10.02.2025, 23:50 ✶
Nazywał ją hipokrytą, a sam robił podobnie. Nie odcinał się od emocji, ale odcinał się od tego, co mogło je powodować i mieć wpływ na jego decyzję oraz lojalność względem Voldemorta. Gdy przekroczył próg tego domu, a dzień wcześniej rozmawiała z ojcem na temat tego, po co przyszedł — myślała, że tylko do tego sprowadzi się ta wizyta. Ich relacja ostatnio przechodziła burzliwy okres i była pewna, że od niej też się po prostu odetnie. Znała go na tyle, aby wiedzieć, że miała na niego wpływ. Nie tylko dlatego, że zawsze miała jego plecy i przez tyle lat była jedyną osobą, którą mu bezinteresownie pomagała, ale również dlatego, że miał do niej słabość. Na swój pokrętny sposób zawsze się o nią troszczył, widziała to. A to była przeszkoda, bo ktoś, kto widziałby w nim swojego wroga, a może i sam Louvain, mógłby to postrzegać jako formę słabości. Jeden z liderów rebelii nie powinien mieć słabości, które tak łatwo można było wykorzystać przeciwko niemu. To było dla niego niebezpieczne. Ta myśl też często krążyła w jej głowie, chyba też tak tłumaczyła sobie, że większość ich spotkań odbywała się z dala od wścibskich oczu i często z dala od świata Czarodziejów, nad którego zmianą pracował.
Chciała go ochronić, może nawet przed nim samym, ale coraz częściej wymykał się jej z rąk i po prostu nie słuchał, gdy mówiła to, co mogło mu się nie podobać. Gdy próbowała być rozsądna, a rzeczywistość nie malowała się w barwach, które Louvain lubił. Każdy potrzebował iskierki, małego haczyka, który utrzymywał człowieczeństwo na swoim miejscu w czasach, gdy tak łatwo można było je stracić. To nie tak, że wiecznie chciała tkwić w zbroi i narzuconych przez lata wyrzeczeń kajdanach, ona po prostu nie miała pojęcia, jak to zmienić. Miała dobre serce, jeśli kogoś do niego wpuściła i doskonale wiedziała, że będzie to powodem jej zguby oraz cierpienie, bo nie będzie mogła chronić ich wszystkich. Cynthia zawsze była przecież tą osobą, która mówiła "mam Cię" i bez zadawania pytań robiła to, czego jej przyjaciele potrzebowali. Kim stałaby się, gdyby ich zabrakło? Jak szybko pochłonęłaby ją ciemność i chęć zabawy w Boga, gdyby te małe niteczki czerwonych nici, których tak kurczowo się trzymała, zerwałyby się? Nie mogła zaakceptować myśli, że chciał umrzeć. Tak po prostu się z tym mógł pogodzić, rezygnując z tego wszystkiego, co oferowało życie. I to nie był tylko on, rezygnacji dookoła było więcej. Nie musieli jej prosić o pomoc, nie musieli się odzywać — to było dla niej oczywiste. To był jej niepisany obowiązek.
Nie mogła mieć pretensji o to, że jej nie rozumiał, bo był zupełnie innym człowiekiem niż ona i też trochę dlatego, że nie umiała mu na to pozwolić. Gdy raz odsłonisz przed kimś swoją duszę, stajesz się całkowicie bezbronny wobec tej osoby i tego, co ją spotyka. Perspektywa kolejnego w życiu rozbicia na tysiące kawałków budziła w niej myśl, że wtedy nawet te nitki nie będą wystarczające, żeby nie przepadła w odmętach tych magii, które nie bez powodu były zakazane. Jej palce trzymały go mocno, energia przechodziła coraz szybciej, pozwalając mu na odczuwanie przechodzących przez ciało fal ciepła. Tkwiąc w milczeniu, wpatrywała się w niego, mając zadartą głowę i pozwalając, aby jasne pasma włosów otaczające jej twarz i muskające odkryte ramiona i obojczyki, łaskotały ją delikatnie. Nie wierzyła, że ten ciepło, które niczym koc w zimowy wieczór, miało go otulić, sprawić że zmieni zdanie odnośnie do życia. A poniekąd miała wrażenie, że jej był to zwyczajnie winien.
