To ta chimeryczność Sauriela, która sprawiała, że nie wiadomo było, czego się po nim spodziewać. Czasami on sam nie wiedział, czego się po sobie spodziewać. Nie było to dziwne, bo u każdego normalnego człowieka tak to działało, że im lepszy chumor tym łatwiej o pewne rzeczy, dogadywanie się, nawiązywanie kontaktu i tak dalej. Tylko że u niego to działało jeszcze pokraczniej. Sam nie był pewien, co i kiedy stanie się takim naciskiem, że dotrze do niego trochę za głęboko i przebije się przez całą fasadę wyjebanizmu, tumiwisizmu i takijestemzły. Oraz całej rzeszy innych murów postawionych po drodze. Niektóre rzeczy nie przebijały się przez nie, tlyko jakby... przelatywały. Przeskakiwały. Jak te owieczki skaczące nad płotkami, które liczysz, żeby zasnąć.
- Nie wiem kurwa, nie próbowałem. Ale rozumiem, że mówisz z doświadczenia. - Rozbawiło go to bardzo, a jeszcze jak tak westchnęła i przechyliła głowę to w ogóle. Nie miał pojęcia, że to dotyczyło akurat całkowicie innego potoku myśli.
- Ałć. Prosto w moje serduszko, pewnie by zabolało, gdyby jeszcze biło. - Przytrzymując jedną ręką swoje whisky odpalił sobie papierosa. Odniósł niejasne poczucie, że poczuła się urażona, że nazwał te balety nudnymi. Tak, w zasadzie do przewidzenia zupełnie, że mimo swojej skłonności do jakichś małych skoków na bok to jednak Victoria miała kij w tyłku i takie rzeczy mogły ją bawić czy sprawiać przyjemność. Ale to będzie kiepskie w przyszłości - już widział, jak będzie zła, jak będzie ją na takich balach zostawiać i sobie... znikać. Robić ciekawsze rzeczy w ciekawszych miejscach, a nie męczyć się wśród napompowanych dumą i swoimi krańcami nosa czystokrwistych. To była kolejna rzecz, do której jeszcze dojdą. I ze wszystkim będą musieli się spotykać gdzieś pośrodku, żeby ze sobą nie zwariować. Bo mogą się lubić, mogli się nawet szanować, ale mieszkanie ze sobą potrafiło bardzo wiele krwi napsuć. - To źle myślisz. - Myśleć tak mogła, każdy mógł myśleć inaczej. Ale zrobił to dla niej. Żeby miała miły wieczór. I przy okazji żeby ją trochę poznać. Chciał jej umożliwić doświadczenie rzeczy nowych, a może i powrót do dzieciństwa. I nieskromnie mówiąc uważał, że bardzo dobrze mu się to udało. Rozejrzał się po cmentarzu, kiedy zauważyła ten "żart" połączenia miejsca z napoczętym tematem. Kompletnie niespecjalnie i nieświadomie, a mimo to czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem. Choć trochę ponuro. - Ludzie lubią mówić, że nadzieja umiera ostatnia. Ja wolę mówić, że ostatni umiera czarny humor.
Usiadł sobie wygodnie, postawił obok siebie whisky i wyciągnął ciasteczka w papierowej torebce, które ułożył między sobą a Victorią. Wyciągnął nóżki, niczym król na dzielnicy i spojrzał na pomnik, jaki przed nimi stał. Wyglądał upiornie w tej nocnej ciszy, oświetlony tylko światełkiem różdżki. Super romantyczny wieczór, nie ma co. To właśnie był romantyzm na miarę Rookwooda.
- Tak, a o co chodzi? - Spojrzał na nią z klasycznym smirkiem. - Zmarłym też się przyda towarzystwo.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.