03.02.2025, 02:17 ✶
Barierę oporów przed rozmową szybko zmyła fala słów Vakela. Dobrze robiła Peregrinusowi ta wylewność drugiej strony; Dolohov brał na siebie mówienie, a on nie musiał stawać na głowie, próbując posklejać jakieś zdawkowe zdania, jakoś nadać rozmowie tempa.
Ten długi monolog tymczasem przeprowadził go przez cały wachlarz emocji.
Wyszedł od rozgoryczenia porażką, która choć nie była jego, przypomniała mu jego własne fiasko w kontaktach z Ministerstwem. Empatyzował w tym z Vakelem nie tylko na mocy tego, że oto instytucja pokazała środkowy palec komuś, kogo kochał, ale i wciąż obecną pamięcią własnego zawodu. Zawodu w sprawie mniejszego formatu, trzeba przyznać, lecz może tym bardziej uwierającej.
— Układanie się z Ministerstwem to widać nie droga dla żadnego z nas — powiedział bez żalu. — Wiesz, z perspektywy czasu odmowa od Departamentu była najlepszym prezentem, jaki mogłem od nich dostać. To był… wtedy ciężko było mi dowiedzieć się, że nie jestem wystarczająco dobry, żeby mnie wzięli. Nie wiem już, czy bardziej winiłem siebie, czy ich. Ale to nieważne, dzięki temu trafiłem na ścieżkę prowadzącą do ciebie i, nie muszę chyba tego mówić, za nic bym tego nie zmienił. (Mimo że nie zdążyłam jeszcze wrzucić tej ostatecznej zmiany priorytetów do wskazówek dla MG, zignorować tam.) Wierzę, że i ciebie postawili właśnie na drodze do czegoś o niebo lepszego niż ich uniwersytet. — Machnął lekceważąco ręką na świeżutko formującą się świątynię nauki i postępu, mimo że gdzieś głęboko, na krótki moment zakuła go utracona szansa. Było to jednak jedynie niewyraźne echo straty, nie zdążył się do tej wizji przywiązać tak, jak przywiązał się do niej Dolohov.
Odebrał od niego folder i już miał wziąć się za przeglądanie zdjęć, gdy usłyszał o tym, kogo wybrali zamiast Vasilija. To obudziło… politowanie? Pogardę? Zdaje się, że mogła być to po prostu małostkowa zawiść.
— Współpraca międzynarodowa. A więc zwykły zarządca? Wiesz, czy ktoś ze środowiska naukowego mu pomaga? — Nie postawiliby przecież na czele takiej jednostki jakiegoś pracownika administracyjnego, tak? Musiał być ktoś jeszcze. — Nie brzmi jak ktoś, kto bywa na sympozjach i śledzi publikacje. Chwilę może mu zająć, zanim się nauczy odróżniać, który człowiek jest kompetentny, a który to idiota-szarlatan. Tych nie brakuje, o czym co chwilę się przekonujemy. A jeszcze dodać do tego hordę obcokrajowców i w tym bałaganie weryfikować kierunki ich badań... Życzę mu powodzenia.
Choć słychać było wyraźnie zgryźliwość i fakt, że nie wróży (potocznie, nie profesjonalnie) sukcesu akademii pod wyłącznym kierownictwem urzędnika. Niewątpliwie talenty w dziedzinie managementu i kontaktów międzynarodowych były atutami, ale czy kluczowymi? Czy ikoną angielskiej edukacji wyższej nie powinien stać się ktoś, w czyją stronę zwracały się uczone głowy i na czyje prace powoływano się szeroko? które cieszyły się uznaniem? Za wcześnie jeszcze było, aby wyrokować, ale Peregrinusowi coś w tym pomyśle krzywo leżało. Może fakt, że pokrzywdzili mu chłopaka, a on przecież takie fajne podręczniki pisał i taki był mądry.
Krzywo leżało mu także zmienianie tematu, ponieważ, och, tak, wsiąknął od razu w wizję instytutu i pochłonął go on bez reszty. Myślami był już w tej przyszłości, którą mogli mieć, którą Vakel złożył mu na kolanach i powiedział, że chce to zrobić z nim. I teraz miał cofnąć się, ściągnąć go do przeszłości i to takiej mniej wygodnej. Wtedy dopiero dotarło do niego, że podszedł do tej rozmowy na opak. Mógł zapytać wpierw o jego znajomego z przeszłości, zostawić to za sobą i wtedy bez balastu dać się porwać temu, co przed nimi, zabrnąć entuzjastycznie we wspólne plany, dalej i dalej, do wszystkich wielkich dzieł, jakich mieli razem dokonać. I teraz musiał porzucić te fantazje i cofnąć się… Nie, jeszcze nie.