Gdy warknął, jej palce mocniej się zacisnęły, energia przemieszczała się szybciej, a temperatura rosła.
- Nie tęsknisz za tym? - zapytała go ciszej, mrużąc na chwilę oczy, jakby próbowała dostrzec w onyksowych tęczówkach Louvaina głęboko ukrytą prawdę, której nie chciał widzieć on sam. Nie powinien się przejmować słabością i swoim człowieczeństwem w jej towarzystwie, nie raz mu to udowodniła. Widziała go w najsłabszych momentach, widziała go też w momentach, które uważał za najlepsze. Nie bała się tego z jaką złością, dezaprobatą na nią patrzył, chociaż nauczył już ją, że mogła spodziewać się po nim praktycznie wszystkiego. Nie umiała jednak odczuwać strachu jak normalny człowiek, głównie za sprawą wszechobecnej w jej życiu śmierci i zwłok. Bo zwykle to one były największym źródłem przerażenia u ludzi. Opuściła dłonie, gdy się cofnął i z trudem powstrzymała chęć pokręcenia głową, zaciskając jednak usta na jego komentarz. - Tak, taka tkana od wielu lat. - zauważyła z nutą sarkazmu w głosie, pozwalając sobie zacisnąć palce. Nie zamierzała mu na silę udowadniać, że się mylił. Nie musiała, bo wielokrotnie mu udowodniła cóż zupełnie przeciwnego.
Nie drgnęłą, nawet gdy mówił, trzymając głowę wysoko, chociaż sposób, w który na nią patrzył, wcale się jej nie podobał. Podobnie jak słowa, które wypowiadał. Gdzieś miała Voldemorta i jego wojnę, mogła być dla niego nikim i nie miało to żadnego znaczenia, bo niczego od niego nie chciała.
- Ciesze się, że skoro jest dla Ciebie tak ważny, jesteś jego wolą i daje Ci to poczucie szczęście i spełnienia. Możesz go zachować dla siebie, nie potrzebuje Twojego Mistrza, żeby poradzić sobie z nekromancją. Jestem wystarczająco silna, żeby sobie z tym poradzić sama.
Jej głos się zmienił, stał się chłodniejszy. Cofnęła się kilka kroków, dając mu przestrzeń, której tak bardzo potrzebował. Rozsądek dawno mówił, że powinna odpuścić, ale nie umiała. Nie chciała. Być może to przez tą nic nie wartą lojalność, a może dlatego, że pomimo tego, jak się zmieniał w ostatnim czasie, wciąż był dla niej ważny i ceniła człowieka, którym był. Kiedyś przecież umieli się dobrze razem bawić.
Lestrange był niewątpliwie mistrzem zaburzania jej wewnętrznej równowagi, wywołując burze za burzę, chaos. Nie uciekała od niego spojrzeniem, gdy mówił, ale mógł dostrzec zaskoczenie malujące się w jej oczach, niedowierzanie. Dokładnie wiedział, jak uderzyć i gdzie uderzyć, żeby miało to najlepszy efekt, tego nie można było mu odjąć. Próbowała jeszcze ostatkiem rozsądku się opanować, ale gdy wspomniał o małżeństwie, parsknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową i czując, jak fala gorąca rozlewa się po jej ciele, a ona znów przez niego traci równowagę. Co za egoistyczny dupek. Chyba nikt nie był w tym tak dobry, jak on.
Nim w ogóle zorientowała się, co robi, tkwiła już przed nim, niesiona emocjami, których tak u niej szukał. Policzki miała zaróżowione, a gdyby spojrzenie mogło zamrażać, Louvain zostałby przepięknym soplem lodu. Jej dłoń powędrowała do góry, chcąc wymierzyć mu policzek. Każdy miał swoje limity, a on nieustannie sprawiał, że swoje musiała przesuwać. Kroczek po kroczku, wychodziła ze swojej bezpiecznej strefy.
