01.02.2025, 00:41 ✶
Ostatnio brała zbyt dużo wolnego w pracy — głównie, żeby pracować poza nią, ale nie zmieniało to faktu, że stosy raportów i leżące, gotowe do krojenia zwłoki piętrzyły się w kostnicy Ministerstwa. Nie mogła przestać myśleć o limbo. Nekromancja i presja czasu spędzała jej sen z powiek, a rysujący się na skórze symbol przynależności do grona zwolenników Voldemorta coraz mocniej przypominał koło ratunkowe. Jak miała przeskoczyć martwy punkt, w którym tkwiła? Dostanie się do limba, uzyskanie informacji z samego środka nie było proste - bo, nawet jeśli miała wiedzę teoretyczną, to najmniejsze zawahanie przy praktyce mogło się dla niej skończyć pozostaniem tam. Spała więc coraz mniej, zażywając eliksiry i pijąc litry kawy, jej pokój przypominał sklep papierniczy po wybuchu zaklęcia, a księgi walały się wszędzie. Na rękach miała bandaże, ślady po atramencie i rozcięcia od pergaminów, ale nie miała czasu się tym przejmować.
Nie powinna marnować dnia na wycieczkę po lesie, ale istniał cień szansy, że świeże powietrze otworzy jej oczy. Wybudzi z letargu, ponieważ wszystkie czynności wykonywała automatycznie, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. No i Stanley jej potrzebował, nie mogła go zostawić, gdy wyglądał tak blado i nieszczęśliwie. Odetchnęła, przymykając oczy, starając się zapanować nad karuzelą myśli, powstrzymać obrazy kolejnych stron ksiąg malujące się przed oczami. Jego głos wyrwał ją do rzeczywistości, którą utraciła jakiś czas temu — bo jak długo tu siedzieli? Drgnęła niespokojnie, wciąż opierając się wygodnie o jego plecy, unosząc dłonie i przecierając nimi policzki, a następnie oczy.
- Hmmm? - mruknęła jedynie, na znak, że go słuchała. Próbowała przynajmniej zrozumieć sens jego wypowiedzi. Podniosła spojrzenie na kołyszące się gałęzie drzew, usłyszała szum liści i świergot ptaka, który wcześniej gdzieś zamilkł. - Moja matka umarła dawno temu. - zauważyła bystro, unosząc brew, aby zaraz przymknąć oczy, wziąć głębszy oddech.
Co ona wtedy czuła? Próbowała przywołać wspomnienie, ale obrazy były już rozmazane. Nie pamiętała jej zapachu, dźwięku jej głosu. - Zdajesz mi trudne pytania.
Wyprostowała się, opuszczając dłonie i pozwalając im ułożyć się na udach. Skrzyżowała nogi, które wcześniej tkwiły prosto i przekręciła głowę na bok, zawieszając wzrok na jednej z gałęzi, a właściwie na tańczących leniwie listkach. Jak to wtedy było? Wiedziała, że musi mu udzielić odpowiedzi, bo tego potrzebował. Tkwił w punkcie równie beznadziejnym, co ona w związku z limbo i zimnem. Obydwoje mogli robić głupie rzeczy. Zwilżyła wargi.
- Odeszła, gdy mieliśmy chyba siedem lat, może siedem i pół. Była z nami w kajucie w tamtym momencie. To było podczas morskiej wyprawy.- wzruszyła delikatnie ramionami, starając się przypomnieć sobie z tego dnia jak najwięcej. Prawda była taka, że Cynthia w jakiś sposób go wyparła, zamknęła w pudełeczku i schowała głęboko, bo tego dnia przecież wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Przestała być wtedy dzieckiem. Jej palce stuknęły w materiał spodni, które miała na sobie, ale jej twarz pozostawała nieruchoma. Jak matka pachniała? Przez miejsce jej śmierci, zawsze kojarzyła się z jej z wodą morską, oliwną lampką i białymi kwiatami lilii, które były w wazonie. - Zrozumiałam chyba szybciej niż Castiel. Myślę, że przez widok krwi i sine usta.. Co czułam? Że muszę ją zastąpić. Wejść w jej buty i spełnić oczekiwania, które wobec mnie miała.
