01.02.2025, 01:28 ✶
6 Grudnia 1971, przedświt.
Przyglądała się choince w zamyśleniu, obracając w dłoni kieliszek z czerwonym winem i słuchając jednej ze starych płyt ojca na magicznym gramofonie. Odesłała już Migotkę, Castiel podróżował i badał wilkołaki, a ojciec miał do załatwienia kilka spraw w porcie związanych z pozwoleniem na transport i miał wrócić dopiero w okolicy południa. Nie przeszkadzało jej to, natłok pracy sprawiał, że niewiele miała chwil samotnych i pozwalających jej na refleksję na tematy inne, niż sekcje oraz badania. Upiła słodkawego trunku, odwracając twarz w stronę okna, w które szybie odbijał się blask świeczek na drzewku i refleksów kolorowych, dużych bombek. Na szczycie widniała kokarda i na pierwszy rzut oka, wszystko było przygotowane — jednak gdyby lepiej przyjrzeć się zawalonemu papierami stolikowi, można było dostrzec jeszcze jedno pudełeczko, w którym połyskiwała ozdoba. Dostała ją w prezencie, a instrukcja sugerowała, że napełniona esencją magiczną człowieka, przyjmie kształt odpowiadający jego duszy. Wydało się jej to z początku dziennie i błahe, mało istotne wśród tak wielu naglących spraw. Świat pogrążał się w coraz większym chaosie, ludzie brali strony i zmieniali swoje podejście, kuszeni tym, co obiecywał Czarnoksiężnik. Nie było w tym nic złego, natura ludzka przypominała trochę istotę hazardu i łatwo było skusić ludzi obietnicami i wizją wymarzonego świata.
Na tym jednak Cynthii nie zależało. Cieszyła się z tego, co miała — kariery, rozwoju umiejętności i garstki ludzi, którym poświęcała całą swoją uwagę i czas, gdy już go znajdowała. Każdy z nich był dorosły, mieli swoje problemy i ich drogi nie krzyżowały się tak często, jak wówczas, gdy byli nastolatkami. Zacisnęła mocniej palce na szkle, pozwalając sobie na westchnięcie i wstała leniwie, przeciągając się tak, że materiał cienkiej, obszytej koronką koszuli nocnej spłynął na odsłonięte wcześniej uda, a pasma jasnych włosów niesfornie opadły na odkrytą skórę pleców. Odstawiła kieliszek, kolejny raz spoglądając za szybę, jednak nie było jeszcze śniegu. A szkoda, razem z kominkiem oddałby więcej świątecznego klimatu i dał pełne złudzeń poczucie bezpieczeństwa. Ogień już gasł, żar mienił się na resztkach drewnianych balii, a ostra pomarańcza miał przypominać to, co za kilka godzin będzie działo się na niebie, gdy zacznie wstawać słońce. W milczeniu przyglądała się pudełku z bombką, jakby nie wiedziała, co powinna z nią zrobić i pozostało jedynie ujęcie jej w dłonie. Obróciła w palcach ozdobę na sznureczku. Czy ona chciała poznać kształt swojej duszy?
A jeśli tak, to czego mogłaby sobie życzyć?
Była szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie, mając wszystko i nie mając nic pewnie chwyconego w palce. Balansowała na krawędzi pomiędzy dobrym i złym, szukając równowagi. Na dłuższą metę to wcale nie było rozwiązanie, które by ją satysfakcjonowało, ale za to spełniało oczekiwania. Wywróciła oczami, a potem chwyciła za różdżkę, koncentrując się na tym, aby tchnąć magiczną iskierkę w przedmiot, jednocześnie kierując się w stronę stojącego dumnie na środku pokoju drzewa. Świerk przepięknie pachniał, był naprawdę rozłożysty i szeroki. Kiedyś uwielbiała święta, ale bez brata nie były takie same.
Bombka drgnęła, a w pomieszczeniu przez chwilę zrobiło się na tyle jasno, że musiała zmrużyć oczy. Aż gwiazdki zatańczyły jej przed oczami.
I właśnie ni to gwiazdka, ni to srebrny płatek śniegu mienił się na sznurku, rzucając refleksy. Brew jej drgnęła w zaskoczeniu, bo nie bardzo wiedziała, jak to zinterpretować. Może wcale nie powinna, bo jeszcze zacznie wierzyć we wróżby i siłę przeznaczenia, która kontrolowała ludzi i wyznaczała ścieżki? To się kłóciło za nauką.
Stanęła jednak przed drzewkiem, wybierając odpowiednią gałązkę.
Chciałabym zmiany. Zaprzestania balansowania pomiędzy tym, co muszę zrobić i tym, co chciałabym zrobić. Kolorów. Życzę sobie odkrycia czegoś przełomowego w nekromancji, co zapisze się w historii. A swoim najbliższym życzę zdrowia i siły w tym całym chaosie. I miłości. Powinni w niej zatonąć, chociaż na chwilę — w uczuciach, które uderzają z taką siłą już coraz mniej i coraz słabiej. Wszystkim przyda się odrobina szaleństwa.
Skrzyżowała ręce pod piersiami, przekręcając głowę na bok i przyglądając się temu, jak bombka kołysała się pod wpływem gwałtownego zawieszenia na świerkowej gałęzi, nieopodal małej ozdoby w kształcie ptaka. Jakże egoistycznie brzmiały te życzenia, nawet wypowiadane w myślach.
