01.02.2025, 00:34 ✶
Nie mógł widzieć detali, bo niezależnie, jak się jej przyglądał — wciąż niezbyt dobrze się znali. Oczywiście mógł ją nakreślić kilkoma cechami, opisać kolorami lub nawet wybrać piosenkę, ale to wciąż było za mało. Nie umiał nazwać tego, co się zmieniło, odkąd widział ją ostatni raz. Przyglądał się więc na tyle uważnie, w jakim stopniu mógł, a Rosie mogła zauważyć, jak ściąga brwi co kilka sekund, jakby prowadził wewnętrzną dyskusję.
- Zostały z garniturem, mam się wrócić? - zapytał mimowolnie, napotykając spojrzeniem jej oczy, a zaraz westchnął i pokręcił delikatnie głową, jakby zdał sobie sprawę, że względem niej nie musiał traktować wszystkiego, jak potencjalny atak. Zostało mu to chyba po czasie z rodziną. - Dopiero dali mi spokój i mogłem wrócić do Londynu, wziąłem prysznic i przyjechałem tam, gdzie poniosła mnie droga i myśli — do Ciebie. Nie odpisywałaś na moje listy. Więc musiałem sprawdzić, czy wszystko dobrze. - zauważył już łagodniej, mimowolnie poruszając ramionami, aby poprawić kurtkę na ramionach oraz plecak, dodać odrobinę dramaturgii do swojej wypowiedzi.
Owszem. Anthony był egoistycznym dupkiem, który najpierw robił, a dopiero potem myślał. I pomimo wielu wad, które temu towarzyszyły, niewątpliwie miało to jedną zaletę — był w tym, co robił i mówił zwykle szczery. Oczywiście sprawy inaczej wyglądały w Ministerstwie lub na spotkaniach rodzinnych, gdzie mężczyzna musiał dostosować się pewnych ram i oczekiwań, które względem niego mieli. Dla wyjaśnienia — nie miałby nic przeciwko, gdyby wciągnęła go w te krzaki w jakimś niecnym, niezbyt przyzwoitym celu. Grzecznie więc się poddał, przez chwilę pozwalając jej przejąć dowodzenie nad ich spotkaniem, chociaż niezbyt często wypuszczał to z rąk. Lubił mieć przewagę.
Gdyby na głos mu oznajmiła, że jest straszna i powinien się jej bać — i tego patyka, pewnie wybuchłby śmiechem, uznając, że Rosie żyła w jakieś iluzji lub spotykała niewłaściwych ludzi. Była wyzwaniem, ale nie była w żadnym nawet calu straszna. Nie zamierzał jej szantażować czy komukolwiek ujawniać jej złodziejskich zapędów, ale mógłby zrozumieć niepokój Greengrassówny związany z wizją wydania tego małego sposobu na adrenalinę. Społeczeństwo z pewnością patrzyłoby na to krzywo, a żaden z Czarodziejów ich pokroju nie chciałby znaleźć się w sytuacji, gdzie zostaje odtrącony.
- Ah, no to świetnie kwiatuszku, to jestem spokojniejszy. - odparł z rozbawionym uśmiechem i błyskiem w oczach, lustrując jej buzię wzrokiem. Chociaż wyglądał pogodnie nawet pomimo zmęczenia podróżą, wciąż się niepokoił. A o szklarnie był spokojny, bo takiego jak on drugiego, to by nie znalazła, a co dopiero całą szklarnię. Jak już, była to wątpliwej jakości kolekcja podróbek. Nie umknęło jego uwadze, że nie czuła się komfortowo w tego typu osaczeniu, przez co nie mógł pozbyć się myśli, że pod całym tym charakterkiem, kryła się niewinność i brak doświadczenia. Urocze i jednocześnie dające do myślenia. Jak mógłby odmówić swojemu wewnętrznemu diabłu, aby jeszcze trochę się z nią podroczyć i zobaczyć, jak zareaguje na kolejne, malutkie pchnięcie granicy i naruszenie przestrzeni osobistej? Nachylił się powolnie, powstrzymując uśmieszek, gdy do nosa wpadł mu zapach jej skóry, włosów, perfum — nie był pewien. Nie zamierzał kraść pocałunku w usta, a przynajmniej nie teraz, bo z Antkiem to nigdy nie było wiadomo, co strzeli mu do głowy za dziesięć minut.
- Zaskakujące, ile uroku się kryje pomiędzy tymi kolcami. I dziwisz mi się, że wpadłem bez zapowiedzi? - mruknął cicho, przyglądając się jej twarzy uważnie, powolnie i jak zwykle bezczelnie. Próbował to dobrze zapamiętać — ten grymas na ustach, ten odcień skóry na policzkach, błysk zmieszania w oczach chwilę przed tym, gdy jej spojrzenie odbiegło gdzieś na bok. Miał słabość do pięknych widoków.
