- Listu do Twojej starej... Dorzucił szybko jakby wcześniej specjalnie nie dokończył żartu. I znowu o tej biednej babie. Nie wystarczyło, że miała takiego ancymona za syna to jeszcze się jakiś Lestrange co rusz do niej przypierdalał. Szkoda kobieciny. Jasne, że najpierw spróbuje dogadać się po ludzku jak czarodziej z czarodziejem, w końcu czym jak czym, ale galeonami to Louvain srał, więc i na to by się coś tam znalazło. Chodziło tylko o ostateczną ostateczność, jeśli nie dałoby się tej miski ogarnąć w przyzwoity, dyplomatyczny sposób ogarnąć to zawsze pozostawał klasyczny napad z wampirem przy boku.
Każde stworzenie boże miało jakąś swoją niszę. Nawet jeśli nie od urodzenia i bardziej stworzenie typu "o mój boże...", niż "boże", to prędzej czy później i tak odnajdywało odpowiednie miejsce na tej łez chujowiźnie. Szczerze powiedziawszy to Sauriel wypełniał swoją niszę w stu procentach. Mógł zostać ulicznym grajkiem na pełen etat, albo dać potężnego nura w salony jeszcze głębiej, niż Louvain i stać się jeszcze bardziej cynamonowy, niż sam cynamonek. Mógłby zamieszkać w Rumuni i straszyć stare baby z widłami, lub wskoczyć w każdy inny dowolny spopularyzowany stereotyp o wampirze. Mógł wybrać sporo innych opcji, połączyć nieprzyjemne z bezużytecznym, ale tego nie zrobił. Wybrał swoją własną ścieżkę i chyba to wychodziło mu na dobre. Jasne, że był gnojkiem od wpakowywania się w kłopoty. Jednak jak wszystko miało to swoje dobre i złe strony. Dobre bo rzucał się na pomoc Stanleyowi pomimo zagrożeń, złe bo pchał się w gips ze spaczenia Czarnemu Panu. I zapewne można byłoby tak dorzucać na obie strony po argumencie przez cały dzień i całą noc, ale po co. Sauriel jaki jest każdy widzi i takiego trzeba go kochać.
Albo napierdalać. No może i za dużo powiedziane, bo akurat nie miał jakiejś szczególnej chęci pobić się z nim. Po prostu musiał jakoś przełamać ten niezręczny moment w którym zmusił się do tak obrzydliwie paskudnego ruchu jak wdzięczność. I chyba nawet Rookwoodowi nie było jakoś wygodnie w tej pozie, bo zabrzmiał prawie tak samo nieporadnie jak Louvain dziękując mu za lojalną postawę wobec jego siostry. Victoria była idealnym pretekstem, żeby mu przyjebać jak za dobrych szkolnych lat. Już zdążył zapomnieć kocisko potrafiło z godnością przyjąć uderzenie na łeb, aż chciało się bić dalej. Chociaż dzisiaj to tylko takie delikatne czułości, bo przecież rano trzeba było wstać do roboty. Niby nadstawił się na nadchodzące ciosy, ale jednak instynkt wciąż działał i kiedy tylko zobaczył jak Sauriel składa się do ciosu, odruchowo wykonał unik. Ciężko powiedzieć, czy to jego zręczność, czy nieporadność krwinki zadecydowała, że jednak nie zgiął się w pół od jego ciosu. I chociaż na zewnątrz uśmiechał się zadziornie jak rywal do rywala, to w środku miał spocone dupsko jak czort. Nie było co się oszukiwać i Sauriel miał tę atletyczną budowę sylwetki, więc łatwo zgadnąć że jego ciosy ważyły i to raczej niemało. Dał mu nawet dwie próby dosięgnięcia go, jednak na swoje szczęście nowicjusza na Nokturnie udało się wyjść jedynie z potem na dupie. Nie zamierzał kusić losu bardziej, więc szybciutko odbił się z nogi na nogę i zwiększył dystans między nimi. Jeszcze będzie okazja, żeby się ponapierdalać bez hamulców, ale może niekoniecznie dzisiaj.
- Może następnym razem. Uśmiechnął się szyderczo i wzruszył ramionami już z bezpiecznej odległości. Może gdyby bronił honoru Loretty, tak jak bronił honoru Victorii, może miałby okazję pojedynkować się nie tylko z Nottem tamtego wieczoru, ale także jego sekundantem Erikiem. Skinął kumplowi głową na pożegnanie i pomachał palcami uniesionej w powietrzu dłoni, jakby co najmniej żegnał się z jakąś swoją kochanką. Nie było co dalej kusić losu, a on już dostał to czego potrzebował. Dostał informację i przekazał informację, dokładnie tak jak sobie to planował. Koniec miłości, majtki na dupę. I teleportował się w cholerę zanim podziarany Drakul faktycznie się na niego wkurwi.