07.02.2025, 22:08 ✶
To, co między nimi kiełkowało, było tak ulotne jak mgła. Unosiło się nad ziemią niezauważone, przeganiane pod wpływem gwałtowniejszych ruchów lecz w chwili, gdy oboje odwracali wzrok: oplatało ich kostki z pełną mocą i nie pozwalało już zrobić kroku w tył. Nie wiedzieli tego jeszcze, ale ta mgiełka była cholernie trudna do przerwania. Być może jednemu będzie łatwiej, ale mogło być też tak, że gdy oboje uśpią czujność i nie opuszczą na czas głów - będzie już za późno. Ale jak mógł o tym myśleć, gdy wargi Charlesa wędrowały po jego szyi, a zęby zahaczały o bladą skórę, pozostawiając na niej blade ślady? Jak mógł myśleć o czymkolwiek gdy czuł, jak dłonie Mulcibera zaciskają się mocniej na jego ciele, jak on sam łaknie jego bliskości, chociaż jeszcze przed chwilą wzajemnie zadawali sobie ciosy? Zaczynał mieć wątpliwości, czy Charles był tu jedynym, który miał w tamtej chwili problemy z agresją. Dlaczego go to tak zdenerwowało? Nie to, jak o nim pisał tylko to, co mówił, że zrobi? Dlaczego tak bardzo wściekł się, gdy pomyślał, że Mulciber może faktycznie pójść szukać Baldwina i idiotycznie stracić rękę, nogę lub życie? Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzisz mnie ty chciałby chociaż to pomyśleć, lecz ta myśl nie zdążyła nawet się ukształtować w jego umyśle. Nie, gdy jego oczy napotkały przeciągłe spojrzenie, gdy zobaczył jak pada na kolana i sięga do jego spodni. Nie obchodzi mnie to, nie zdążyło się uformować - tak naprawdę jego mózg zdążył po prostu pomyśleć o literze N, zanim całkowicie się wyłączył, każąc mu wypowiedzieć inne słowo.
- Charles... - szept poniósł się po łazience, odbił od zimnych kafelków i wsiąkł w miękkie ręczniki tak, jak palce Rodolphusa wsiąkły we włosy Charlesa. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że oto patrzcie: władca ludzkich umysłów, ktoś kto nie boi się schwytać żywego towaru tylko po to, by przeciągnąć go na stół i rozkroić przy pomocy skalpela. Oto ktoś, kto precyzyjnymi ruchami różdżki rozcina twardą czaszkę, by uchylić jej kawałek i móc dostać się do obrzmiałego, nasiąkniętego krwią organu. Jeszcze żyjącego, jeszcze pulsującego, pofałdowanego - przez który przechodzą impulsy nawet w chwili, gdy serce już nie bije. Oto on: oklumenta i legilimenta, naukowiec który nie cofnie się przed morderstwem doskonałym, byle by tylko poznać każdy zakamarek umysłu. Oto on - pan i władca umysłów, który sam swój mózg ujął w dłonie i po prostu wypieprzył go przez okno. Bo jak inaczej można było nazwać to, w czym teraz tonął? Zwierzęca, czysta przyjemność, otulona wilgotnymi jękami, chociaż przecież jeszcze woda nie spłynęła ze słuchawki. Niewypowiedziane obietnice, których nikt nie musiał wypowiadać, gdy zaciskali dłonie na swoich ciałach. Pocałunki, które mówiły więcej niż słowa. Aż w końcu szum wody, płytkie oddechy i przyjemne, pełne spełnienia milczenie, którego nie trzeba było przerywać. Nie musieli nic mówić, żeby wiedzieć.
A jednak wypadałoby coś powiedzieć. Wypadałoby wytłumaczyć, dlaczego w ogóle znaleźli się w tej sytuacji. Dlaczego on sam przybył tutaj w tak gwałtowny sposób, ignorując wszelkie możliwe granice kultury i prywatności, tak po prostu pojawiając się na środku mieszkania, gotów rzucić się na Charlesa, gdyby znalazł go przy drzwiach, wychodzącego. Lestrange spojrzał na Mulcibera w zamyśleniu, przejeżdżając miękkim ręcznikiem po mokrych, czarnych włosach. Obserwował to, jak uspokaja oddech, jak przy pomocy palców odczepia resztki brokatu z ramienia, jak sięga po czyste ubranie. Nie chciał przerywać tej ciszy, lecz co jeżeli to nie pierwsza taka groźba ze strony Charlesa?
- Będziesz starał się go odnaleźć, prawda? - zapytał w końcu, odwieszając ręcznik na hak. Nie musiał się upewniać: był w zasadzie pewny, że Mulciber prędzej czy później będzie chciał dorwać Baldwina.
- Charles... - szept poniósł się po łazience, odbił od zimnych kafelków i wsiąkł w miękkie ręczniki tak, jak palce Rodolphusa wsiąkły we włosy Charlesa. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że oto patrzcie: władca ludzkich umysłów, ktoś kto nie boi się schwytać żywego towaru tylko po to, by przeciągnąć go na stół i rozkroić przy pomocy skalpela. Oto ktoś, kto precyzyjnymi ruchami różdżki rozcina twardą czaszkę, by uchylić jej kawałek i móc dostać się do obrzmiałego, nasiąkniętego krwią organu. Jeszcze żyjącego, jeszcze pulsującego, pofałdowanego - przez który przechodzą impulsy nawet w chwili, gdy serce już nie bije. Oto on: oklumenta i legilimenta, naukowiec który nie cofnie się przed morderstwem doskonałym, byle by tylko poznać każdy zakamarek umysłu. Oto on - pan i władca umysłów, który sam swój mózg ujął w dłonie i po prostu wypieprzył go przez okno. Bo jak inaczej można było nazwać to, w czym teraz tonął? Zwierzęca, czysta przyjemność, otulona wilgotnymi jękami, chociaż przecież jeszcze woda nie spłynęła ze słuchawki. Niewypowiedziane obietnice, których nikt nie musiał wypowiadać, gdy zaciskali dłonie na swoich ciałach. Pocałunki, które mówiły więcej niż słowa. Aż w końcu szum wody, płytkie oddechy i przyjemne, pełne spełnienia milczenie, którego nie trzeba było przerywać. Nie musieli nic mówić, żeby wiedzieć.
A jednak wypadałoby coś powiedzieć. Wypadałoby wytłumaczyć, dlaczego w ogóle znaleźli się w tej sytuacji. Dlaczego on sam przybył tutaj w tak gwałtowny sposób, ignorując wszelkie możliwe granice kultury i prywatności, tak po prostu pojawiając się na środku mieszkania, gotów rzucić się na Charlesa, gdyby znalazł go przy drzwiach, wychodzącego. Lestrange spojrzał na Mulcibera w zamyśleniu, przejeżdżając miękkim ręcznikiem po mokrych, czarnych włosach. Obserwował to, jak uspokaja oddech, jak przy pomocy palców odczepia resztki brokatu z ramienia, jak sięga po czyste ubranie. Nie chciał przerywać tej ciszy, lecz co jeżeli to nie pierwsza taka groźba ze strony Charlesa?
- Będziesz starał się go odnaleźć, prawda? - zapytał w końcu, odwieszając ręcznik na hak. Nie musiał się upewniać: był w zasadzie pewny, że Mulciber prędzej czy później będzie chciał dorwać Baldwina.