Nie pastwił się zbyt długo, zwiększając z odrobiną niechęci dystans i wyprostował się, ignorując kosmyki włosów, które opadły mu na czoło, targane wieczornym wiatrem. Już typowo wrześniowym, pozbawionym słodyczy lata.
- Bo jestem tym, czego potrzebujesz. Wiem o Tobie to, czego nie chcesz, aby dowiedzieli się inni i nikomu o tym nie powiem. Możesz być sobą bez konsekwencji i bez sztucznego uśmiechu, którym obdarowujesz ludzi na bankietach. A z własnego doświadczenia wiem, że to komfort, którego nie mamy szansy często otrzymywać. - wyjaśnił ze wzruszeniem ramion, pewnym głosem. Z pewnością Borgin miał swoje własne zasady i własny pogląd na świat albo się go lubiło, albo się go nienawidziło i bardzo trudno było o coś pomiędzy. Poza tą pewnością dało się usłyszeć jeszcze nutę sugerującą, że do niczego nie zamierzał jej zmuszać. - Łaskawco. - prychnął, a potem uniósł dłoń, przesuwając dłonią po policzku. Miał w planach wykorzystać do transportu motor, ale nie było do tego czasu. - Świetliki. Zabiorę Cię do dzikiej Szkocji, żebyś obejrzała Świetliki. - oznajmił w końcu, gdy przed oczami zatańczyło mu mnóstwo potencjalnych miejsc, które mógłby jej pokazać. Dużo podróżował w ostatnich miesiącach, zwłaszcza na tereny pozbawione ludzi, gdzie miał święty spokój. Oczywiście zwykle wybierał nocleg w przytulnym i względnie luksusowym hotelu lub motelu, bo Anthonyego Borgina ciężko byłoby wyobrazić sobie pod namiotem. - A jak Ci się nie podoba, mogę Cię zabrać do Nocnego Klubu w Edynburgu. - dodał jeszcze, gdyby wizja podziwiania krajobrazów jedynie w jego towarzystwie nie była zbyt atrakcyjna. Na szczęście teleportację na tereny Szkockie miał w jednym palcu. Wciągnął plecak na drugie ramię, nie pozwalając mu już leniwie zwisać i wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Tylko potem bez oskarżania o porwanie i bez zgłoszeń do Ministerstwa Panno Greengrass. - puścił jej oczko, mimowolnie zerkając w stronę budynku za jej plecami. Nie miał pojęcia, gdzie byli jej rodzice lub brat. Uprowadzanie narzeczonych było kiedyś lepiej postrzegane niż teraz.- Bo nie wiem, czy wrócisz dziś do domu.
- Zostały z garniturem, mam się wrócić? - zapytał mimowolnie, napotykając spojrzeniem jej oczy, a zaraz westchnął i pokręcił delikatnie głową, jakby zdał sobie sprawę, że względem niej nie musiał traktować wszystkiego, jak potencjalny atak. Zostało mu to chyba po czasie z rodziną. - Dopiero dali mi spokój i mogłem wrócić do Londynu, wziąłem prysznic i przyjechałem tam, gdzie poniosła mnie droga i myśli — do Ciebie. Nie odpisywałaś na moje listy. Więc musiałem sprawdzić, czy wszystko dobrze. - zauważył już łagodniej, mimowolnie poruszając ramionami, aby poprawić kurtkę na ramionach oraz plecak, dodać odrobinę dramaturgii do swojej wypowiedzi.
Owszem. Anthony był egoistycznym dupkiem, który najpierw robił, a dopiero potem myślał. I pomimo wielu wad, które temu towarzyszyły, niewątpliwie miało to jedną zaletę — był w tym, co robił i mówił zwykle szczery. Oczywiście sprawy inaczej wyglądały w Ministerstwie lub na spotkaniach rodzinnych, gdzie mężczyzna musiał dostosować się pewnych ram i oczekiwań, które względem niego mieli. Dla wyjaśnienia — nie miałby nic przeciwko, gdyby wciągnęła go w te krzaki w jakimś niecnym, niezbyt przyzwoitym celu. Grzecznie więc się poddał, przez chwilę pozwalając jej przejąć dowodzenie nad ich spotkaniem, chociaż niezbyt często wypuszczał to z rąk. Lubił mieć przewagę.
Gdyby na głos mu oznajmiła, że jest straszna i powinien się jej bać — i tego patyka, pewnie wybuchłby śmiechem, uznając, że Rosie żyła w jakieś iluzji lub spotykała niewłaściwych ludzi. Była wyzwaniem, ale nie była w żadnym nawet calu straszna. Nie zamierzał jej szantażować czy komukolwiek ujawniać jej złodziejskich zapędów, ale mógłby zrozumieć niepokój Greengrassówny związany z wizją wydania tego małego sposobu na adrenalinę. Społeczeństwo z pewnością patrzyłoby na to krzywo, a żaden z Czarodziejów ich pokroju nie chciałby znaleźć się w sytuacji, gdzie zostaje odtrącony.
