31.01.2025, 00:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2025, 00:22 przez Rodolphus Lestrange.)
- Zrobiłem? - zapytał cicho, odruchowo owijając ręce wokół talii Charlesa, gdy skończył oględziny. Przyciągnął go do siebie bliżej, nie przerywając jednak jego wypowiedzi. Słuchał uważnie gdy zaczął mówić o świeczkach, a skrzywił się odrobinę, gdy wspomniał o tym, ile pieniędzy mógł stracić. On także nie wiedział: można było powiedzieć o nim naprawdę, naprawdę dużo, lecz... Prawda była taka, że Rodolphus nie potrzebował zdobywać pieniędzy, dlatego nigdy się nimi nie interesował tak, jak powinien. Nie wydawał dużo, lecz miał doskonały start i szerokie, silne plecy w postaci całej swojej rodziny. Nie brakowało mu niczego, dlatego chociaż bogactwem nie epatował - nie znał wartości pieniądza na tym poziomie, co Charles czy chociażby Lorraine. On pieniądze po prostu zawsze miał, dlatego nie wiedział jak to jest je wszystkie stracić. - Charlie. Zostaw już Baldwina w spokoju.
Był tak zafiksowany na punkcie tego Malfoya, że Lestrange obawiał się, że za chwilę Charlesowi może przyćmić rozum. I to nie teraz, chwilowo - podejrzewał, że jeżeli Charles nie znajdzie jakiegoś zakończenia, to będzie ścigał blondyna do końca życia. Albo spierdoli swoje własne życie, robiąc coś, czego Scarlett mu nie wybaczy. Gdy tak snuł swoje teorie, dłonie Rodolphusa błądziły wzdłuż kręgosłupa chłopaka. Opuszki palców delikatnie gładziły skórę, co i rusz napotykając ostre i nieprzyjemne w dotyku drobinki brokatu. Niby były malutkie i praktycznie niewidoczne, lecz na skórze były jak piasek. Drażniące, wchodzące wszędzie, nieprzyjemne.
- A może, szalona myśl - po prostu się zakochała? - zapytał w końcu, przewracając oczami. Świat, w którym żyli, był bardzo, bardzo pokręcony, ale przecież nie wszystko było właśnie takie: pojebane. Może po prostu siostra Mulciber zadurzyła się w chłopaku, bo miał ładną buźkę i zwinny język? Wolał jednak tego o języku nie mówić w obecności Charlesa - jeszcze podbiłby mu drugie oko. - Tak wspominasz o Baldwinie, że jeszcze jedno zdanie, a będę zazdrosny.
Będzie? Raczej nie, on nie bywał zazdrosny - nie widział nigdy Malfoya na oczy, ale jak już było wspomniane, ego miał tak wyjebane w kosmos, że nie dopuszczał do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby zająć jego miejsce. Tak było w przypadku Nicholasa i tak było w przypadku Charlesa. Z Nicholasem mieli teraz swoje dziwaczne, ciche dni, które w niczym nie przypominały tej ciszy, która wypełniała przestrzeń pomiędzy nimi, gdy mieszkali razem. Teraz było tam wyczuwalne napięcie, głównie ze strony Rodolphusa. Padły słowa, które były naprawdę niepokojące - i mimo że tych słów było naprawdę niewiele, to Lestrange zaryzykował dużo, po prostu wychodząc z mieszkania na Horyzontalnej, i nie informując kuzyna o tym, czego się dowiedział. Czy to oznaczało, że robił się słaby?
- Może jesteś zbyt zaborczy? - zapytał, przeczesując palcami ciemne włosy Charlesa. Obserwował, jak drobinki brokatu rozsypują się w powietrzu pod wpływem jego dotyku. - Ile straciłeś, oddam ci z nawiązką. A oko... W porządku, chyba.
Wrócił w końcu do tematu tych świeczek. Dla niego to nie był problem, a przecież oboje wiedzieli, że jest winny tej bójce tak samo, jak Charles. I miał pieniądze, mógł więc zwrócić koszty tych wosków, form czy czegośtam. Nachylił się, by skraść Charlesowi delikatny pocałunek.
Był tak zafiksowany na punkcie tego Malfoya, że Lestrange obawiał się, że za chwilę Charlesowi może przyćmić rozum. I to nie teraz, chwilowo - podejrzewał, że jeżeli Charles nie znajdzie jakiegoś zakończenia, to będzie ścigał blondyna do końca życia. Albo spierdoli swoje własne życie, robiąc coś, czego Scarlett mu nie wybaczy. Gdy tak snuł swoje teorie, dłonie Rodolphusa błądziły wzdłuż kręgosłupa chłopaka. Opuszki palców delikatnie gładziły skórę, co i rusz napotykając ostre i nieprzyjemne w dotyku drobinki brokatu. Niby były malutkie i praktycznie niewidoczne, lecz na skórze były jak piasek. Drażniące, wchodzące wszędzie, nieprzyjemne.
- A może, szalona myśl - po prostu się zakochała? - zapytał w końcu, przewracając oczami. Świat, w którym żyli, był bardzo, bardzo pokręcony, ale przecież nie wszystko było właśnie takie: pojebane. Może po prostu siostra Mulciber zadurzyła się w chłopaku, bo miał ładną buźkę i zwinny język? Wolał jednak tego o języku nie mówić w obecności Charlesa - jeszcze podbiłby mu drugie oko. - Tak wspominasz o Baldwinie, że jeszcze jedno zdanie, a będę zazdrosny.
Będzie? Raczej nie, on nie bywał zazdrosny - nie widział nigdy Malfoya na oczy, ale jak już było wspomniane, ego miał tak wyjebane w kosmos, że nie dopuszczał do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby zająć jego miejsce. Tak było w przypadku Nicholasa i tak było w przypadku Charlesa. Z Nicholasem mieli teraz swoje dziwaczne, ciche dni, które w niczym nie przypominały tej ciszy, która wypełniała przestrzeń pomiędzy nimi, gdy mieszkali razem. Teraz było tam wyczuwalne napięcie, głównie ze strony Rodolphusa. Padły słowa, które były naprawdę niepokojące - i mimo że tych słów było naprawdę niewiele, to Lestrange zaryzykował dużo, po prostu wychodząc z mieszkania na Horyzontalnej, i nie informując kuzyna o tym, czego się dowiedział. Czy to oznaczało, że robił się słaby?
- Może jesteś zbyt zaborczy? - zapytał, przeczesując palcami ciemne włosy Charlesa. Obserwował, jak drobinki brokatu rozsypują się w powietrzu pod wpływem jego dotyku. - Ile straciłeś, oddam ci z nawiązką. A oko... W porządku, chyba.
Wrócił w końcu do tematu tych świeczek. Dla niego to nie był problem, a przecież oboje wiedzieli, że jest winny tej bójce tak samo, jak Charles. I miał pieniądze, mógł więc zwrócić koszty tych wosków, form czy czegośtam. Nachylił się, by skraść Charlesowi delikatny pocałunek.