27.01.2025, 11:22 ✶
Zaczynał się poważnie zastanawiać, czy Mulciber nie miał jakiegoś rozszczepienia osobowości. Obserwował go, słuchał i powoli przestawał mieć nadzieję, że zdobędzie odpowiedź na swoje podejrzenia. Jeszcze chwilę temu Charles był jak wściekły miodożer, zamknięty w klatce, który walczył na krew i życie, waląc pięściami na oślep. Zadawał ciosy słowne i fizyczne. Po co? Czyżby świeczki powoli odbierały mu rozum? A może powoli pogrążał się w alkoholizmie, jak Robert? Na samą myśl o tym scenariuszu wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nie podobał mu się on.
- Nie potrzebuję - odpowiedział, wzruszając ramionami. Jego ciało lepiło się od potu, z czego zdał sobie sprawę dopiero teraz, gdy adrenalina opadła, krew przestała wrzeć w żyłach, a oddech na powrót stał się spokojny. Powoli sięgnął do guzików koszuli. Materiał był cholernie wytrzymały, skoro nie pękł przy tym ich tarzaniu się po podłodze. Krytycznym okiem obrzucił kolorowe drobinki. Nie było sensu ich teraz sprzątać magią, skoro Charles był niczym ta pieprzona wróżka, rozsiewając brokatowe kropelki wokół siebie. - Mam nadzieję, że trafiłem cię w coś.
Odpowiedział dość nieprzyjemnie, rzucając koszulę na podłogę. Spojrzał ostro na plecy Mulcibera, bo chyba nie myślał, że tak po prostu teraz zaczną się przytulać i spijać sobie słodkie słówka z dzióbków? Zaatakował go, sprowokował - nawet jeśli nieudolnie - i Lestrange musiał wiedzieć czemu. I czy to się powtórzy.
- Owszem, należało ci się. Gdyby nie brokat w oczach, doprawiłbym cię solidnym kopniakiem - dłoń Rodolphusa powędrowała do włosów, by przeczesać miękkie, czarne pasma i wrócić je z powrotem na miejsce. Mimo iż w jego głosie nie było złości czy nienawiści, to na pewno czuć było irytację. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i to nie tylko dlatego, że się tego nie spodziewał. Charles swoim zachowaniem mimo wszystko wytrącił go z równowagi, podczas tej sprzeczki poleciało kilka słów, których normalnie by w jego kierunku nie rzucił. - Co?
Zamrugał, nie wiedząc nawet, na które z tych ostatnich zdań odpowiedzieć. Najpierw mówi o Richardzie, który przestrzega go, żeby "uważał", potem o Malfoyu... A teraz o Scarlett.
- Mówiłem Ci już, Charles - nie denerwuj kobiety - powiedział, wykrzywiając wargi w grymasie. Czuł się, jakby mówił do ściany. - Po pierwsze: dlaczego nie pozwolisz jej po prostu popełniać własnych błędów? Po drugie: nie będę nikogo uwodził na czyjeś polecenie, a z pewnością nie na twoje. Uważasz, że kim w naszej relacji jesteś?
Spojrzał zimno na chłopaka. Aż prosiło się, żeby dokończyć alfonsem? - w końcu tak mu proponował. Rodolphus skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Charles albo się zapominał, albo naprawdę wypił za dużo. Miał do niego słabość, oczywiście, ale to co usłyszał... To co się stało - postawiło go w gotowości. Musiał przypominać sobie, że to nie był Robert. A więc dlaczego miał wrażenie, że te ostatnie słowa wypowiedział iście Robertową intencją? Idź, załatw to.
- Nie potrzebuję - odpowiedział, wzruszając ramionami. Jego ciało lepiło się od potu, z czego zdał sobie sprawę dopiero teraz, gdy adrenalina opadła, krew przestała wrzeć w żyłach, a oddech na powrót stał się spokojny. Powoli sięgnął do guzików koszuli. Materiał był cholernie wytrzymały, skoro nie pękł przy tym ich tarzaniu się po podłodze. Krytycznym okiem obrzucił kolorowe drobinki. Nie było sensu ich teraz sprzątać magią, skoro Charles był niczym ta pieprzona wróżka, rozsiewając brokatowe kropelki wokół siebie. - Mam nadzieję, że trafiłem cię w coś.
Odpowiedział dość nieprzyjemnie, rzucając koszulę na podłogę. Spojrzał ostro na plecy Mulcibera, bo chyba nie myślał, że tak po prostu teraz zaczną się przytulać i spijać sobie słodkie słówka z dzióbków? Zaatakował go, sprowokował - nawet jeśli nieudolnie - i Lestrange musiał wiedzieć czemu. I czy to się powtórzy.
- Owszem, należało ci się. Gdyby nie brokat w oczach, doprawiłbym cię solidnym kopniakiem - dłoń Rodolphusa powędrowała do włosów, by przeczesać miękkie, czarne pasma i wrócić je z powrotem na miejsce. Mimo iż w jego głosie nie było złości czy nienawiści, to na pewno czuć było irytację. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i to nie tylko dlatego, że się tego nie spodziewał. Charles swoim zachowaniem mimo wszystko wytrącił go z równowagi, podczas tej sprzeczki poleciało kilka słów, których normalnie by w jego kierunku nie rzucił. - Co?
Zamrugał, nie wiedząc nawet, na które z tych ostatnich zdań odpowiedzieć. Najpierw mówi o Richardzie, który przestrzega go, żeby "uważał", potem o Malfoyu... A teraz o Scarlett.
- Mówiłem Ci już, Charles - nie denerwuj kobiety - powiedział, wykrzywiając wargi w grymasie. Czuł się, jakby mówił do ściany. - Po pierwsze: dlaczego nie pozwolisz jej po prostu popełniać własnych błędów? Po drugie: nie będę nikogo uwodził na czyjeś polecenie, a z pewnością nie na twoje. Uważasz, że kim w naszej relacji jesteś?
Spojrzał zimno na chłopaka. Aż prosiło się, żeby dokończyć alfonsem? - w końcu tak mu proponował. Rodolphus skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Charles albo się zapominał, albo naprawdę wypił za dużo. Miał do niego słabość, oczywiście, ale to co usłyszał... To co się stało - postawiło go w gotowości. Musiał przypominać sobie, że to nie był Robert. A więc dlaczego miał wrażenie, że te ostatnie słowa wypowiedział iście Robertową intencją? Idź, załatw to.