09.02.2025, 02:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.02.2025, 02:31 przez Cynthia Flint.)
Neutralny grunt.
Czy on w ogóle jeszcze dawał możliwość stania? Nie przypominał bagna, które wciągało Cię powoli i sukcesywnie pozbawiało tlenu oraz możliwości ucieczki? Zmniejszające się granice sprawiały, że człowiek mógł zwariować. Cynthia miała wrażenie, że wariuje. Kończyły się jej rozwiązania zadowalające obydwie strony, a chaos rozprzestrzeniał się, niczym choroba. Miała wrażenie, że utknęła. W szczęściu i w nieszczęściu skupiała się na pracy. Punkt widzenia zależał od tego, gdzie się stało — istotnie. Nie wątpiła w czystości wiary popleczników Czarnoksiężnika w to, że postępowali właściwie i walczyli o swoje dziedzictwo, ale argumenty przedstawiane przez Brennę czy Atreusa również nie były błędne. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona naprawdę gdzieś miała świat, interesowało ją tylko dobro pojedynczych jednostek, a one — niczym niesione złośliwością losu, miały skrajnie różne podejście do spraw, o które toczyła się ta cała wojna. Kostnica zawsze będzie miejscem potrzebnym w obydwu światach, a prawda była taka, że mało kto chciał wykonywać tę pracę. Nie był to dobry moment nad rozmyślaniem nad złem i dobrem i wyjściem z impasu. Nie miała na to czasu, zważywszy zarówno na okoliczności, jak i na przypadłość wyniesioną z Limba.
Zacisnęła palce na materiale koszuli pokrywającej użyczone ramie delikatnie, dziękując jednocześnie skinięciem głowy. Zaproszenie do cudzej piwnicy na końcu świata nie brzmiało na coś bezpiecznego i rozsądnego, podobnie jak propozycja dołączenia do projektu, nad którym pracował. Musiała mieć do niego pewną dozę zaufania, skoro podzielił się z nią takimi informacjami, wiedząc, że pracowała w Ministerstwie. I pewnie też o tym, że jej pozycja podlegała bezpośrednio pod szefa Departamentu Aurorów, w których skrzydle często bywała i miała przyjaciół. To była równowarta wymiana, napędzana podekscytowaniem i ciekawością. Wytwarzała się między nimi iskra zrozumienia, pleciona ciasno ambicją i chęcią poznania tego, czego świat jeszcze zwyczajnie nie umiał docenić. Oni jednak od samego początku widzieli w tym potencjał, możliwość rozwoju nie tylko pod względem pozbywania się cudzej energii życiowej. To było coś więcej. Mieli swoje sekrety, swoje laboratoria i z pewnością, gdyby nie kaprys losu, luźno rzucone słowa — spotykaliby się na salonach, nie wiedząc o podobieństwie swoich zainteresowań. Cóż by to była za zmarnowana okazja! Prawda była taka, że Cynthia potrzebowała kogoś, kto, chociaż odrobinę będzie rozumiał i dzielił z nią pasję. Kogoś równie zaangażowanego, gotowego do poświęceń.
- Oh. Dlatego właśnie praca z trupami jest przyjemniejsza, nie musisz się martwić o utrzymanie obiektów badawczych przy życiu. - odparła z delikatnym wzruszeniem ramion, tonem wciąż spokojnym i dość łagodnym, pozbawionym ten okrasy, którą zwykle miała w Ministerstwie. Tam wszystko musiało być dopasowane do noszonej przez nią maski i nie mogła być po prostu sobą. O ile w ogóle jeszcze pamiętała, jak być po prostu Cynthią po takim czasie korzystania z zaklęć manipulujących emocjami i gospodarką hormonalną. Pierwszą zasadą prowadzenia badań, zwłaszcza związanych z nekromancją, było uprzedmiotowienie obiektów. Tylko w ten sposób dało się pracować normalnie. Cynthia nigdy nie działała na ludziach żywych, ciężko było więc jej przewidzieć wszystkie swoje reakcje i możliwe scenariusze po zejściu do tej nieszczęsnej piwnicy, ale zawsze mogła sobie pomóc pociąganiem magicznych nitek. Pomimo tego, czym się zajmowała — teoretyczne - to nigdy nie miała na sumieniu drugiego człowieka. Nie licząc oczywiście byłego narzeczonego, ale to nazywała zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności. - Nie jesteś pewien.
Zauważyła, nieznacznie odwracając twarz w jego kierunku, a kąciki ust drgnęły jej nieco ku górze.
