Już nie mogła się doczekać na spotkanie. Musiała powąchać ostatni list, chciała upewnić się, czy może na kartce papieru nie przemycił odrobiny zapachu tego, co kryło się za opowieścią o przygodach, ale nie wyczuła nic szczególnego. Pewnie sowa leciała tak szybko, że wszystko wywiała po drodze. No nic, może nie miała pomysłu jakie konkretnie herbaty udało się zdobyć Flintowi, ale na pewno je spróbuje, nie odmówi ich sobie choćby z samej ciekawości. Czy właśnie robiła się wścibska jak matka i to były pierwsze oznaki nadchodzącej przemiany? Może. Wiedziała jednak, że opowieści zza mórz zawsze były dla niej co najmniej intrygujące. Zwłaszcza, że sama tkwiła w jednym z najnudniejszych departamentów, robiła absolutnie nudną pracę i nie miała większych perspektyw na zmianę. Dlatego tak łapczywie pragnęła słuchać historii tego, którego życie wyglądało jak całkowite przeciwieństwo. Może nie chciała powielać wszystkich aspektów jego życia, ale na pewno pragnęła tych przygód, które mógł opowiadać, a ona nawet by nie zauważyła, która jest prawdziwa, a która to bajka wyssana z palca. Tak bardzo chciała wierzyć, że nie dopuszczała, że mogłoby być inaczej.
Kiedy nadszedł wyznaczony termin, ubrała się bardzo schludnie i zdecydowanie zbyt poważnie. Klasyczna, długa, ciemna szata wierzchnia, bo już zaczęły się zimniejsze dni, a pod nią granatowy sweter i szare spodnie materiałowe. Skórzane trzewiki i kremowy szal dopełniały odzienia na ten dzień. Panienka Lestrange w końcu nie mogła pozwolić sobie na wyglądanie jak ladacznica! A ubiór świadczył o statusie i pochodzeniu. Naturalnie nie chciała w ramach przyjacielskiej wizyty brać jakiejś poważnej sukni czy żakietu rodem z Wizengamotu. Chociaż jak się głębiej zastanawiała, to czy ona mogła iść sama do znajomego? Do miejsca, gdzie mieszka facet? Czy to było stosowne? Raczej nie, ale przecież nie idzie do jakiegoś mugolskiego podczłowieka. Nie miała powodów do obaw, znała Flinta już tyle lat. Jedyne o co mogłaby się martwić to o potencjalne plotki, które mogłyby się rozejść w społeczności, tym bardziej biorąc pod uwagę status matrymonialny gospodarza... Westchnęła w duchu, próbując usilnie odgonić złe myśli. Nic się strasznego nie stanie. Wdech, wydech. Wszystko będzie dobrze. Wdech, wydech. Nikt nie będzie jej obgadywać. Wdech, wydech. Spróbuje super ciekawej herbaty, o której nic nie wie, ale chętnie się dowie. Dopiero to uspokoiło rozbiegane myśli, które wolały odbijać się od zmartwienia do zmartwienia i kolejnej katastroficznej wizji.
Przeniosła się z domu rodzinnego na Aleję Horyzontalną, a stamtąd przeszła pod wskazany adres. Dalej dziwiła się, że mieszkanie było opatrzone nazwiskiem Zamfir. Naturalnie rozumiała, że Flintowi bardziej potrzeba własnego pokładu niż mieszkania, ale czy nie mógł sprobować wrócić na łono krewnych zamiast tułać się po obcych? Nie powinno być to jej zmartwieniem, w końcu był dorosłym mężczyzną, który odpowiadał za własne życie, ale nadal budziło to w niej jakiś wewnętrzny niesmak.
Spojrzała na drzwi i zapukała trzema uderzeniami. Nie będzie przecież otwierać drzwi i wchodzić jak do siebie, nie jest takim niewychowanym stworzeniem.