- Ah, to tak.. Nie mogę uwierzyć, że chcesz budować związek i nasze małżeństwo na szantażu. Że używasz na mnie swojej kuzynki, mojej przyjaciółki, bo wiesz, że nie pozwolę, żeby cokolwiek się jej stało. I kto tu próbuje kogo kupić? - nie krzyczała jeszcze, ale mówiła głośniej pomimo drgań wyczuwalnych w jej głosie. Tak nisko ją cenił? Tak niewiele były warte jego słowa i ze wszystkich możliwych sposób, on chciał ją dostać w taki? Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybciej, a kąciki ust zadrżały, tym razem nie z bezsilności. Naprawdę dawał jej każdy możliwy powód, żeby się od niego odwróciła. - Jaki wybór? Co Ty bredzisz. Nikogo nie wybrałam, spędziłam ostatnie miesiące nad trupami i księgami, próbując znaleźć rozwiązanie na problem, który was dotknął. Ciebie dotknął. I wiem, że o to nie prosiłeś, ale problem w tym, że wcale nie musiałeś. Dbam o ludzi, na których mi zależy. Nie wiem, co Ty sobie ubzdurałeś w tej swojej głowie, ale nie zrobiłam niczego, co sprawiłoby, że zasługuję na to, jak mnie właśnie potraktowałeś.
Cofnęła się, a potem obróciła napięcie i zrobiła kilka kroków po pokoju, ostatecznie zatrzymując się przy stole tkwiącym w rogu pokoju, o który się oparła, chowając dłonie za siebie, wbijając paznokcie w jego blat. Na tyle mocno, że zbielały jej knykcie. - Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz.
Czy on w ogóle siebie słyszał? Nie chciała mu wypominać, wyrzucać tego wszystkiego, co razem przeszli przez ostatnie lata, bo zwyczajnie nie sprawiało jej przyjemności wbijanie tego typu szpilek w ludzi, na których jej zależało, ale widocznie on miał zupełnie inne podejście do sprawy. Bo jego szpilka wbiła się idealnie w środek. A tego się po nim nie spodziewała — no, nie na taką skalę. - Wiem, że nie jestem łatwa w obyciu. Ty też nie jesteś. A jednak nigdy nie postawiłabym Cię w takiej sytuacji i nigdy bym Cię nie zostawiła, niezależnie od tego, co robisz i w jakie kłopoty się wpakujesz. Ah, zapomniałam. Moja lojalność jest nic niewarta. Dobrze, że była przez te wszystkie lata, bo co, gdyby Twoje sekrety wyszły na jaw? - prychnęła, nie mogąc się jednak zebrać do tego, aby podnieść na niego spojrzenie. Była wściekła i zraniona, a do tego oferował jej coś, czego nie mogła odrzucić ot, tak, nawet jeśli nie chciała tego zaakceptować. Bo Tori była dla niej jak siostra i nie mogłaby żyć ze świadomością, że nie zrobiła wszystkiego, żeby ją uratować. Teraz jednak wcale nie chciała go prosić o pomoc, chciała zająć się tym sama. I myśl, że był jakąś formą furtki do rozwiązania, niemiłosiernie ją drażniła.
Chciała go ochronić, może nawet przed nim samym, ale coraz częściej wymykał się jej z rąk i po prostu nie słuchał, gdy mówiła to, co mogło mu się nie podobać. Gdy próbowała być rozsądna, a rzeczywistość nie malowała się w barwach, które Louvain lubił. Każdy potrzebował iskierki, małego haczyka, który utrzymywał człowieczeństwo na swoim miejscu w czasach, gdy tak łatwo można było je stracić. To nie tak, że wiecznie chciała tkwić w zbroi i narzuconych przez lata wyrzeczeń kajdanach, ona po prostu nie miała pojęcia, jak to zmienić. Miała dobre serce, jeśli kogoś do niego wpuściła i doskonale wiedziała, że będzie to powodem jej zguby oraz cierpienie, bo nie będzie mogła chronić ich wszystkich. Cynthia zawsze była przecież tą osobą, która mówiła "mam Cię" i bez zadawania pytań robiła to, czego jej przyjaciele potrzebowali. Kim stałaby się, gdyby ich zabrakło? Jak szybko pochłonęłaby ją ciemność i chęć zabawy w Boga, gdyby te małe niteczki czerwonych nici, których tak kurczowo się trzymała, zerwałyby się? Nie mogła zaakceptować myśli, że chciał umrzeć. Tak po prostu się z tym mógł pogodzić, rezygnując z tego wszystkiego, co oferowało życie. I to nie był tylko on, rezygnacji dookoła było więcej. Nie musieli jej prosić o pomoc, nie musieli się odzywać — to było dla niej oczywiste. To był jej niepisany obowiązek.
