Potrzebował 12 lat, żeby po śmierci pierwszej żony, zdecydować się na kolejny związek. Nie z powodu żałoby. Nie z powodu poczucia straty, które uniemożliwiało mu ponowne zaangażowanie się. Alis nie znaczyła na tyle dużo, żeby odcisnąć swoje piętno na życiu Roberta. Pozostawić w nim jakiś trwały ślad. Tutaj chodziło o coś innego. O interesy. Pozory. O pieniądze mogące pomóc rozwinąć biznes, dzięki któremu obecnie utrzymała się rodzina Mulciberów. Wybierając kolejną partnerkę, małżonkę, przeprowadził staranną selekcje. Nie mogła to być pierwsza lepsza kobieta. Istniały kryteria, które ta musiała spełniać. Identycznie jak w każdej innej sferze swego życia, tutaj również starał się wszystko zaplanować, musiał dobrze pomyśleć.
Zyskać pewność, że podejmuje słuszną decyzje. Wybór najlepszy z możliwych.
Henrietta nie była ideałem. Nieco zbyt stara. Zdecydowanie za bardzo niezależna. Do tego jeszcze cieszyła się nie najlepszą opinią. Ciążyły na niej oskarżenia o zabójstwo pierwszego męża. Przez długi czas nie był pewien czy była tym koniem, na którego powinien postawić. W zasadzie, to nie była nawet tym, który znajdywał się na prowadzeniu. Na te, wysunęła się dopiero na ostatniej prostej. W momencie gdy obok wad, pojawiła się też skromna lista plusików. Bogactwo. Praca w ministerstwie. Szerokie znajomości. Dobre relacje z rodziną, do której należała.
Bo przecież Slughornów miał okazje poznać jeszcze w czasach szkolnych.
W późniejszym czasie również pozostawali w dobrych stosunkach.
I tak też przechodzimy do chwili obecnej. Robert zawsze starał się doprowadzać swoje sprawy do końca. Tutaj również nie odpuszczał. Starał się. Walczył o realizacje wyznaczonego celu. Po pewnym czasie zaprowadziło ich to wreszcie przed oblicze urzędnika, w obecności którego obydwoje złożyli podpisy na dokumencie będącym deklaracją - tego, że odtąd będą żyć razem.
Stworzą rodzinę.
Tak jakby Robert potrafił to zrobić z kimkolwiek. Mniejsza jednak o to.
Poranek, identycznie jak wszystkie pozostałe, spędzał w swoim ulubionym fotelu. Dawno już wstał. Opuścił sypialnie. Nie zwykł spędzać zbyt dużej ilości czasu w łóżku. Noga założona na nogę, w ręku Prorok Codzienny. Najnowsze wydanie gazety. Na stole kubek mocnej kawy. Obok niego talerz, na którym znajdywał się najzwyklejszy rogal. Proste śniadanie. Albo może jego pozostałości? Choć kroki Henrietty dotarły do jego uszu, nie spojrzał w jej kierunku. Nie przywitał się. Przez ostatnie dni starali się nie wchodzić sobie w drogą i ten stan rzeczy mu ani trochę nie przeszkadzał. Miesiąc miodowy dobiegł końca.
Szkoda tylko, że stało się to jeszcze przed tym nim się zaczął
Podczas gdy Henrietta zajęła miejsce na fotelu, on nadal czytał. Przerzucił stronę. Papier zaszeleścił. Kolejny artykuł o niejakiej Heather Wood. Gwiazdeczka quidditcha. Szkoda tylko, że już upadła. Jej roześmiana twarz, widoczna na zdjęciu, zdradzała aż nadto wyraźne oznaki braku intelektu. Tak bardzo typowe dla sportowców. Nawet nie tracił czasu na czytanie o jej kolejnym związku. Nie było takiej potrzeby. Tylko prychnął, przenosząc spojrzenie na kolejny nagłówek. Nie oderwał się od tekstu, kiedy Lenore zaczęła mówić. Tak jakby wcale tego nie zarejestrował. Prawda jednak była taka, że zamiast mocniej zagłębić się w relacje z jakiegoś przyjęcia, tym razem miało ono miejsce u Blacków, nawet uważnie jej słuchał.
Nie przerywał. Głos zabrał dopiero, kiedy skończyła.
- Skończyłaś już, moja droga? - zapytał, starannie składająć gazetę. Pierw zamykając, następnie złożył ją na pół, później na cztery. Odłożył na stół, zachowując odpowiednią odległość od filiżanki kawy oraz talerzyka z regalikiem. Po napój sięgnął. Nadal był ciepły, choć już nie gorący. Dał jej dość czasu, żeby potwierdziła, iż przekazała mu wszystko. Wypił w tym czasie ze dwa łyki. Może trzy. Cukru było jednak nieco zbyt dużo. Następnym razem będzie musiał zwrócić uwagę na właściwą liczbę kostek. - Przede wszystkim cieszę się, że znalazłaś czas na chwilę rozmowy, ale następnym razem postaraj się proszę nie przeszkadzać mi podczas śniadania. To mój czas na poranną lekturę, kawę i chwilę odpoczynku. Twoje towarzystwo nie jest wskazane. - zaczął, spoglądając wreszcie na kobietę. Spojrzenie miał puste, głos również jakiś taki... nawet nie chłodny. - Nie zamierzam interesować się Twoimi sprawami, ale Ty nie będziesz też zajmowała się tym, co dotyczy mnie. Oczekuje jedynie, że pojawimy się razem na przyjęciach, oficjalnych spotkaniach. Będziesz się odpowiednio zachowywać i prezentować. Nie potrzebuje Twojej bliskości, nie liczę też na większość zażyłość pomiędzy nami. To... - wskazał palcem u prawej dłoni na siebie i na Henriettę. - to tylko obowiązek i umowa, z której się wywiążesz. Myślałem, że już wcześniej to sobie wyjaśniliśmy.
Skończywszy, sięgnął po talerzyk i znajdujący się na nim rogal, który przygotowany został w wersji dość lekkiej. Twarożek, rzodkiewka. Nic więcej. Odgryzł niewielki kawałek, starając się przy tym, żeby okruszki nie wylądowały w innym miejscu, niż na podstawionym właśnie talerzyku. Nie lubił kiedy lądowały na ubraniu, fotelu, nawet podłodze. Na stole też niekoniecznie.
- Jeśli masz ochotę na śniadanie, poproś Selar. - zreflektował się po krótkiej chwili, odkładając talerzyk na stół. Wytarł usta papierową chusteczką. - Możesz zjeść je w kuchni lub mniejszym salonie. - dorzucił instrukcje. Pozostałości papieru, umieścił na talerzyku, starając się, żeby nie znalazł się on nazbyt blisko rogalika. To byłoby obrzydliwe.