Dłuższą chwilę pochylał się nad folderem i przeglądał zdjęcia, po czym spojrzał na Dolohova oczami pełnymi ekscytacji hamowanej jedynie jego własną praktycznością.
— To mnóstwo pracy, ale tak, rozkręcisz to. Znamy ludzi ze swoich dziedzin, mamy szansę dotrzeć do tych naprawdę solidnych szybciej niż Ministerstwo. Od nich, kulą śnieżną, można szukać dalszych rekomendacji. — Nie wiadomo kiedy znalazł się tak blisko niego, że stykali się nogami. — To, o czym mówisz, tak powinny wyglądać studia i tworzenie wiedzy. To brzmi tak… pięknie. — Dotknął jego policzka i pocałował go, czule i czysto, jak czysty był ten sen o tworzeniu miejsca, gdzie nauka rozwijała się nieskrępowana, a jej adepci byli sobie równi.
Wsiąknął w to marzenie. Jak to marzenie, w tej wersji było zapewne idealistyczniejsze, niż miało się okazać w rzeczywistości, ale nie przejmował się tym na razie. Widział już oczami wyobraźni, jak w miejscu, które postawi Dolohov, zacznie rozrastać się pod nimi sieć badań i projektów, zawiążą się współprace między przechodzącymi się dziedzinami. Szedł już z nim tym korytarzem instytutu, doglądając tego, jak za każdymi mijanymi drzwiami kiełkuje coś nowego — nowe teorie, nowe ekspetymenty. Coś większego niż ich dotychczasowe — mimo wszystko — wąskie i specyficzne obszary prac. Coś faktycznie nieśmiertelnego, co przeżyje Vasilija Dolohova i w czym on, Peregrinus, miał mieć swój udział. Na razie zamknięte w katalogu na jego kolanach.
Trelawney odsunął się, potrzebował chwili pauzy, zanim przeszli do kolejnego tematu. Instytut zdążył rozejść się po jego krwioobiegu przyjemnym ciepłem i najchętniej dalej grzałby się w blasku tego planu, ale Vakel miał rację: wtedy znów odłożyłby tę mniej wygodną część rozmowy na bliżej nieokreślony czas, a pytania i tak wracałyby do niego jak natrętna mucha.
Mina nieco mu zrzedła, odłożył teczkę na bok, teraz to on wyciągnął papierosa. Czarodziej nie był już tak niezręczny jak na początku. Może trochę niezdecydowany, ale zdecydowanie swobodniejszy.
— Sam nie wiem… — Obrócił fajkę między palcami, zanim ją odpalił z głębokim zaciągnięciem. — Wtedy, w lesie w Windermere, magia, zamieszanie w głowie, ta sprawa, pamiętasz. — Wzruszył ramionami, jakby to było nic, ale cały ten wstęp był jak na niego zbyt niedbały. Dalej poszło mu lepiej, w końcu najtrudniej było zawsze przebrnąć przez pierwsze słowa. — Spotkałem tam człowieka. Zobaczyłem w nim wroga, ledwo powiedział, że pracuje w Departamencie Tajemnic, bo to było coś, czego ja nie miałem. To ten las działał, jak się okazało, na wszystkich i to on odpowiadał ze te emocje, one nie były do końca moje — usprawiedliwił się zawczasu. — Ten czarodziej powiedział też jednak, że cię znał, że jest szkolnym znajomym. Wtedy nienawiść się spotęgowała, bo miał coś, czego chciałem jeszcze bardziej. Znał cię nie tylko dłużej, ale i znał cię, zanim dobrała się do ciebie Annaleigh, więc zdawało mi się, chyba, znał poprawniej i od takiej strony, do której nigdy nie będę miał dostępu. — Zaciągnął się raz jeszcze, starając się wypuścić wraz z dymem całe napięcie. Średnio skutecznie. — Możesz się domyślać, że interakcja nie była szczególnie przyjemna. Przeprosiliśmy się potem listownie. On podpisał się imieniem tego samego człowieka, do którego przypadkiem poszedł tamten twój nieszczęsny list. Morpheus Longbottom. Od tamtej pory chodzi mi to po głowie, co między wami było.