- Ah, no to świetnie kwiatuszku, to jestem spokojniejszy. - odparł z rozbawionym uśmiechem i błyskiem w oczach, lustrując jej buzię wzrokiem. Chociaż wyglądał pogodnie nawet pomimo zmęczenia podróżą, wciąż się niepokoił. A o szklarnie był spokojny, bo takiego jak on drugiego, to by nie znalazła, a co dopiero całą szklarnię. Jak już, była to wątpliwej jakości kolekcja podróbek. Nie umknęło jego uwadze, że nie czuła się komfortowo w tego typu osaczeniu, przez co nie mógł pozbyć się myśli, że pod całym tym charakterkiem, kryła się niewinność i brak doświadczenia. Urocze i jednocześnie dające do myślenia. Jak mógłby odmówić swojemu wewnętrznemu diabłu, aby jeszcze trochę się z nią podroczyć i zobaczyć, jak zareaguje na kolejne, malutkie pchnięcie granicy i naruszenie przestrzeni osobistej? Nachylił się powolnie, powstrzymując uśmieszek, gdy do nosa wpadł mu zapach jej skóry, włosów, perfum — nie był pewien. Nie zamierzał kraść pocałunku w usta, a przynajmniej nie teraz, bo z Antkiem to nigdy nie było wiadomo, co strzeli mu do głowy za dziesięć minut.
- Zaskakujące, ile uroku się kryje pomiędzy tymi kolcami. I dziwisz mi się, że wpadłem bez zapowiedzi? - mruknął cicho, przyglądając się jej twarzy uważnie, powolnie i jak zwykle bezczelnie. Próbował to dobrze zapamiętać — ten grymas na ustach, ten odcień skóry na policzkach, błysk zmieszania w oczach chwilę przed tym, gdy jej spojrzenie odbiegło gdzieś na bok. Miał słabość do pięknych widoków.
Nie pastwił się zbyt długo, zwiększając z odrobiną niechęci dystans i wyprostował się, ignorując kosmyki włosów, które opadły mu na czoło, targane wieczornym wiatrem. Już typowo wrześniowym, pozbawionym słodyczy lata.
- Bo jestem tym, czego potrzebujesz. Wiem o Tobie to, czego nie chcesz, aby dowiedzieli się inni i nikomu o tym nie powiem. Możesz być sobą bez konsekwencji i bez sztucznego uśmiechu, którym obdarowujesz ludzi na bankietach. A z własnego doświadczenia wiem, że to komfort, którego nie mamy szansy często otrzymywać. - wyjaśnił ze wzruszeniem ramion, pewnym głosem. Z pewnością Borgin miał swoje własne zasady i własny pogląd na świat albo się go lubiło, albo się go nienawidziło i bardzo trudno było o coś pomiędzy. Poza tą pewnością dało się usłyszeć jeszcze nutę sugerującą, że do niczego nie zamierzał jej zmuszać. - Łaskawco. - prychnął, a potem uniósł dłoń, przesuwając dłonią po policzku. Miał w planach wykorzystać do transportu motor, ale nie było do tego czasu. - Świetliki. Zabiorę Cię do dzikiej Szkocji, żebyś obejrzała Świetliki. - oznajmił w końcu, gdy przed oczami zatańczyło mu mnóstwo potencjalnych miejsc, które mógłby jej pokazać. Dużo podróżował w ostatnich miesiącach, zwłaszcza na tereny pozbawione ludzi, gdzie miał święty spokój. Oczywiście zwykle wybierał nocleg w przytulnym i względnie luksusowym hotelu lub motelu, bo Anthonyego Borgina ciężko byłoby wyobrazić sobie pod namiotem. - A jak Ci się nie podoba, mogę Cię zabrać do Nocnego Klubu w Edynburgu. - dodał jeszcze, gdyby wizja podziwiania krajobrazów jedynie w jego towarzystwie nie była zbyt atrakcyjna. Na szczęście teleportację na tereny Szkockie miał w jednym palcu. Wciągnął plecak na drugie ramię, nie pozwalając mu już leniwie zwisać i wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Tylko potem bez oskarżania o porwanie i bez zgłoszeń do Ministerstwa Panno Greengrass. - puścił jej oczko, mimowolnie zerkając w stronę budynku za jej plecami. Nie miał pojęcia, gdzie byli jej rodzice lub brat. Uprowadzanie narzeczonych było kiedyś lepiej postrzegane niż teraz.- Bo nie wiem, czy wrócisz dziś do domu.