Po paru krokach już był obok niej i ją przytulił. Objął ją ramionami i położył dłoń na potylicy, żeby przytrzymać ją przy sobie. Śmierć kogoś bliskiego - straszne, prawda? Czasem straszne, że to nie ty zadajesz tę śmierć, ale przecież nowiny o Chesterze miały dopiero nadejść. Victoria świetnie radziła sobie ze znoszeniem różnych rzeczy. Były osoby, które chciały o to walczyć, nawet jeśli jej się wydawało, że jest sama i tak naprawdę nie bardzo ma kogokolwiek. To też czas miał pokazać, a on miał jej nigdy o tym nie powiedzieć - że Louvain przyjebał mu w ryj za zerwane zaręczyny, albo raczej "za skrzywdzenie Victorii". Nie był pierwszą i pewnie nie był też ostatnią osobą, która była gotowa to zrobić. Dobre znoszenie tego nie znaczyło, że nie było jej przykro. Nie mówiła wiele o swoim partnerze, w ogóle niewiele mówiła o pracy, a on też nie chciał pytać. Tak jak nie chciał sam być pytany o to, co robi. Jakby sobie wyjaśniali te sytuacje? Może by sobie uzupełniali dane: "aa, to ten chłop zniknął, bo go przyskrzyniliście... a tamten brygadzistwa już nie wróci - ktoś mu przetrącił kark, gnije w jednej uliczce". Nie.
- Potrzebujesz towarzystwa? Mogę przyjść. - Chyba że będzie wyjątkowo ładna pogoda, wtedy się zastanowi ze dwa razy. Ale mógł przyjść. Stanąć pod jednym drzewkiem, a potem zniknąć do jakiegoś zacienionego, bezpiecznego kąta. Człowiek potrzebuje obecności drugiej osoby? Nie było to dla niego oczywiste. Z drugiej strony dobrze wiedział, że kiedy robiło się źle, to naprawdę nie chciało się zawsze zostawać samemu. Niekiedy ta druga osoba i jej obecność były wielkim błogosławieństwem.
- Ciekawe, jak u niego z kreatywnością do takich rzeczy... - Wymruczał, uśmiechając się pod nosem. Splótł ich palce, kiedy ruszyli ciemną alejką rozjaśnioną przez latarnie. - Z oboma wiesz, co się stało. - Przechylił głowę na bok. - Jedno zabrał mi Joseph, drugie próbowałem zabrać sobie sam. - W obu przypadkach stał się cud i nic złego się nie wydarzyło. I w obu przypadkach ten cud nie był chciany. Skoro się jednak przydarzył... trzeba było żyć dalej. Przyjąć swoją porażkę. Zaraz ta przekrzywiona głowa obróciła się w kierunku Victorii, a jego uśmiech się poszerzył. Zagrały blaski rozbawienia w jego czarnych, zmęczonych oczach. To było surrealne - sposób, w jaki łączyli tę chwilę. Może to przez pryzmat wszystkiego, przez co przeszli i tych szalonych przygód, które ich tak łączyły, jak i dzieliły? Każdy człowiek miał słaby punkt. Sauriel wiedział doskonale, że jego najsłabszym są osoby takie jak Victoria. - To mi wystarczy.
Nie potrzebował aprobaty od nikogo innego. Och... może prócz Czarnego Pana.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.