Ten długi monolog tymczasem przeprowadził go przez cały wachlarz emocji.
Wyszedł od rozgoryczenia porażką, która choć nie była jego, przypomniała mu jego własne fiasko w kontaktach z Ministerstwem. Empatyzował w tym z Vakelem nie tylko na mocy tego, że oto instytucja pokazała środkowy palec komuś, kogo kochał, ale i wciąż obecną pamięcią własnego zawodu. Zawodu w sprawie mniejszego formatu, trzeba przyznać, lecz może tym bardziej uwierającej.
— Układanie się z Ministerstwem to widać nie droga dla żadnego z nas — powiedział bez żalu. — Wiesz, z perspektywy czasu odmowa od Departamentu była najlepszym prezentem, jaki mogłem od nich dostać. To był… wtedy ciężko było mi dowiedzieć się, że nie jestem wystarczająco dobry, żeby mnie wzięli. Nie wiem już, czy bardziej winiłem siebie, czy ich. Ale to nieważne, dzięki temu trafiłem na ścieżkę prowadzącą do ciebie i, nie muszę chyba tego mówić, za nic bym tego nie zmienił. (Mimo że nie zdążyłam jeszcze wrzucić tej ostatecznej zmiany priorytetów do wskazówek dla MG, zignorować tam.) Wierzę, że i ciebie postawili właśnie na drodze do czegoś o niebo lepszego niż ich uniwersytet. — Machnął lekceważąco ręką na świeżutko formującą się świątynię nauki i postępu, mimo że gdzieś głęboko, na krótki moment zakuła go utracona szansa. Było to jednak jedynie niewyraźne echo straty, nie zdążył się do tej wizji przywiązać tak, jak przywiązał się do niej Dolohov.
Odebrał od niego folder i już miał wziąć się za przeglądanie zdjęć, gdy usłyszał o tym, kogo wybrali zamiast Vasilija. To obudziło… politowanie? Pogardę? Zdaje się, że mogła być to po prostu małostkowa zawiść.
— Współpraca międzynarodowa. A więc zwykły zarządca? Wiesz, czy ktoś ze środowiska naukowego mu pomaga? — Nie postawiliby przecież na czele takiej jednostki jakiegoś pracownika administracyjnego, tak? Musiał być ktoś jeszcze. — Nie brzmi jak ktoś, kto bywa na sympozjach i śledzi publikacje. Chwilę może mu zająć, zanim się nauczy odróżniać, który człowiek jest kompetentny, a który to idiota-szarlatan. Tych nie brakuje, o czym co chwilę się przekonujemy. A jeszcze dodać do tego hordę obcokrajowców i w tym bałaganie weryfikować kierunki ich badań... Życzę mu powodzenia.
Choć słychać było wyraźnie zgryźliwość i fakt, że nie wróży (potocznie, nie profesjonalnie) sukcesu akademii pod wyłącznym kierownictwem urzędnika. Niewątpliwie talenty w dziedzinie managementu i kontaktów międzynarodowych były atutami, ale czy kluczowymi? Czy ikoną angielskiej edukacji wyższej nie powinien stać się ktoś, w czyją stronę zwracały się uczone głowy i na czyje prace powoływano się szeroko? które cieszyły się uznaniem? Za wcześnie jeszcze było, aby wyrokować, ale Peregrinusowi coś w tym pomyśle krzywo leżało. Może fakt, że pokrzywdzili mu chłopaka, a on przecież takie fajne podręczniki pisał i taki był mądry.
Krzywo leżało mu także zmienianie tematu, ponieważ, och, tak, wsiąknął od razu w wizję instytutu i pochłonął go on bez reszty. Myślami był już w tej przyszłości, którą mogli mieć, którą Vakel złożył mu na kolanach i powiedział, że chce to zrobić z nim. I teraz miał cofnąć się, ściągnąć go do przeszłości i to takiej mniej wygodnej. Wtedy dopiero dotarło do niego, że podszedł do tej rozmowy na opak. Mógł zapytać wpierw o jego znajomego z przeszłości, zostawić to za sobą i wtedy bez balastu dać się porwać temu, co przed nimi, zabrnąć entuzjastycznie we wspólne plany, dalej i dalej, do wszystkich wielkich dzieł, jakich mieli razem dokonać. I teraz musiał porzucić te fantazje i cofnąć się… Nie, jeszcze nie.