Prawdopodobnie, chociaż musiało towarzyszyć temu znacznie więcej, niż to, co zdołała sobie przypomnieć i mu opowiedzieć. Pewnie się trochę bała, pewnie była w szoku. Może miała atak paniki? Nie pamiętała. Oparła się wygodniej o jego ramię, wyciągając przed siebie dłonie i splatając ze sobą palce, rozciągnęła je. - A Ty co czujesz, Stanley?
Zamierzał wejść w buty ojca?
Nie powinna marnować dnia na wycieczkę po lesie, ale istniał cień szansy, że świeże powietrze otworzy jej oczy. Wybudzi z letargu, ponieważ wszystkie czynności wykonywała automatycznie, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. No i Stanley jej potrzebował, nie mogła go zostawić, gdy wyglądał tak blado i nieszczęśliwie. Odetchnęła, przymykając oczy, starając się zapanować nad karuzelą myśli, powstrzymać obrazy kolejnych stron ksiąg malujące się przed oczami. Jego głos wyrwał ją do rzeczywistości, którą utraciła jakiś czas temu — bo jak długo tu siedzieli? Drgnęła niespokojnie, wciąż opierając się wygodnie o jego plecy, unosząc dłonie i przecierając nimi policzki, a następnie oczy.
- Hmmm? - mruknęła jedynie, na znak, że go słuchała. Próbowała przynajmniej zrozumieć sens jego wypowiedzi. Podniosła spojrzenie na kołyszące się gałęzie drzew, usłyszała szum liści i świergot ptaka, który wcześniej gdzieś zamilkł. - Moja matka umarła dawno temu. - zauważyła bystro, unosząc brew, aby zaraz przymknąć oczy, wziąć głębszy oddech.
Co ona wtedy czuła? Próbowała przywołać wspomnienie, ale obrazy były już rozmazane. Nie pamiętała jej zapachu, dźwięku jej głosu. - Zdajesz mi trudne pytania.
Wyprostowała się, opuszczając dłonie i pozwalając im ułożyć się na udach. Skrzyżowała nogi, które wcześniej tkwiły prosto i przekręciła głowę na bok, zawieszając wzrok na jednej z gałęzi, a właściwie na tańczących leniwie listkach. Jak to wtedy było? Wiedziała, że musi mu udzielić odpowiedzi, bo tego potrzebował. Tkwił w punkcie równie beznadziejnym, co ona w związku z limbo i zimnem. Obydwoje mogli robić głupie rzeczy. Zwilżyła wargi.
- Odeszła, gdy mieliśmy chyba siedem lat, może siedem i pół. Była z nami w kajucie w tamtym momencie. To było podczas morskiej wyprawy.- wzruszyła delikatnie ramionami, starając się przypomnieć sobie z tego dnia jak najwięcej. Prawda była taka, że Cynthia w jakiś sposób go wyparła, zamknęła w pudełeczku i schowała głęboko, bo tego dnia przecież wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Przestała być wtedy dzieckiem. Jej palce stuknęły w materiał spodni, które miała na sobie, ale jej twarz pozostawała nieruchoma. Jak matka pachniała? Przez miejsce jej śmierci, zawsze kojarzyła się z jej z wodą morską, oliwną lampką i białymi kwiatami lilii, które były w wazonie. - Zrozumiałam chyba szybciej niż Castiel. Myślę, że przez widok krwi i sine usta.. Co czułam? Że muszę ją zastąpić. Wejść w jej buty i spełnić oczekiwania, które wobec mnie miała.
Prawdopodobnie, chociaż musiało towarzyszyć temu znacznie więcej, niż to, co zdołała sobie przypomnieć i mu opowiedzieć. Pewnie się trochę bała, pewnie była w szoku. Może miała atak paniki? Nie pamiętała. Oparła się wygodniej o jego ramię, wyciągając przed siebie dłonie i splatając ze sobą palce, rozciągnęła je. - A Ty co czujesz, Stanley?
Zamierzał wejść w buty ojca?