Powolnie omiotła wzrokiem wnętrze, gdy ten przyzwyczaił się do jaśniejszego świata, które znalazło odbicie w jasnych tęczówkach. Przypominało jej to trochę kostnice, trochę laboratorium, ale trochę też miejsce pracy w kryptach, gdzie druidzi przygotowywali swoich do pochówku przed kilkoma stuleciami. Nie śpieszyła się z zapoznawaniem się z przygotowaną przez niego pracownią, na dłużej zawieszając spojrzenie na sprzętach typowych dla mugoli, które w jakiś sposób udało mu się uruchomić w świecie pełnym magii i pozbawionym tego, czego oni używali do zasilania. Zapach był znajomy, atmosfera i rdzawe ślady krwi wcale jej nie odstraszały, była do nich przyzwyczajona. Jej palce zsunęły się po materiale koszuli z lekkością, podobnie jak pasek torebki z ramienia. Kilka sekund później przedmiot opadł na kamienną posadzkę, a Cynthia zrobiła krok — jeden, drugi, pozwalając, aby echo uderzających obcasów dotarło do ich uszu. Splotła ręce za sobą, przechadzając się po miejscu tak dla niego ważnym, jakby była w sklepie z biżuterią, przyglądając się wystawionym przedmiotom z błyskiem w oczach i ciekawością. Tak, jakby szeptały jakieś zaklęcia, chcąc ją skusić, aby złapała je w palce i zbadała. Pozwoliła mu mówić, zając się teczkami — nawet obdarzyła go krótkim spojrzeniem rzuconym przez ramię, wracając jednak do badania pomieszczenia równie szybko, co on wertował skryte w pudłach kartki.
- Ludzie boją się śmierci, a strach przyśpiesza procesy zachodzące w organizmie chwilę przed ostatnim oddechem. Jakby chciał ulżyć, zsunąć z ramion ciężar.
Ciężko było stwierdzić, czy mówiła do niego, czy bardziej do siebie. Stała przed zasłoną, przyglądając się jej kilka sekund, a potem chwyciła materiał w palce i odsunęła znajdującego się za nią człowieka. Nachyliła się do niego, przyglądając się jego twarzy, którą kilka sekund później ujęła w dłonie, pozwalając sobie na skorzystanie z magii niewerbalnej. Różdżkę miała przy sobie, więc powrót po torebkę nie był konieczny. Oddech jego obiektu badań stawał się spokojniejszy, jęki cichły, a manipulacja jego energią życiową i przelanie odrobiny jej własnej sprawił, że podstawowe potrzeby zostały zaspokojone. Zmorzył go słodki, lekki sen, a Cynthia poruszyła ośrodek w mózgu odpowiadający za śnienie, aby spotkało go coś dobrego. Nie mogłaby się chyba skupić na Rodolphusie i jego teczkach, gdyby tak jęczał. Wyprostowała się, przekręcając głowę na bok, a potem z westchnieniem się obróciła i podeszła do ciemnowłosego mężczyzny, stając zaraz obok i przenosząc spojrzenie na jego teczki, przesunęła wzrokiem po malujących się na stronach literkach.
- Musisz pamiętać o nawodnieniu, to ważniejsze niż jedzenie. Jeśli zaspokoisz pragnienie, organy będą sprawniej działały. - zaczęła w końcu, ignorując jasne pasmo włosów, które spłynęło do przodu, łaskocząc bladą skórę policzka. Robert Mulciber. Ojciec Stanleya brał w tym udział? Gdyby nie chęć zachowania neutralnego wyrazu twarzy, pewnie uniosłaby brwi w zaskoczeniu. - Twoje dotychczasowe projekty jasno pokazują różnice, ale powinieneś zbadać więcej osób ze źródłem magicznym. Czy pomogłoby Ci, gdyby sam mózg pacjenta utrzymać odrobinę dłużej przy życiu, pomimo niewydolności wielonarządowej? Mógłbyś też wprowadzić pacjenta w stan graniczący ze śmiercią kliniczną, gdzie praca narządów spowalnia, ale serce wciąż pompuje krew i mózg jest w pełni sprawny. Chociaż pacjent już nie ma świadomości i ma słabe reakcje. - przerwała, unosząc jedną z dłoni i palcem przesunęła po fragmencie trzymanego przez niego dokumenty, czytając kolejny akapit. - Które bodźce sprawdzałeś, poza bólowymi? Czego ode mnie oczekujesz w tym projekcie?
Odwróciła twarz w jego stronę, podnosząc spojrzenie. Cynthia miała dużą wiedzę, ale mógł dostrzec pewne braki doświadczenia w pracy z żywymi istotami. Nie potrzebowała instrukcji lub wskazówek, potrzebowała poznać jego oczekiwania względem jej udziału w tym, nad czym tak ciężko pracował.
