Victoria starała się być realistką, osobą, która nie odkleja za mocno swoich butów od ziemi. Albo czasami znowu starała się je odklejać, a wychodziło to różnie. Ten jej realizm, który w oczach Sauriela był niepoprawnym optymizmem, stanowił czasem powód irytacji Rookwooda, a czasem był głównym motorem napędzającym jego siłę do działania. Błogosławieństwem, które skapywało na niego jak ambrozja z kwiatu orchidei zasadzonej w boskich ogrodach. Wszystko tam pięknie rosło, nawet te delikatne kwiaty zaczynały być wiecznokwitnące. Jeśli coś miało z tego koperku, który Sauriel dostał w ręce, skapywać - to tylko krew.
- No, no i ryzykować, że zaraz dziurę w ścianie wydupie, albo co... - Ani nie zamierzał ryzykować uczenia się transmutacji na takim gównie, ani też nie zamierzał ryzykować, że coś pójdzie nie tak przy tak precyzyjnym zajęciu. Już nie wspominając, że skuteczność magii bywała dość kapryśna. Dzisiaj transmutacja się uda, a jutro coś się spierdoli. Albo nagle coś się odjebie z tą translokacją dziwnego. Sprawdzone, stare sposoby - ufać możesz tylko sile swoich ramion! A tamten user manual wywal do kosza, bo przecież prawdziwy samiec go nie potrzebował. - Taak właśnie myślę. - Uśmiechnął się i w zadowoleniu podparł się pod boki. - Ty się znasz. To jakie powinny być ściany? - Panele były z neutralnego, ciemnego drewna. Czarnowłosy przez moment rozejrzał się po ścianach, ale nie pojawił się żaden magiczny napis "czwórkę, czwórkę wybierz panie!". Aktualnie było na nich nic - tylko ten dziwny... to dziwne coś, czym kazali mu posmarować i pomalować przed kładzeniem farby. Specyficzny zapach gładzi nadal unosił się w powietrzu, chociaż okno było otworzone. Wietrzyło się. To była jednak spokojna dzielnica, więc żadnego rumoru samochodów czy darcia się wałęsających się młodych gniewnych. Przynajmniej dzisiejszej nocy. - Wszystkie. Kasy mi nie brak. - Ale spojrzał na tę kanapę i stolik. - ... no, prawie. Te dwie rzeczy lubię. - Inaczej by ich tutaj nie targał. - I akurat z nimi się teleportowałem. - Spojrzał z ukosa na Victorię, jakby to był wielki sekret. Trochę był! Bo przecież to oznaczało przyznanie jej racji, a przyznawanie racji było... nie-e. FUJKA.
- No... zielone jak zielone... ładne. - Bo on się znał na takich habziach zielonych? Może być. Na razie nie robiła żadnego piorunującego wrażenia, ot listki... - A co by się stało jakby zasadzić liście dębu? - Ostatnio się dowiedział, że dęby jednak nie mają igieł, tylko liście. To był prawdziwy szok, bo ze Stanleyem spotkali się przecież pod dębem - i ten dąb miał totalnie igły. Może jakaś inna mutacja i odmiana. No bo znów - przecież nie przyzna żaden, że po prostu nie mieli pojęcia, jak dąb wygląda. - Ooo! Dobrze, że nie wysysa innych roślin. Prawda, wegeto? - Pomiział palcem listek prawie tak, jakby mówił do... kociaka. Albo do dziecka. - Może się nazywać Sauriel junior. - Otulił doniczkę ramieniem i... i odstawił ją, zrobił parę kroków do jednego pudła, wyciągnął aparat. Wcisnął go w ręce Victorii. - Zrób mi fote z Saurielem juniorem. Takie dwie piękności jak my zasługują na uwiecznienie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.