Jej uśmiech był zaraźliwy. Zawsze taki był, czy jednak coś się zmieniło? Na pewno zmienił się wyraz jego własnej twarzy. Jak złagodniał i to napięcie zaczęło powoli odpuszczać. Rozluźniasz się, kiedy wchodzisz do ciepłej wody po męczącym dniu. Victoria działała dokładnie tak samo - jak kąpiel pełna tej śmiesznej pianki, którą się bawisz klapiąc w taflę wody ręką. Pachniała... czym pachniała? Nie znał się na perfumach, ale pachniała ta woda dokładnie tym, czym Victoria. A on palił i zasmradzał to wszystko dymem, pozwalając popiołowi spadać na kafle poza wanną. Miał to poczucie odetchnięcia. Kąciki ust mu drgnęły, lekko pokręcił głową. Powód? Brak - to było tylko pokręcenie głową do własnych myśli. Głupi, głupi Saurielu... Mógł być mistrzem ignorancji, ale przecież nie był zupełnie ślepy na to uczucie, które ich ze sobą zespajało. Wkurwiało go to wcześniej, przeszedł przez zupełne wyparcie przez to cholerne Beltane, zawędrował do nicości i teraz wyłaniał się z tych cieni. Mało z tego było odrodzenia - to był nadal ten sam syf. Po prostu dzięki Victorii zaczęły na tym wysypisku rosnąć kwiaty.
- A... no trudno... to zabranie butelki sobie daruję. - Faktycznie, przecież Victoria musiała... czekaj, co? - A z kim się żegnasz? - Ktoś wyjeżdżał? Oby Izka, nie chciał oglądać jej mordy nawet wtedy, kiedy nie musiał oglądać jej mordy, bo dzieliła ich spora odległość kilometrów. Taka całkiem spora. Kilka godzin jazdy. No aaale mogła ich dzielić jeszcze... sporsza. - To chodź. - Kiwnął na nią głową i kiedy wychodzili to zgasił za nimi światło. Całkowita cisza domostwa nie wskazywała na to, żeby ktokolwiek tutaj był. Nie pojawił się skrzat, nie było gospodarza, który by im przeszkadzał. Albo nie przeszkadzał. Być może zależy, kogo o to zapytać.
Zamknął za nimi drzwi. Właściwie wystarczyło przejść przez uliczkę, chodnik, żeby przed nimi był park ze stawem. Całkiem spory, teraz właściwie już pusty. Prawie pusty. Z głębi dało się usłyszeć czyjś śmiech - chłopięcy? nastolatka jakiegoś? Dzieciaka, który jeszcze pod koniec wakacji ewidentnie próbował korzystać z wolnego czasu i sprawdzać, czy noc w Londynie jest naprawdę taka niebezpieczna, jak to ją lubili przedstawiać rodzice.
- Jestem tak ciekaw, co by zrobił Joseph z włamywaczem, że korciło mnie kogoś celowo nasłać. Z ciekawości. Ale ciekawość zabiła kota, a ja jednak... jednak chcę jeszcze trochę pożyć. - Spojrzał na nią z góry, z uśmieszkiem pod nosem. Dla siebie? Dla niej? Altruizm i egoizm wcale nie musiały sobie przeczyć. Mogły żyć w całkowitej zgodzie, dopóki możliwe było ich balansowanie. - Ja wiem, że to trochę nonsens z tym... odkrywaniem rzeczy. Grozić to zawsze grozi, ale bycie duchem to zrezygnowanie ze wszystkiego. Bez sensu. Po co wtedy w ogóle żyć. - Każdy się czegoś bał. Niekoniecznie każdy zagrożenia, które miał przed twarzą. Niektóre lęki były wyimaginowane - jak ten przed więzieniem. Możliwy do realizacji? Jasne. Przy życiu, jakie prowadził, jak najbardziej. - Mam już chyba tylko 7 żyć, muszę dbać o tę resztę, co mi została.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.