Czy on w ogóle jeszcze dawał możliwość stania? Nie przypominał bagna, które wciągało Cię powoli i sukcesywnie pozbawiało tlenu oraz możliwości ucieczki? Zmniejszające się granice sprawiały, że człowiek mógł zwariować. Cynthia miała wrażenie, że wariuje. Kończyły się jej rozwiązania zadowalające obydwie strony, a chaos rozprzestrzeniał się, niczym choroba. Miała wrażenie, że utknęła. W szczęściu i w nieszczęściu skupiała się na pracy. Punkt widzenia zależał od tego, gdzie się stało — istotnie. Nie wątpiła w czystości wiary popleczników Czarnoksiężnika w to, że postępowali właściwie i walczyli o swoje dziedzictwo, ale argumenty przedstawiane przez Brennę czy Atreusa również nie były błędne. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona naprawdę gdzieś miała świat, interesowało ją tylko dobro pojedynczych jednostek, a one — niczym niesione złośliwością losu, miały skrajnie różne podejście do spraw, o które toczyła się ta cała wojna. Kostnica zawsze będzie miejscem potrzebnym w obydwu światach, a prawda była taka, że mało kto chciał wykonywać tę pracę. Nie był to dobry moment nad rozmyślaniem nad złem i dobrem i wyjściem z impasu. Nie miała na to czasu, zważywszy zarówno na okoliczności, jak i na przypadłość wyniesioną z Limba.
Zacisnęła palce na materiale koszuli pokrywającej użyczone ramie delikatnie, dziękując jednocześnie skinięciem głowy. Zaproszenie do cudzej piwnicy na końcu świata nie brzmiało na coś bezpiecznego i rozsądnego, podobnie jak propozycja dołączenia do projektu, nad którym pracował. Musiała mieć do niego pewną dozę zaufania, skoro podzielił się z nią takimi informacjami, wiedząc, że pracowała w Ministerstwie. I pewnie też o tym, że jej pozycja podlegała bezpośrednio pod szefa Departamentu Aurorów, w których skrzydle często bywała i miała przyjaciół. To była równowarta wymiana, napędzana podekscytowaniem i ciekawością. Wytwarzała się między nimi iskra zrozumienia, pleciona ciasno ambicją i chęcią poznania tego, czego świat jeszcze zwyczajnie nie umiał docenić. Oni jednak od samego początku widzieli w tym potencjał, możliwość rozwoju nie tylko pod względem pozbywania się cudzej energii życiowej. To było coś więcej. Mieli swoje sekrety, swoje laboratoria i z pewnością, gdyby nie kaprys losu, luźno rzucone słowa — spotykaliby się na salonach, nie wiedząc o podobieństwie swoich zainteresowań. Cóż by to była za zmarnowana okazja! Prawda była taka, że Cynthia potrzebowała kogoś, kto, chociaż odrobinę będzie rozumiał i dzielił z nią pasję. Kogoś równie zaangażowanego, gotowego do poświęceń.
- Oh. Dlatego właśnie praca z trupami jest przyjemniejsza, nie musisz się martwić o utrzymanie obiektów badawczych przy życiu. - odparła z delikatnym wzruszeniem ramion, tonem wciąż spokojnym i dość łagodnym, pozbawionym ten okrasy, którą zwykle miała w Ministerstwie. Tam wszystko musiało być dopasowane do noszonej przez nią maski i nie mogła być po prostu sobą. O ile w ogóle jeszcze pamiętała, jak być po prostu Cynthią po takim czasie korzystania z zaklęć manipulujących emocjami i gospodarką hormonalną. Pierwszą zasadą prowadzenia badań, zwłaszcza związanych z nekromancją, było uprzedmiotowienie obiektów. Tylko w ten sposób dało się pracować normalnie. Cynthia nigdy nie działała na ludziach żywych, ciężko było więc jej przewidzieć wszystkie swoje reakcje i możliwe scenariusze po zejściu do tej nieszczęsnej piwnicy, ale zawsze mogła sobie pomóc pociąganiem magicznych nitek. Pomimo tego, czym się zajmowała — teoretyczne - to nigdy nie miała na sumieniu drugiego człowieka. Nie licząc oczywiście byłego narzeczonego, ale to nazywała zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności. - Nie jesteś pewien.
Zauważyła, nieznacznie odwracając twarz w jego kierunku, a kąciki ust drgnęły jej nieco ku górze.
