Cisza. Spokój. Tylko dwa żywe duchy (przynajmniej tak na trzy rzuty oka). Okoliczności idealne do włamań lub „obywatelskich interwencji”. W ich przypadku to drugie, bo przecież Elijah słaniał się na nogach, jak wchodził do budynku, drzwi za sobą nie domknął, jakiś taki nieswój się wydawał. To jak to tak można zostawić czarodzieja w ewidentnej potrzebie?
Przynajmniej tak by to tłumaczyła Regina. Czy kogokolwiek by to przekonało? Wątpliwe, bo biorąc pod uwagę jej wygląd i możliwe koneksje Elijaha, mogłaby uchodzić za osobę współwinną lub chociaż podejrzaną. Ale to nie tak, że jacyś BUMowcy się tu kręcą, nie?
Na całe szczęście kręciła się tu jedna wyrozumiała pani detektyw i Regina ani myślała przejmować się tym, że prawo zrobiło krok w tył i już nie stało po ich stronie.
— Regał, chyba można go przesunąć.
Zawtórowała tonem Brennie i opuściła różdżkę, widocznie zdziwiona tym, że regał ani drgnął.
Też zaniepokoiły ją słowa o tym, że czarodziej musiał się deportować i to właśnie z tego pomieszczenia, w którym stały. Mógł pojawić się w każdym możliwym momencie i co wtedy powiedzą? Że ma taką piękną dynię i chciały się spytać czym ją podlewa albo jaka to odmiana?
Regina nawet nie zastanawiała się nad prawną mocą dowodów. Od dwóch tygodni myślała o tym, żeby po prostu sprawdzić, czy facet ma za uszami nielegalny handel, czy wręcz przeciwnie i na wszystko posiada licencję. Dowody? Sprawa? Akta? Niech smok to ogniem raczy.
W trakcie tych dwóch tygodni ani razu nie przyszło jej do głowy, żeby powiadomić o tym stosowne służby. Czemu? Po pierwsze nie miała poważnych dowodów, bo jak brzmi „wydaje mi się, że…”. Po drugie, zeznania wymagałyby, żeby całą historię opowiedzieć od początku, czyli jej wizyty na Nokturnie. I jak to by wyglądało? Wysoki sądzie, ja tam tylko przechodziłam? Śmiech na sali, a dementorzy już sapią z (nie)szczęścia.
— Może…
Powiedziała bez przekonania i jak tylko Brenna złapała za regał, pospieszyła jej z pomocą. Niepotrzebnie, bo ciemnowłosa przesunęła mebel sama i to bez większego problemu. Szafka odjechała w bok i coś za ścianą kliknęło. Olbrzymka aż sapnęła zdziwiona i odskoczyła, gotując się do… Właściwie to do wszystkiego, co mogło na nie wyleźć lub wyskoczyć.
Co takiego się stało? Otóż nic. Oczom czarownic ukazały się niknące w mroku stopnie, które prowadziły w dół. Wraz z otwarciem przejścia mogły poczuć chłodny powiew, który przyniósł lepką woń stęchlizny i wilgoci. Jeżeli któraś z nich bywała w jaskiniach, to tak właśnie pachniał ten korytarz.
Rowle przełknęła głośno ślinę, poprawiając chwyt na różdżce. Nikogo nie powinno dziwić, że nie przepadała za ciasnymi pomieszczeniami, a z tym właśnie kojarzyły się jej jaskinie. Jeszcze myśl, że sklepienie zwali ci się na głowę. Brrr!
— Może wcale się nie deportował, tylko poszedł tędy?
Spytała przyciszonym głosem, z ociąganiem odrywając spojrzenie od wejścia i przeniosła je na Longbottom.
— Skoro nie zamknął za sobą drzwi, to... To raczej nie może prowadzić zbyt daleko.
Detektyw Rowle, ależ pięknie by to brzmiało. Taka błyskotliwa i domyślna. Na kapelusz Merlina, niech ją ktoś zatrzyma, bo zaraz w Azkabanie zrobi się tłoczno.
Śmietanka przestępcza nie musiała drżeć na myśl, że wzmocni Brygadę. Było to w jej najodleglejszych planach i w ogóle w tym momencie nie zaprzątało jej umysłu. Natomiast co takiego zajmowało? Myśli o tym, że tak zakamuflowane wejście musi prowadzić do czegoś, niekoniecznie legalnego. Czyli dokładnie do tego, czego obie szukały.
Gdzieś między jedną myślą a drugą przypomniało jej się o zbitym słoiku. Zakręciła różdżka, sprawiając, że drobiny szkła z powrotem złożyły się w całość, a płyn i oczka wypełniły naczynie. Jeszcze pół obrotu i całość stanęła na swoim dawnym miejscu, jak gdyby nigdy nic. Wzdrygnęła się na widok jasnej tęczówki i przeniosła wzrok na ciemny korytarz.
— To raz smokowi śmierć, nie? — mruknęła i wyczarowała światło na czubku różdżki.
Zamierzała ruszyć tunelem i sprawdzić, co też kryło się na jego końcu. O ile Brenna jej nie powstrzyma, stwierdzając, że nagięły prawo wystarczająco.