Potrafiła być cierpliwa, kiedy tego chciała, a poza tym miała sporo rzeczy na głowie i do zrobienia. Dzisiejszego wieczora, na ten przykład, była umówiona z Saurielem… gdzieś tam. Chciał jej pokazać jakieś ruiny, miejsce schadzek, cholera wie o co chodziło, jutro chciała testować na nim jeden ze swoich eliksirów, a potem… za tydzień miała być w Egipcie. Wytrzyma więc, dużo się działo… Słuchała Dægberhta i zastanawiała się, co u niego było słychać, i czemu od razu nie przeniósł tych swoich rzeczy do siebie? O co tu chodziło?
– Czemu na Isle of Dogs? Myślałam, że skoro tu jesteś, to od razu na Horyzontalną? – ewidentnie brakowało jej jakiegoś puzzla. – Viorica wie, że wróciłeś? – bo może nie wiedziała i stąd ta cała maskarada? Ale to też było jego mieszkanie… no mieszkali razem, jakkolwiek dziwne to dla Victorii nie było. Dziwne i mało rozsądne.
Rozszerzyła oczy i aż zakryła sobie usta dłonią. Statek zatonął? Czy to był jeden z powodów jego powrotu, albo ten główny? Ktoś musiał go ratować? Ależ miał szczęście, że ktoś przepływał obok, skoro Foki nawet nie ma jak ściągnąć z dna – tyle pytań, tyle myśli… Kolejna dotyczyła kota, ale na szczęście Berht sam rozwiał tą wątpliwość. Pewna ulga, która wymalowała się na twarzy brunetki, była oczywista.
– Cieszę się, że nic ci nie jest. Szkoda mi Foki, rzecz jasna, ale ważniejsze jest to, że jesteś. I że Kapitan ma się dobrze. Co z nim teraz zrobiłeś? Pilnuje twoich rzeczy w porcie? – jej oczy same powędrowały w bok, jakby miała zaraz zobaczyć kota, który nagle pojawił się w zasięgu wzroku.
Pojawił, lecz nie był to Kapitan. Świecący jak gwiazdka, niebieski kot, wczłapał cichutko do salonu, najwyraźniej czując, że już się uspokoiło, skoro nie było słychać więcej wrzasków i dziwacznych inkantacji. Przystanął za łukowym wejściem i zaczął węszyć, bo dziwny zapach dymu i wosku musiał nadal być dla kotów wyczuwalny.
– Widać, że długo nie było cię w Londynie – uśmiechnęła się czule do Flinta. Był teraz niewinny jak nieobsrana łąka – bo rzeczywiście jej nazwisko i imię były teraz bardzo znane, tak jak jej twarz. – Podejdź sobie do biblioteki Maeve jak będziesz miał okazję, poprzeglądaj archiwalne numery Proroka z ostatnich kilku tygodni, to zobaczysz… – a i, jak miało się okazać, za kilka dni również jej nazwisko i twarz pokaże się w gazecie. – Nie jestem już anonimową aurorką i chlubą domu, która matka lubiła się tak chwalić – parsknęła cicho i pokręciła głową.
Nie umknęło jej uwadze, że Dægberht unika jej wzroku, a chciała się nim nacieszyć. Dojrzeć w nim zmiany, które musiały zajść, w ciągu jego ostatniej podróży. Gdzie był, a gdzie tylko bywał? Na jak długo zostanie? Wiedziała, że prędzej czy później, morze się o niego upomni i znowu wyruszy w podróż.
Uśmiechnęła się tylko na jego słowa, a kiedy wyszedł na balkon, sięgnęła po swoją różdżkę, by spróbować użyć Chłoszczyść na ten wosk na podłodze, by się go pozbyć. Kwiatuszek aż podszedł zaciekawiony i obwąchał to miejsce, i mała Luna też za chwilę się pojawiła, ale jej zainteresowanie szybko przeniosło się na drugiego kota, na którego zaraz skoczyła. Victoria dawała Berhtowi czas, by doszedł do siebie, a kiedy się do niej zwrócił, to zerknęła na niego i po chwili dołączyła na balkonie. Zerknęła w dół na ulicę – było bardzo późno… albo bardzo wcześnie, ale nic dziwnego, że te wrzaski kogoś wybudziły. Zaraz powinni się jednak rozejść.
– Trochę zginęło – potwierdziła, patrząc teraz przed siebie, nie na niego i nie na księżyc. Podczas Beltane – trochę ludzi rzeczywiście zginęło, w tym jeden auror… Westchnęła. – Jeden z aurorów, ale nie tylko. Podczas Lithy… chyba nikt. Ale nie poszłam na Lithę, sam rozumiesz, jakoś nie czułam… Nie chciałam. A poza tym tego dnia byłam na służbie, weszliśmy na Perłę Morza, bo znowu się pojawiła – na pewno słyszał historie o tym statku, w końcu była to znana legenda, a poza tym leżała w jego zainteresowaniach: woda, morze, statek. Poza tym, w nocy kilka godzin wcześniej, miała taką rozmowę z Saurielem, że trudno było jej się po tym pozbierać, to gdzie tu świętować na sabacie. – Nie mam ci czego wybaczać – dodała i w końcu, również opierając się o barierkę, spojrzała w niebo. Pani Księżyca dzisiejszej nocy zamykała oko coraz bardziej, ale zerkała spod półprzymkniętej powieki. – W takim razie mam nadzieję, że nie wróci za szybko, albo urządzę mu piekło, jak tylko znowu zacznie mi mieszać w głowie. Potrzebujesz go mieć złapanego? Żeby się go pozbyć w Samhain? – Samhain… wszystko, od czasu Beltane, kręciło się w jej głowie wokół Samhain, wszystkie drogi prowadziły do tego święta. Nie wiedziała nawet, czy do niego dożyje, w głębi serca bała się, że nie wystarczy jej czasu.