Powolnie omiotła wzrokiem wnętrze, gdy ten przyzwyczaił się do jaśniejszego świata, które znalazło odbicie w jasnych tęczówkach. Przypominało jej to trochę kostnice, trochę laboratorium, ale trochę też miejsce pracy w kryptach, gdzie druidzi przygotowywali swoich do pochówku przed kilkoma stuleciami. Nie śpieszyła się z zapoznawaniem się z przygotowaną przez niego pracownią, na dłużej zawieszając spojrzenie na sprzętach typowych dla mugoli, które w jakiś sposób udało mu się uruchomić w świecie pełnym magii i pozbawionym tego, czego oni używali do zasilania. Zapach był znajomy, atmosfera i rdzawe ślady krwi wcale jej nie odstraszały, była do nich przyzwyczajona. Jej palce zsunęły się po materiale koszuli z lekkością, podobnie jak pasek torebki z ramienia. Kilka sekund później przedmiot opadł na kamienną posadzkę, a Cynthia zrobiła krok — jeden, drugi, pozwalając, aby echo uderzających obcasów dotarło do ich uszu. Splotła ręce za sobą, przechadzając się po miejscu tak dla niego ważnym, jakby była w sklepie z biżuterią, przyglądając się wystawionym przedmiotom z błyskiem w oczach i ciekawością. Tak, jakby szeptały jakieś zaklęcia, chcąc ją skusić, aby złapała je w palce i zbadała. Pozwoliła mu mówić, zając się teczkami — nawet obdarzyła go krótkim spojrzeniem rzuconym przez ramię, wracając jednak do badania pomieszczenia równie szybko, co on wertował skryte w pudłach kartki.
- Ludzie boją się śmierci, a strach przyśpiesza procesy zachodzące w organizmie chwilę przed ostatnim oddechem. Jakby chciał ulżyć, zsunąć z ramion ciężar.
Ciężko było stwierdzić, czy mówiła do niego, czy bardziej do siebie. Stała przed zasłoną, przyglądając się jej kilka sekund, a potem chwyciła materiał w palce i odsunęła znajdującego się za nią człowieka. Nachyliła się do niego, przyglądając się jego twarzy, którą kilka sekund później ujęła w dłonie, pozwalając sobie na skorzystanie z magii niewerbalnej. Różdżkę miała przy sobie, więc powrót po torebkę nie był konieczny. Oddech jego obiektu badań stawał się spokojniejszy, jęki cichły, a manipulacja jego energią życiową i przelanie odrobiny jej własnej sprawił, że podstawowe potrzeby zostały zaspokojone. Zmorzył go słodki, lekki sen, a Cynthia poruszyła ośrodek w mózgu odpowiadający za śnienie, aby spotkało go coś dobrego. Nie mogłaby się chyba skupić na Rodolphusie i jego teczkach, gdyby tak jęczał. Wyprostowała się, przekręcając głowę na bok, a potem z westchnieniem się obróciła i podeszła do ciemnowłosego mężczyzny, stając zaraz obok i przenosząc spojrzenie na jego teczki, przesunęła wzrokiem po malujących się na stronach literkach.
- Musisz pamiętać o nawodnieniu, to ważniejsze niż jedzenie. Jeśli zaspokoisz pragnienie, organy będą sprawniej działały. - zaczęła w końcu, ignorując jasne pasmo włosów, które spłynęło do przodu, łaskocząc bladą skórę policzka. Robert Mulciber. Ojciec Stanleya brał w tym udział? Gdyby nie chęć zachowania neutralnego wyrazu twarzy, pewnie uniosłaby brwi w zaskoczeniu. - Twoje dotychczasowe projekty jasno pokazują różnice, ale powinieneś zbadać więcej osób ze źródłem magicznym. Czy pomogłoby Ci, gdyby sam mózg pacjenta utrzymać odrobinę dłużej przy życiu, pomimo niewydolności wielonarządowej? Mógłbyś też wprowadzić pacjenta w stan graniczący ze śmiercią kliniczną, gdzie praca narządów spowalnia, ale serce wciąż pompuje krew i mózg jest w pełni sprawny. Chociaż pacjent już nie ma świadomości i ma słabe reakcje. - przerwała, unosząc jedną z dłoni i palcem przesunęła po fragmencie trzymanego przez niego dokumenty, czytając kolejny akapit. - Które bodźce sprawdzałeś, poza bólowymi? Czego ode mnie oczekujesz w tym projekcie?
Odwróciła twarz w jego stronę, podnosząc spojrzenie. Cynthia miała dużą wiedzę, ale mógł dostrzec pewne braki doświadczenia w pracy z żywymi istotami. Nie potrzebowała instrukcji lub wskazówek, potrzebowała poznać jego oczekiwania względem jej udziału w tym, nad czym tak ciężko pracował.