Nie mogła mieć pretensji o to, że jej nie rozumiał, bo był zupełnie innym człowiekiem niż ona i też trochę dlatego, że nie umiała mu na to pozwolić. Gdy raz odsłonisz przed kimś swoją duszę, stajesz się całkowicie bezbronny wobec tej osoby i tego, co ją spotyka. Perspektywa kolejnego w życiu rozbicia na tysiące kawałków budziła w niej myśl, że wtedy nawet te nitki nie będą wystarczające, żeby nie przepadła w odmętach tych magii, które nie bez powodu były zakazane. Jej palce trzymały go mocno, energia przechodziła coraz szybciej, pozwalając mu na odczuwanie przechodzących przez ciało fal ciepła. Tkwiąc w milczeniu, wpatrywała się w niego, mając zadartą głowę i pozwalając, aby jasne pasma włosów otaczające jej twarz i muskające odkryte ramiona i obojczyki, łaskotały ją delikatnie. Nie wierzyła, że ten ciepło, które niczym koc w zimowy wieczór, miało go otulić, sprawić że zmieni zdanie odnośnie do życia. A poniekąd miała wrażenie, że jej był to zwyczajnie winien.
Gdy warknął, jej palce mocniej się zacisnęły, energia przemieszczała się szybciej, a temperatura rosła.
- Nie tęsknisz za tym? - zapytała go ciszej, mrużąc na chwilę oczy, jakby próbowała dostrzec w onyksowych tęczówkach Louvaina głęboko ukrytą prawdę, której nie chciał widzieć on sam. Nie powinien się przejmować słabością i swoim człowieczeństwem w jej towarzystwie, nie raz mu to udowodniła. Widziała go w najsłabszych momentach, widziała go też w momentach, które uważał za najlepsze. Nie bała się tego z jaką złością, dezaprobatą na nią patrzył, chociaż nauczył już ją, że mogła spodziewać się po nim praktycznie wszystkiego. Nie umiała jednak odczuwać strachu jak normalny człowiek, głównie za sprawą wszechobecnej w jej życiu śmierci i zwłok. Bo zwykle to one były największym źródłem przerażenia u ludzi. Opuściła dłonie, gdy się cofnął i z trudem powstrzymała chęć pokręcenia głową, zaciskając jednak usta na jego komentarz. - Tak, taka tkana od wielu lat. - zauważyła z nutą sarkazmu w głosie, pozwalając sobie zacisnąć palce. Nie zamierzała mu na silę udowadniać, że się mylił. Nie musiała, bo wielokrotnie mu udowodniła cóż zupełnie przeciwnego.
Nie drgnęłą, nawet gdy mówił, trzymając głowę wysoko, chociaż sposób, w który na nią patrzył, wcale się jej nie podobał. Podobnie jak słowa, które wypowiadał. Gdzieś miała Voldemorta i jego wojnę, mogła być dla niego nikim i nie miało to żadnego znaczenia, bo niczego od niego nie chciała.
- Ciesze się, że skoro jest dla Ciebie tak ważny, jesteś jego wolą i daje Ci to poczucie szczęście i spełnienia. Możesz go zachować dla siebie, nie potrzebuje Twojego Mistrza, żeby poradzić sobie z nekromancją. Jestem wystarczająco silna, żeby sobie z tym poradzić sama.
Jej głos się zmienił, stał się chłodniejszy. Cofnęła się kilka kroków, dając mu przestrzeń, której tak bardzo potrzebował. Rozsądek dawno mówił, że powinna odpuścić, ale nie umiała. Nie chciała. Być może to przez tą nic nie wartą lojalność, a może dlatego, że pomimo tego, jak się zmieniał w ostatnim czasie, wciąż był dla niej ważny i ceniła człowieka, którym był. Kiedyś przecież umieli się dobrze razem bawić.
