13.02.2025, 23:43 ✶
Lestrange lekko przekrzywił głowę, a na jego usta zabłądził dziwny, enigmatyczny uśmiech. Charles chyba nie sądził, że nagle odkryje przed nim wszystkie swoje karty, prawda? Co by zrobił gdyby dowiedział się, że krewna Baldwina była kimś, z kim współpracował nie tylko on we własnej osobie, ale również Robert, wuj Charlesa?
- Czasem zwykła prośba, skierowana do odpowiedniej osoby, potrafi zdziałać więcej niż najstraszniejsze groźby na tym świecie - odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie miał oporów przed tym, by po ludzku poprosić Lorraine o to, by się z nim spotkała porozmawiać o Orfeuszu i Scarlett. I tak zamierzał posłać do niej list, gdy tylko wróci do swojego domu. Lestrange zrobił kolejny krok w stronę Charlesa. Znalazł się tak blisko, że na powrót czuł jego przyspieszony oddech na swojej skórze. - Tak, mam drugi. Działa na tej samej zasadzie.
Nie było w tym żadnego haczyka - żadnego gdy go założysz, nigdy go już nie zdejmiesz. Nie był to wisior, obłożony klątwą. Nie miał na celu uduszenia osoby, która go nosiła. W ciągu tych kilku miesięcy Rodolphus zdążył już nauczyć się wykorzystywania w życiu zupełnie innego podejścia do zjednywania sobie sojuszników.
- Po części - uniósł dłoń, którą trzymał go Charles, by złożyć na bladych kostkach pocałunek. - Ale nie chodzi tylko o Nokturn. Chodzi o każdą sytuację, w której znajdziesz się w niebezpieczeństwie. Ty lub ja. Jeżeli poczujesz, że wisior robi się gorący i parzy twoją skórę, złap go dłonią i skoncentruj się na mnie. Przeniesie cię w miejsce, w którym się znajduję, chyba że to będzie zabezpieczone zaklęciami.
Każdy magiczny przedmiot miał swoje ograniczenia. Jeżeli ktoś postanowiłby wrzucić Rodolphusa do klatki w miejscu, na które następnie nałoży potężne zaklęcia zabezpieczające, wisior zadziała połowicznie. Nie przeskoczy bariery.
Bez pytania Lestrange wyswobodził dłoń z uścisku - tylko po to, by rozpiąć łańcuszek. Nie pytał, czy może - przecież to nie była obroża, której Charles nie mógłby zdjąć w dowolnym momencie. Gdy otaczał metalem skórę na szyi Mulcibera, materiał był przyjemnie chłodny. Nie wibrował żadną magiczną energią, nie zacieśniał się, nie falował. Był po prostu... Wisiorkiem.
- Żyjemy w niebezpiecznych czasach, Charles - szepnął, muskając opuszkami jego szyję. Na moment zawiesił wzrok na oczach Mulcibera. Były piękne na swój sposób. Kryły w sobie wiele emocji, które nie były jeszcze do końca ukształtowane. Miał wrażenie, że wołały do niego, by wyciągnął dłoń i zaczął je formować jak glinę. - A dołączając do nas możesz napotkać osoby, które będą chciały cię skrzywdzić, jeżeli odkryją, co kryje się pod tą maską niewinności, którą prezentujesz na co dzień.
Gdyby ktokolwiek, kto uważał Mulcibera za niewinnego, zobaczył go wtedy w piwnicy z Leonem, zmieniłby zdanie dość szybko. A to był dopiero początek.
- Czasem zwykła prośba, skierowana do odpowiedniej osoby, potrafi zdziałać więcej niż najstraszniejsze groźby na tym świecie - odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie miał oporów przed tym, by po ludzku poprosić Lorraine o to, by się z nim spotkała porozmawiać o Orfeuszu i Scarlett. I tak zamierzał posłać do niej list, gdy tylko wróci do swojego domu. Lestrange zrobił kolejny krok w stronę Charlesa. Znalazł się tak blisko, że na powrót czuł jego przyspieszony oddech na swojej skórze. - Tak, mam drugi. Działa na tej samej zasadzie.
Nie było w tym żadnego haczyka - żadnego gdy go założysz, nigdy go już nie zdejmiesz. Nie był to wisior, obłożony klątwą. Nie miał na celu uduszenia osoby, która go nosiła. W ciągu tych kilku miesięcy Rodolphus zdążył już nauczyć się wykorzystywania w życiu zupełnie innego podejścia do zjednywania sobie sojuszników.
- Po części - uniósł dłoń, którą trzymał go Charles, by złożyć na bladych kostkach pocałunek. - Ale nie chodzi tylko o Nokturn. Chodzi o każdą sytuację, w której znajdziesz się w niebezpieczeństwie. Ty lub ja. Jeżeli poczujesz, że wisior robi się gorący i parzy twoją skórę, złap go dłonią i skoncentruj się na mnie. Przeniesie cię w miejsce, w którym się znajduję, chyba że to będzie zabezpieczone zaklęciami.
Każdy magiczny przedmiot miał swoje ograniczenia. Jeżeli ktoś postanowiłby wrzucić Rodolphusa do klatki w miejscu, na które następnie nałoży potężne zaklęcia zabezpieczające, wisior zadziała połowicznie. Nie przeskoczy bariery.
Bez pytania Lestrange wyswobodził dłoń z uścisku - tylko po to, by rozpiąć łańcuszek. Nie pytał, czy może - przecież to nie była obroża, której Charles nie mógłby zdjąć w dowolnym momencie. Gdy otaczał metalem skórę na szyi Mulcibera, materiał był przyjemnie chłodny. Nie wibrował żadną magiczną energią, nie zacieśniał się, nie falował. Był po prostu... Wisiorkiem.
- Żyjemy w niebezpiecznych czasach, Charles - szepnął, muskając opuszkami jego szyję. Na moment zawiesił wzrok na oczach Mulcibera. Były piękne na swój sposób. Kryły w sobie wiele emocji, które nie były jeszcze do końca ukształtowane. Miał wrażenie, że wołały do niego, by wyciągnął dłoń i zaczął je formować jak glinę. - A dołączając do nas możesz napotkać osoby, które będą chciały cię skrzywdzić, jeżeli odkryją, co kryje się pod tą maską niewinności, którą prezentujesz na co dzień.
Gdyby ktokolwiek, kto uważał Mulcibera za niewinnego, zobaczył go wtedy w piwnicy z Leonem, zmieniłby zdanie dość szybko. A to był dopiero początek.