27.01.2025, 13:24 ✶
Jeżeli Charles myślał, że może tak po prostu rzucić się na niego z pięściami, a potem świergolić słodko, to naprawdę grubo się mylił. Przyjaciele? Znał to słowo z książek. Znał definicję, wiedział z czym się to wiąże, lecz nie czuł nigdy do nikogo tej nici sympatii, by nazwać się czyimś przyjacielem.
- Gdybym chciał, to bym cię skrzywdził - odpowiedział gładko, oczywiście kłamiąc, bo wszystkie jego ciosy, które wyprowadził w tej bójce, były na poważnie. Tak, chciał go skrzywdzić - chciał uderzyć pięścią, chciał sprowadzić do parteru łokciem. Chciał, żeby poczuł ból. Tylko twój ojciec zasługuje na to, by wycierać nim podłogę - dobrze, że wrócił już do siebie, bo gdyby wypowiedział te słowa, to pewnie nawet brokat nie powstrzymałby Mulcibera przed tym, by faktycznie podbić mu drugie oko. - Kierujesz swoją agresję na niewłaściwą osobę.
Pochwycił ręcznik, lecz zaraz go upuścił na ziemię. Był nie tylko mokry, ale i brudny od brokatu. Znowu widział te emocje, kipiące pod jego skórą. Zastanawiał się co się tak naprawdę stało, że Charles stał się taki narwany. Może to efekt tej pewności siebie, którą miał zdobyć? Z tym, że pewność siebie nie powinna być nigdy mylona z nadmierną butą. A to właśnie widział w chłopaku: butę i przechwałki. Westchnął ciężko, unosząc dłoń. Ścisnął nasadę nosa, zaciskając jednocześnie powieki. Mulciberowie... Czemu on miał taką cholerną słabość do tej pieprzonej rodziny? Co jeden, to bardziej pojebany.
- Jeżeli uderzasz, musisz spodziewać się reakcji. Nie wiń mnie, że się broniłem - powiedział w końcu, przewracając oczami. Nie będzie wdawał się z nim w pyskówki, jakby byli starym małżeństwem - oboje byli na to zdecydowanie zbyt młodzi. Zamiast tego podszedł do Charlesa miękkim krokiem. Nie miał zamiaru go kopać czy też wycierać nim podłogi, jak pięknie zobrazował. Dotknął za to lekko jego policzka, zbierając palcem resztki brokatu. - Przyjaciele się tak zachowują?
Niemalże fuknął na niego z oburzeniem.
- Prowokują do bójki, nie wyjaśniają o co chodzi, a potem zmieniają swoje zachowanie o sto osiemdziesiąt stopni, jakby nagle ktoś im coś w głowie przełączył? I nie ruszaj się, głąbie, bo w końcu oślepniesz - dorzucił, nachylając się nad Mulciberem. Zaczął delikatnie i niezwykle ostrożnie oczyszczać mu kąciki oczu oraz powieki. Palcami, czystym ręcznikiem, papierem - czymkolwiek, co jeszcze nie było ujebane w drobinkach. - Nic nie poradzę na ten, co masz w oczach, ale nie ma go chyba dużo. Może da się go wypłukać, ale najpierw trzeba zebrać cały z twarzy.
Na razie nie poruszał tematu Scarlett. Nadal się czuł urażony jego propozycją. Co on miał kurde zrobić, porozmawiać z jego siostrą, której nie znał? Bawić się w jakiegoś posłańca czy jeszcze gorzej: terapeutę? A może po prostu użyć na niej swoich umiejętności? Nie miał pojęcia, co Charles chciał, żeby Rodolphus zrobił. Miał wedrzeć się do jej umysłu i namieszać w nim tak, jak to zrobił z Lorien?
- Tak. To twoja siostra. Co ja mam do tego? Dlaczego uważasz, że posłucha akurat mnie? Przecież nigdy jej nie widziałem.
- Gdybym chciał, to bym cię skrzywdził - odpowiedział gładko, oczywiście kłamiąc, bo wszystkie jego ciosy, które wyprowadził w tej bójce, były na poważnie. Tak, chciał go skrzywdzić - chciał uderzyć pięścią, chciał sprowadzić do parteru łokciem. Chciał, żeby poczuł ból. Tylko twój ojciec zasługuje na to, by wycierać nim podłogę - dobrze, że wrócił już do siebie, bo gdyby wypowiedział te słowa, to pewnie nawet brokat nie powstrzymałby Mulcibera przed tym, by faktycznie podbić mu drugie oko. - Kierujesz swoją agresję na niewłaściwą osobę.
Pochwycił ręcznik, lecz zaraz go upuścił na ziemię. Był nie tylko mokry, ale i brudny od brokatu. Znowu widział te emocje, kipiące pod jego skórą. Zastanawiał się co się tak naprawdę stało, że Charles stał się taki narwany. Może to efekt tej pewności siebie, którą miał zdobyć? Z tym, że pewność siebie nie powinna być nigdy mylona z nadmierną butą. A to właśnie widział w chłopaku: butę i przechwałki. Westchnął ciężko, unosząc dłoń. Ścisnął nasadę nosa, zaciskając jednocześnie powieki. Mulciberowie... Czemu on miał taką cholerną słabość do tej pieprzonej rodziny? Co jeden, to bardziej pojebany.
- Jeżeli uderzasz, musisz spodziewać się reakcji. Nie wiń mnie, że się broniłem - powiedział w końcu, przewracając oczami. Nie będzie wdawał się z nim w pyskówki, jakby byli starym małżeństwem - oboje byli na to zdecydowanie zbyt młodzi. Zamiast tego podszedł do Charlesa miękkim krokiem. Nie miał zamiaru go kopać czy też wycierać nim podłogi, jak pięknie zobrazował. Dotknął za to lekko jego policzka, zbierając palcem resztki brokatu. - Przyjaciele się tak zachowują?
Niemalże fuknął na niego z oburzeniem.
- Prowokują do bójki, nie wyjaśniają o co chodzi, a potem zmieniają swoje zachowanie o sto osiemdziesiąt stopni, jakby nagle ktoś im coś w głowie przełączył? I nie ruszaj się, głąbie, bo w końcu oślepniesz - dorzucił, nachylając się nad Mulciberem. Zaczął delikatnie i niezwykle ostrożnie oczyszczać mu kąciki oczu oraz powieki. Palcami, czystym ręcznikiem, papierem - czymkolwiek, co jeszcze nie było ujebane w drobinkach. - Nic nie poradzę na ten, co masz w oczach, ale nie ma go chyba dużo. Może da się go wypłukać, ale najpierw trzeba zebrać cały z twarzy.
Na razie nie poruszał tematu Scarlett. Nadal się czuł urażony jego propozycją. Co on miał kurde zrobić, porozmawiać z jego siostrą, której nie znał? Bawić się w jakiegoś posłańca czy jeszcze gorzej: terapeutę? A może po prostu użyć na niej swoich umiejętności? Nie miał pojęcia, co Charles chciał, żeby Rodolphus zrobił. Miał wedrzeć się do jej umysłu i namieszać w nim tak, jak to zrobił z Lorien?
- Tak. To twoja siostra. Co ja mam do tego? Dlaczego uważasz, że posłucha akurat mnie? Przecież nigdy jej nie widziałem.