Ledwo wczoraj? A może jednak przedwczoraj? Pewien gagatek zawędrował na Nokturn. To nie będzie długa bajka - rozsiądźcie się wszyscy i posłuchajcie! Gagatek ten, nietoperz z przypadku, zawędrował nieprzypadkiem na ciemne alejki. Szukał, a znalazł! Przygody niemałej, wszak ciekawscy na nim skórę wieszali! Rozdzielali już oczami majątek, ten dla brata, a ten dla mnie - każdy coś dobrego z niego ściągnie. Czegóż tu szukał ten nicpoń odważny? Sławy? Kłopotów? Bójki frywolnej? I niechby się natknęła, choć to sławie urąga, pięści para co nie miara! Lecz nie tego czerń szukała, nie tego tutaj chciała. Bratnia dusza, wzór wolności, miał się doszukiwać sprawiedliwości! W słusznej sprawie przyszedł przecie - szukać wiedzy za zapieckiem. Czy go znalazł? Gówno znalazł! Skarb sam musiał przyjść do Pana. Tak się spotkał czarny gacek, na ulicy trochę strasznej, z czarnym kotem, tym dachowcem, taki morał z tego prosty! Ten kto szuka, ten coś błądzi, lecz już błądząc - nie zabłądzi!
Tak zabłądził nam kolejny rodzynek - jakże fatalnie podobny do swego psubrata. Akcja niemal kalką się jawiła przed oczami Sauriela, kiedy kolejny raz dotarło do niego hasło: ktoś nowy się pojawił. Z takimi informacjami zawsze można było sobie poradzić. Na przykład - zignorować je. Kiedy jednak słyszysz, że znowu Louvain Lestrange się tu kręcił to już miałeś małe what the fuck. Malutkie. Jednocześnie duże na tyle, żeby ruszyć swoje leniwe dupsko i odnaleźć tego, co już nie błądził. Bo ja zabłądził raz - to drugi raz nie mógł, tak? Jakoś tak to miało lecieć. Nie trzeba było długo czekać, żeby doczekać się hasła, że młody został ojebany. Na co? Sprał jednego, potem drugiego i w końcu zabrał sakiewkę, ważąc ją w dłoni. Gdyby trochę mniej lubił Louvaina (nie to, żeby lubił go wybitnie) to pewnie zajrzałby do środka. I potem musiał sobie wydłubać palcami oczy, bo spotkałby go wgląd na jakieś podejrzane kuleczki, albo inne dildo. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Takim sposobem człowiek wyłaniał z siebie proste hasło - ignorancja była cnotą. Z tejże cnoty Rookwood zamierzał właśnie skorzystać.
Namierzenie tej ofiary losu na uliczkach było jak podtarcie sobie tyłka papierem toaletowym. Nie żeby Sauriel miał o tym nadal jakieś pojęcie, ale przecież piękne wspomnienia sprzed 4 lat nadal w głowie pozostawały. Podrzucił sakiewkę parę razy w dłoni, ale potem się opamiętał. On tym sobie rzucał, a tu się okaże, że w środku jest fabergé warte więcej niż cała ta ulica. Głupio byłoby je oddać w kawałkach i powiedzieć, że no - złodzieje tego nie uszkodzili. Ja uszkodziłem, bo mam syndrom niespokojnych rąk. Albo niespokojnego mózgu. Na pewno jakieś schorzenie by się na to znalazło.
- Oy! Pedale! - Zakrzyknął do pleców Louvaina, który ewidentnie kręcił się jak gówno w przeręblu. Czyli dokładnie tak samo, jak wczorajszego dnia. Z tą różnicą, że wczoraj zdążył złodzieja zatrzymać ZANIM czyn stał się ciałem. Dzisiaj było inaczej. - Nie zgubiłeś czegoś? - Złapał za kraniec sakiewki i pozwolił jej sugestywnie zawisnąć pod jego wyciągniętą w bok ręką. ALE ZARAZ ZAAARAZ..! Sauriel przymrużył czarne oczy, spoglądając na twarz jednak nie tak znajomą. Albo raczej: znajomą inaczej.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.