27.01.2025, 15:45 ✶
To prawda. Gdyby nie te wszystkie przykre słowa, które opuściły jego usta, to Mulciber nie musiałby się rzucać na niego najpierw słownie, a potem fizycznie. Kącik ust Rodolphusa drgnął, bo przecież Charles miał rację: wiedział w jakim jest nastroju. Wiedział, po co tu przyszedł. Tak, zrobił to celowo. Mulciber nie był taki głupi, jak niektórzy mogliby myśleć.
- Obraziłeś mnie w liście, mogłem nie dać się prowokować, ale sam tego chciałeś, prawda? - odrobinę zmienił ton - nie dlatego, że Charles znowu zaczynał się ciskać, co mogłoby skończyć się w tej chwili naprawdę źle. Na przykład wsadzeniem mu palca w oko. Tego jeszcze brakowało. Ale dlatego, że znowu to robił.
Ach, jak rozkosznie kulił uszy po sobie, gdy tylko Lestrange wyciągał dłoń, by go pogłaskać. To była zdecydowanie lepsza metoda, niż zwinięte w pięści dłonie i Rodolphus doskonale o tym wiedział - ludzi należało przyciągać do siebie nie strachem i przemocą, a zrozumieniem i otwartością. Nie mógł jednak pozwolić mu się oczerniać, nawet jeżeli po czasie uważał, że zarówno jego, jak i Mulcibera odzywki, były po prostu gówniarskie, tak samo jak ta cała szarpanina. Bo walką by tego nie nazwał: wyprowadzali ciosy tak, by zabolało, ale wszystko skończyło się zdecydowanie zbyt szybko, by móc mówić o jakimkolwiek pojedynku. No i nie polała się krew, więc co to za walka?
- Nie zdążyłem odpalić tej, którą mi wysłałeś - powiedział po chwili, wycierając opuszki palców o spodnie. Raz, drugi, trzeci... Jebane gówno nie chciało zejść. Jeżeli brokat nigdy do niego nie pasował, to teraz Lestrange po prostu go kurwa nienawidził. - Wysłałeś komuś jeszcze świeczki z tym olejkiem?
W końcu udało mu się wytrzeć palce o ręcznik. Mógł kontynuować, chociaż nie uśmiechało mu się wydłubywanie takich drobin z jego ciała. Miał inne plany na ten wieczór. Mimo to słuchał go tak, jak słuchał do tej pory. Przyswajał informacje na temat tego, że być może to ten olejek, może to świeczka. A może to mieszanina zapachów? Coś poszło nie tak podczas tworzenia? Czy przy robieniu świec rzucało się zaklęcia? Nie miał pojęcia, nie znał się na tym - o świeczkach wiedział tyle, że potrafił odpalić knot.
- Pobicie Baldwina nic nie da. Gdy od ciebie wyszedłem, posłałem po informacje. Moje niezwykle urokliwe źródełko rzecze, że nazywają go Orfeuszem Podziemi. Że czarną magię wplata w słowa, które wypowiada w kierunku przeciwników - przerwał na chwilę, analizując od nowa list, który otrzymał od Lorraine. Nie chciał szukać Baldwina, bo przecież był jej rodziną - nosił to samo nazwisko, może był kuzynem, może bratem a może samym starym. Ale teraz te ostrzeżenia w kontekście Scarlett brzmiały dość niepokojąco. - Nierozsądni ludzie nie słuchają rozsądnych. Uczą się tylko poprzez popełnianie własnych błędów. Jeżeli jednak chcesz, mogę z nią porozmawiać, chociaż sam nie wiem, co miałbym jej powiedzieć. Nie podoba ci się Baldwin Malfoy, ja z kolei nie wiem, kim on jest poza osobą, której należy się wystrzegać, bo ewidentnie ma powiązania z Nokturnem, o czym wspominała mi pewna ptaszyna. Jak naciśniesz siostrę za mocno, to nie tylko ci odda, ale zrobi z życia piekło.