Dłuższą chwilę pochylał się nad folderem i przeglądał zdjęcia, po czym spojrzał na Dolohova oczami pełnymi ekscytacji hamowanej jedynie jego własną praktycznością.
— To mnóstwo pracy, ale tak, rozkręcisz to. Znamy ludzi ze swoich dziedzin, mamy szansę dotrzeć do tych naprawdę solidnych szybciej niż Ministerstwo. Od nich, kulą śnieżną, można szukać dalszych rekomendacji. — Nie wiadomo kiedy znalazł się tak blisko niego, że stykali się nogami. — To, o czym mówisz, tak powinny wyglądać studia i tworzenie wiedzy. To brzmi tak… pięknie. — Dotknął jego policzka i pocałował go, czule i czysto, jak czysty był ten sen o tworzeniu miejsca, gdzie nauka rozwijała się nieskrępowana, a jej adepci byli sobie równi.
Wsiąknął w to marzenie. Jak to marzenie, w tej wersji było zapewne idealistyczniejsze, niż miało się okazać w rzeczywistości, ale nie przejmował się tym na razie. Widział już oczami wyobraźni, jak w miejscu, które postawi Dolohov, zacznie rozrastać się pod nimi sieć badań i projektów, zawiążą się współprace między przechodzącymi się dziedzinami. Szedł już z nim tym korytarzem instytutu, doglądając tego, jak za każdymi mijanymi drzwiami kiełkuje coś nowego — nowe teorie, nowe ekspetymenty. Coś większego niż ich dotychczasowe — mimo wszystko — wąskie i specyficzne obszary prac. Coś faktycznie nieśmiertelnego, co przeżyje Vasilija Dolohova i w czym on, Peregrinus, miał mieć swój udział. Na razie zamknięte w katalogu na jego kolanach.
Trelawney odsunął się, potrzebował chwili pauzy, zanim przeszli do kolejnego tematu. Instytut zdążył rozejść się po jego krwioobiegu przyjemnym ciepłem i najchętniej dalej grzałby się w blasku tego planu, ale Vakel miał rację: wtedy znów odłożyłby tę mniej wygodną część rozmowy na bliżej nieokreślony czas, a pytania i tak wracałyby do niego jak natrętna mucha.
Mina nieco mu zrzedła, odłożył teczkę na bok, teraz to on wyciągnął papierosa. Czarodziej nie był już tak niezręczny jak na początku. Może trochę niezdecydowany, ale zdecydowanie swobodniejszy.
— Sam nie wiem… — Obrócił fajkę między palcami, zanim ją odpalił z głębokim zaciągnięciem. — Wtedy, w lesie w Windermere, magia, zamieszanie w głowie, ta sprawa, pamiętasz. — Wzruszył ramionami, jakby to było nic, ale cały ten wstęp był jak na niego zbyt niedbały. Dalej poszło mu lepiej, w końcu najtrudniej było zawsze przebrnąć przez pierwsze słowa. — Spotkałem tam człowieka. Zobaczyłem w nim wroga, ledwo powiedział, że pracuje w Departamencie Tajemnic, bo to było coś, czego ja nie miałem. To ten las działał, jak się okazało, na wszystkich i to on odpowiadał ze te emocje, one nie były do końca moje — usprawiedliwił się zawczasu. — Ten czarodziej powiedział też jednak, że cię znał, że jest szkolnym znajomym. Wtedy nienawiść się spotęgowała, bo miał coś, czego chciałem jeszcze bardziej. Znał cię nie tylko dłużej, ale i znał cię, zanim dobrała się do ciebie Annaleigh, więc zdawało mi się, chyba, znał poprawniej i od takiej strony, do której nigdy nie będę miał dostępu. — Zaciągnął się raz jeszcze, starając się wypuścić wraz z dymem całe napięcie. Średnio skutecznie. — Możesz się domyślać, że interakcja nie była szczególnie przyjemna. Przeprosiliśmy się potem listownie. On podpisał się imieniem tego samego człowieka, do którego przypadkiem poszedł tamten twój nieszczęsny list. Morpheus Longbottom. Od tamtej pory chodzi mi to po głowie, co między wami było.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie