10.02.2025, 21:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2025, 22:11 przez Julián Bletchley.)
— Od czego mam ochotę zacząć? — powtórzył z uniesioną brwią. — Może od zamknięcia tego cyrku i pójścia na ciepłą herbatę zanim zamienię się w mokrego gumochłona — kiedy Anthony uniósł kącik ust w swoim firmowym uśmieszku, który Julian ochrzcił kiedyś mianem uśmiechu człowieka, który nigdy nie wypił herbaty za własne pieniądze, auror parsknął śmiechem mimo woli. W tym dziwnym układzie, w którym balansowali między współpracą (zaufaniem?) a wzajemną nieufnością, czasem łatwiej było po prostu się zaśmiać. — Aj, może nie powinienem być taki dramatyczny. Magazyn z kontrabandą w deszczu to prawie romantyczna sceneria. Jak dla mnie brakuje tu tylko skrzypiec i wina — i być może trzech aurorów z nakazem przeszukania, ale to już szczegóły. Julian wsunął się do magazynu obok Anthony’ego, ocierając rękawem kroplę deszczu, która spłynęła mu z nosa. Już po kilku krokach zaczął żałować, że w ogóle zgodził się na to spotkanie. Powinien być jeszcze bardziej dramatyczny. A ta chusteczka była przesadą w skromnym mniemaniu aurora, ponieważ stanowiła absurdalny symbol wygody i luksusu, który w tym cuchnącym magazynie wypełnionym czarnomagicznymi brudami, wydawał się niemalże prowokacją.
— Smród tego miejsca i tak wsiąknie ci w ubranie — odparł z grymasem. Dobra, pomyślał, rzeczywiście tu jebało, a podchodząc do jednej z większych skrzyń z boku, której wieko wyglądało na źle zabezpieczone, domyślał się, co właściwie unosiło się w powietrzu. Chciał dodać, że jego wielkoduszność to jedyna rzecz najbardziej podejrzana od tego, co tu prawdopodobnie zastaliby, ale w tym samym momencie obrzucił Anthony’ego zmartwionym (prawie że ojcowskim) spojrzeniem. — Mogę sam to sprawdzić — zaoferował i kiwnął głową w kierunku pudła, ale miał na myśli nie zawartość, ale całość ich tego przedsięwzięcia. Machnął różdżką, a wieko otworzyło się z cichym trzaskiem. Julian zajrzał do środka. Wewnątrz, wśród warstw czarnego jedwabiu, błyszczał mroczny, czarnomagiczny amulet, który wydawał się… Oddychać. Julian skrzywił się i szybko zatrzasnął wieko.
— Wiesz Shafiq, kiedy mówiłem, że potrzebuję tropu, nie miałem na myśli magazynu pełnego przeklętych bibelotów. Mam wrażenie, że to miejsce samo się prosi o protego horribilis.
— Smród tego miejsca i tak wsiąknie ci w ubranie — odparł z grymasem. Dobra, pomyślał, rzeczywiście tu jebało, a podchodząc do jednej z większych skrzyń z boku, której wieko wyglądało na źle zabezpieczone, domyślał się, co właściwie unosiło się w powietrzu. Chciał dodać, że jego wielkoduszność to jedyna rzecz najbardziej podejrzana od tego, co tu prawdopodobnie zastaliby, ale w tym samym momencie obrzucił Anthony’ego zmartwionym (prawie że ojcowskim) spojrzeniem. — Mogę sam to sprawdzić — zaoferował i kiwnął głową w kierunku pudła, ale miał na myśli nie zawartość, ale całość ich tego przedsięwzięcia. Machnął różdżką, a wieko otworzyło się z cichym trzaskiem. Julian zajrzał do środka. Wewnątrz, wśród warstw czarnego jedwabiu, błyszczał mroczny, czarnomagiczny amulet, który wydawał się… Oddychać. Julian skrzywił się i szybko zatrzasnął wieko.
— Wiesz Shafiq, kiedy mówiłem, że potrzebuję tropu, nie miałem na myśli magazynu pełnego przeklętych bibelotów. Mam wrażenie, że to miejsce samo się prosi o protego horribilis.