Lestrange był niewątpliwie mistrzem zaburzania jej wewnętrznej równowagi, wywołując burze za burzę, chaos. Nie uciekała od niego spojrzeniem, gdy mówił, ale mógł dostrzec zaskoczenie malujące się w jej oczach, niedowierzanie. Dokładnie wiedział, jak uderzyć i gdzie uderzyć, żeby miało to najlepszy efekt, tego nie można było mu odjąć. Próbowała jeszcze ostatkiem rozsądku się opanować, ale gdy wspomniał o małżeństwie, parsknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową i czując, jak fala gorąca rozlewa się po jej ciele, a ona znów przez niego traci równowagę. Co za egoistyczny dupek. Chyba nikt nie był w tym tak dobry, jak on.
Nim w ogóle zorientowała się, co robi, tkwiła już przed nim, niesiona emocjami, których tak u niej szukał. Policzki miała zaróżowione, a gdyby spojrzenie mogło zamrażać, Louvain zostałby przepięknym soplem lodu. Jej dłoń powędrowała do góry, chcąc wymierzyć mu policzek. Każdy miał swoje limity, a on nieustannie sprawiał, że swoje musiała przesuwać. Kroczek po kroczku, wychodziła ze swojej bezpiecznej strefy.
- Ah, to tak.. Nie mogę uwierzyć, że chcesz budować związek i nasze małżeństwo na szantażu. Że używasz na mnie swojej kuzynki, mojej przyjaciółki, bo wiesz, że nie pozwolę, żeby cokolwiek się jej stało. I kto tu próbuje kogo kupić? - nie krzyczała jeszcze, ale mówiła głośniej pomimo drgań wyczuwalnych w jej głosie. Tak nisko ją cenił? Tak niewiele były warte jego słowa i ze wszystkich możliwych sposób, on chciał ją dostać w taki? Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybciej, a kąciki ust zadrżały, tym razem nie z bezsilności. Naprawdę dawał jej każdy możliwy powód, żeby się od niego odwróciła. - Jaki wybór? Co Ty bredzisz. Nikogo nie wybrałam, spędziłam ostatnie miesiące nad trupami i księgami, próbując znaleźć rozwiązanie na problem, który was dotknął. Ciebie dotknął. I wiem, że o to nie prosiłeś, ale problem w tym, że wcale nie musiałeś. Dbam o ludzi, na których mi zależy. Nie wiem, co Ty sobie ubzdurałeś w tej swojej głowie, ale nie zrobiłam niczego, co sprawiłoby, że zasługuję na to, jak mnie właśnie potraktowałeś.
Cofnęła się, a potem obróciła napięcie i zrobiła kilka kroków po pokoju, ostatecznie zatrzymując się przy stole tkwiącym w rogu pokoju, o który się oparła, chowając dłonie za siebie, wbijając paznokcie w jego blat. Na tyle mocno, że zbielały jej knykcie. - Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz.
Czy on w ogóle siebie słyszał? Nie chciała mu wypominać, wyrzucać tego wszystkiego, co razem przeszli przez ostatnie lata, bo zwyczajnie nie sprawiało jej przyjemności wbijanie tego typu szpilek w ludzi, na których jej zależało, ale widocznie on miał zupełnie inne podejście do sprawy. Bo jego szpilka wbiła się idealnie w środek. A tego się po nim nie spodziewała — no, nie na taką skalę. - Wiem, że nie jestem łatwa w obyciu. Ty też nie jesteś. A jednak nigdy nie postawiłabym Cię w takiej sytuacji i nigdy bym Cię nie zostawiła, niezależnie od tego, co robisz i w jakie kłopoty się wpakujesz. Ah, zapomniałam. Moja lojalność jest nic niewarta. Dobrze, że była przez te wszystkie lata, bo co, gdyby Twoje sekrety wyszły na jaw? - prychnęła, nie mogąc się jednak zebrać do tego, aby podnieść na niego spojrzenie. Była wściekła i zraniona, a do tego oferował jej coś, czego nie mogła odrzucić ot, tak, nawet jeśli nie chciała tego zaakceptować. Bo Tori była dla niej jak siostra i nie mogłaby żyć ze świadomością, że nie zrobiła wszystkiego, żeby ją uratować. Teraz jednak wcale nie chciała go prosić o pomoc, chciała zająć się tym sama. I myśl, że był jakąś formą furtki do rozwiązania, niemiłosiernie ją drażniła.