.
— W dziurze w lesie? — Zadowolony z inspekcji grabi ziomo odłożył je na taczkę i w końcu poświęcił Jonathanowi nieco więcej uwagi. — A po chuj on się tam wpierdalał? Wybacz mi język. — Woody, ciołku, on ma czternaście lat.
Ze względu na ostatnie przygody z Morpheusem, które zakończyły się trwałym przestawieniem nastoletniego nosa, Clemens — mimo swobodnej i lekkiej maniery, z jaką potraktował tę sprawę — w środku zdążył już wycedzić całą wiązankę soczystych przekleństw. I znowu, znowu Morpheus zrobił sobie krzywdę na jego warcie. Trzeba szybko zabierać taczki i wiać, bo już go tu nigdy nie wpuszczą.
— Dużo mu zostało, nie martw się. — Zanurkował z powrotem do szopy, padając na czworaka, i zaczął majstrować coś pod jakąś stertą. — Chodź, Johnny, chuchro jeszcze jesteś, to się zmieścisz. Widzisz tam… pod drabinę trzeba wleźć i mi ten worek nawozu wyszarpać spod donic. Albo mi poświecić chociaż.
Quintessa mówiła coś o pięknym ogrodzie, coś tam chciała sadzić, choć chyba dopiero na przyszły rok. Nie szkodzi, poleży, poczeka. Toć nawóz jak wino dojrzewa.
I cóż, szaber szabrem, ale poddał się ostatecznie brygadzista namowom spanikowanego chłopca. Czy było wyjście? Nie zostawi dzieciaka tak po prostu. O nakablowaniu rodzicom także mowy nie było, szcególnie teraz gdy łączyła ich zmowa. A poza tym ogólnie konfidenctwo było poniżej jego poziomu.
Westchnął ciężko, zamknął drzwi szopy i otrzepał ręce.
— No już, już. Idziemy — mruknął zrezygnowany i dał się poprowadzić Selwynowi.
Po drodze narzekał mu nieporuszony nieszczęściem Morpheusa na wszystko, co na świecie: na remont, na pracę, na ojca. Na to, że oni trzej to w ogóle banda durni i że on w ich wieku sam umiał wyjść z dziury.
Tak oto stanęli finalnie na miejscu tragedii. Woody obrzucił przelotnym spojrzeniem Anthony’ego, lecz zasadniczą część uwagi otrzymał braciszek. Wzrok, jakim starszy Longbottom obrzucił młodszego, wystarczał za wszelkie słowa.
Chyba sobie ze mnie żartujesz, w wolnym tłumaczeniu powiedziały jego oczy.
— Ty jesteś głupszy niż ustawa przewiduje — zawtórowały jego usta. — Co ja mam teraz z tobą zrobić?
piw0 to moje paliwo