Bo baby właśnie takie były. Rodolphus westchnął cicho, czując dłonie na swojej klatce piersiowej. Charles zasłużył na solidnego plaskacza, który by go otrzeźwił. Albo na dwa. Ewentualnie cztery. Ale gdy Lestrange podniósł rękę, to nie potrafił powstrzymać się przed wpleceniem palców w jego zmierzwione włosy. Teraz, gdy Charlie stał przed nim blady, z zaczerwionymi oczami i mokrą od wody twarzą, ciężko było pozbyć się wrażenia, że to wszystko było tylko wyjątkowo realistyczną iluzją. Nie żałował tego, że go uderzył - ale nie potrafił teraz podnieść na niego ręki. Był zły na siebie, że nie potrafił chwycić go za kark i ugiąć do podłogi, by pokazać że przepraszać to powinien na kolanach. Że to wszystko to była tylko i wyłącznie jego wina. Nie potrafił wykonać tego ostatecznego gestu, który zaplanował starannie, gdy spotkali się latem i wpadł mu do głowy pomysł zemsty na Richardzie. Może to jeszcze nie był odpowiedni moment? A może po prostu okłamywał się, bo tak naprawdę lubił mieć przy sobie kogoś, kto reagował na samo jego spojrzenie właśnie w ten sposób? To mile łechtało jego ego.
- Spójrz w lewo - poprosił, odrobinę unosząc jego głowę. Błyszczący odłamek znajdował się tak blisko gałki ocznej, na linii wodnej, że musiał się nachylić i zamilknąć, nie chcąc drasnąć białka paznokciem. - Nie wydaje mi się, żeby coś tam jeszcze zostało, ale ciężko mi zobaczyć w tym świetle.
Najlepiej by było spojrzeć na te oczy w świetle dnia lub chociażby lamp, a nie świec w łazience - i to w środku nocy. Oglądał jego twarz z każdej strony, ale nie był pewny, czy udało się im pozbyć z oczu wszystkiego. Nawet nie myślał o tym, że Charles dotykając go przeniósł brokat na jego skórę. Najpierw jeden problem.
- Obraziłeś mnie w liście, mogłem nie dać się prowokować, ale sam tego chciałeś, prawda? - odrobinę zmienił ton - nie dlatego, że Charles znowu zaczynał się ciskać, co mogłoby skończyć się w tej chwili naprawdę źle. Na przykład wsadzeniem mu palca w oko. Tego jeszcze brakowało. Ale dlatego, że znowu to robił.
Ach, jak rozkosznie kulił uszy po sobie, gdy tylko Lestrange wyciągał dłoń, by go pogłaskać. To była zdecydowanie lepsza metoda, niż zwinięte w pięści dłonie i Rodolphus doskonale o tym wiedział - ludzi należało przyciągać do siebie nie strachem i przemocą, a zrozumieniem i otwartością. Nie mógł jednak pozwolić mu się oczerniać, nawet jeżeli po czasie uważał, że zarówno jego, jak i Mulcibera odzywki, były po prostu gówniarskie, tak samo jak ta cała szarpanina. Bo walką by tego nie nazwał: wyprowadzali ciosy tak, by zabolało, ale wszystko skończyło się zdecydowanie zbyt szybko, by móc mówić o jakimkolwiek pojedynku. No i nie polała się krew, więc co to za walka?
- Nie zdążyłem odpalić tej, którą mi wysłałeś - powiedział po chwili, wycierając opuszki palców o spodnie. Raz, drugi, trzeci... Jebane gówno nie chciało zejść. Jeżeli brokat nigdy do niego nie pasował, to teraz Lestrange po prostu go kurwa nienawidził. - Wysłałeś komuś jeszcze świeczki z tym olejkiem?