Przyglądała się choince w zamyśleniu, obracając w dłoni kieliszek z czerwonym winem i słuchając jednej ze starych płyt ojca na magicznym gramofonie. Odesłała już Migotkę, Castiel podróżował i badał wilkołaki, a ojciec miał do załatwienia kilka spraw w porcie związanych z pozwoleniem na transport i miał wrócić dopiero w okolicy południa. Nie przeszkadzało jej to, natłok pracy sprawiał, że niewiele miała chwil samotnych i pozwalających jej na refleksję na tematy inne, niż sekcje oraz badania. Upiła słodkawego trunku, odwracając twarz w stronę okna, w które szybie odbijał się blask świeczek na drzewku i refleksów kolorowych, dużych bombek. Na szczycie widniała kokarda i na pierwszy rzut oka, wszystko było przygotowane — jednak gdyby lepiej przyjrzeć się zawalonemu papierami stolikowi, można było dostrzec jeszcze jedno pudełeczko, w którym połyskiwała ozdoba. Dostała ją w prezencie, a instrukcja sugerowała, że napełniona esencją magiczną człowieka, przyjmie kształt odpowiadający jego duszy. Wydało się jej to z początku dziennie i błahe, mało istotne wśród tak wielu naglących spraw. Świat pogrążał się w coraz większym chaosie, ludzie brali strony i zmieniali swoje podejście, kuszeni tym, co obiecywał Czarnoksiężnik. Nie było w tym nic złego, natura ludzka przypominała trochę istotę hazardu i łatwo było skusić ludzi obietnicami i wizją wymarzonego świata.
Na tym jednak Cynthii nie zależało. Cieszyła się z tego, co miała — kariery, rozwoju umiejętności i garstki ludzi, którym poświęcała całą swoją uwagę i czas, gdy już go znajdowała. Każdy z nich był dorosły, mieli swoje problemy i ich drogi nie krzyżowały się tak często, jak wówczas, gdy byli nastolatkami. Zacisnęła mocniej palce na szkle, pozwalając sobie na westchnięcie i wstała leniwie, przeciągając się tak, że materiał cienkiej, obszytej koronką koszuli nocnej spłynął na odsłonięte wcześniej uda, a pasma jasnych włosów niesfornie opadły na odkrytą skórę pleców. Odstawiła kieliszek, kolejny raz spoglądając za szybę, jednak nie było jeszcze śniegu. A szkoda, razem z kominkiem oddałby więcej świątecznego klimatu i dał pełne złudzeń poczucie bezpieczeństwa. Ogień już gasł, żar mienił się na resztkach drewnianych balii, a ostra pomarańcza miał przypominać to, co za kilka godzin będzie działo się na niebie, gdy zacznie wstawać słońce. W milczeniu przyglądała się pudełku z bombką, jakby nie wiedziała, co powinna z nią zrobić i pozostało jedynie ujęcie jej w dłonie. Obróciła w palcach ozdobę na sznureczku. Czy ona chciała poznać kształt swojej duszy?
A jeśli tak, to czego mogłaby sobie życzyć?
Była szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie, mając wszystko i nie mając nic pewnie chwyconego w palce. Balansowała na krawędzi pomiędzy dobrym i złym, szukając równowagi. Na dłuższą metę to wcale nie było rozwiązanie, które by ją satysfakcjonowało, ale za to spełniało oczekiwania. Wywróciła oczami, a potem chwyciła za różdżkę, koncentrując się na tym, aby tchnąć magiczną iskierkę w przedmiot, jednocześnie kierując się w stronę stojącego dumnie na środku pokoju drzewa. Świerk przepięknie pachniał, był naprawdę rozłożysty i szeroki. Kiedyś uwielbiała święta, ale bez brata nie były takie same.
Bombka drgnęła, a w pomieszczeniu przez chwilę zrobiło się na tyle jasno, że musiała zmrużyć oczy. Aż gwiazdki zatańczyły jej przed oczami.
I właśnie ni to gwiazdka, ni to srebrny płatek śniegu mienił się na sznurku, rzucając refleksy. Brew jej drgnęła w zaskoczeniu, bo nie bardzo wiedziała, jak to zinterpretować. Może wcale nie powinna, bo jeszcze zacznie wierzyć we wróżby i siłę przeznaczenia, która kontrolowała ludzi i wyznaczała ścieżki? To się kłóciło za nauką.
Stanęła jednak przed drzewkiem, wybierając odpowiednią gałązkę.
Chciałabym zmiany. Zaprzestania balansowania pomiędzy tym, co muszę zrobić i tym, co chciałabym zrobić. Kolorów. Życzę sobie odkrycia czegoś przełomowego w nekromancji, co zapisze się w historii. A swoim najbliższym życzę zdrowia i siły w tym całym chaosie. I miłości. Powinni w niej zatonąć, chociaż na chwilę — w uczuciach, które uderzają z taką siłą już coraz mniej i coraz słabiej. Wszystkim przyda się odrobina szaleństwa.
Skrzyżowała ręce pod piersiami, przekręcając głowę na bok i przyglądając się temu, jak bombka kołysała się pod wpływem gwałtownego zawieszenia na świerkowej gałęzi, nieopodal małej ozdoby w kształcie ptaka. Jakże egoistycznie brzmiały te życzenia, nawet wypowiadane w myślach.