W końcu udało mu się wytrzeć palce o ręcznik. Mógł kontynuować, chociaż nie uśmiechało mu się wydłubywanie takich drobin z jego ciała. Miał inne plany na ten wieczór. Mimo to słuchał go tak, jak słuchał do tej pory. Przyswajał informacje na temat tego, że być może to ten olejek, może to świeczka. A może to mieszanina zapachów? Coś poszło nie tak podczas tworzenia? Czy przy robieniu świec rzucało się zaklęcia? Nie miał pojęcia, nie znał się na tym - o świeczkach wiedział tyle, że potrafił odpalić knot.
- Pobicie Baldwina nic nie da. Gdy od ciebie wyszedłem, posłałem po informacje. Moje niezwykle urokliwe źródełko rzecze, że nazywają go Orfeuszem Podziemi. Że czarną magię wplata w słowa, które wypowiada w kierunku przeciwników - przerwał na chwilę, analizując od nowa list, który otrzymał od Lorraine. Nie chciał szukać Baldwina, bo przecież był jej rodziną - nosił to samo nazwisko, może był kuzynem, może bratem a może samym starym. Ale teraz te ostrzeżenia w kontekście Scarlett brzmiały dość niepokojąco. - Nierozsądni ludzie nie słuchają rozsądnych. Uczą się tylko poprzez popełnianie własnych błędów. Jeżeli jednak chcesz, mogę z nią porozmawiać, chociaż sam nie wiem, co miałbym jej powiedzieć. Nie podoba ci się Baldwin Malfoy, ja z kolei nie wiem, kim on jest poza osobą, której należy się wystrzegać, bo ewidentnie ma powiązania z Nokturnem, o czym wspominała mi pewna ptaszyna. Jak naciśniesz siostrę za mocno, to nie tylko ci odda, ale zrobi z życia piekło.
Bo baby właśnie takie były. Rodolphus westchnął cicho, czując dłonie na swojej klatce piersiowej. Charles zasłużył na solidnego plaskacza, który by go otrzeźwił. Albo na dwa. Ewentualnie cztery. Ale gdy Lestrange podniósł rękę, to nie potrafił powstrzymać się przed wpleceniem palców w jego zmierzwione włosy. Teraz, gdy Charlie stał przed nim blady, z zaczerwionymi oczami i mokrą od wody twarzą, ciężko było pozbyć się wrażenia, że to wszystko było tylko wyjątkowo realistyczną iluzją. Nie żałował tego, że go uderzył - ale nie potrafił teraz podnieść na niego ręki. Był zły na siebie, że nie potrafił chwycić go za kark i ugiąć do podłogi, by pokazać że przepraszać to powinien na kolanach. Że to wszystko to była tylko i wyłącznie jego wina. Nie potrafił wykonać tego ostatecznego gestu, który zaplanował starannie, gdy spotkali się latem i wpadł mu do głowy pomysł zemsty na Richardzie. Może to jeszcze nie był odpowiedni moment? A może po prostu okłamywał się, bo tak naprawdę lubił mieć przy sobie kogoś, kto reagował na samo jego spojrzenie właśnie w ten sposób? To mile łechtało jego ego.
- Spójrz w lewo - poprosił, odrobinę unosząc jego głowę. Błyszczący odłamek znajdował się tak blisko gałki ocznej, na linii wodnej, że musiał się nachylić i zamilknąć, nie chcąc drasnąć białka paznokciem. - Nie wydaje mi się, żeby coś tam jeszcze zostało, ale ciężko mi zobaczyć w tym świetle.
Najlepiej by było spojrzeć na te oczy w świetle dnia lub chociażby lamp, a nie świec w łazience - i to w środku nocy. Oglądał jego twarz z każdej strony, ale nie był pewny, czy udało się im pozbyć z oczu wszystkiego. Nawet nie myślał o tym, że Charles dotykając go przeniósł brokat na jego skórę. Najpierw jeden problem.