Tak naprawdę, to Victoria nie była taką sztywniarą, na jaką wyglądała. Zgoda, chodziła wyprostowana, nie rzucała żartami jak z rękawa, nie zaczepiała ludzi i publicznie wypowiadała się grzecznie, rysując bardzo wyraźnie obraz osoby chłodnej, zdystansowanej i nieznającej się na żartach. Ale tak w prywatnym kontakcie było inaczej: właściwie to często sobie żartowała, gdy czuła się w towarzystwie swobodnie, tyle że te jej żarty to były bardziej suchary opowiadane z kamienną twarzą, aż nie wiadomo było, czy mówi serio, czy może jednak nie… ale niektórzy uważali to za bardzo zabawne. Były też osoby, przy których mówiła znacznie więcej, czasami można się było wręcz zastanowić, czy jadaczka jej się zamyka (a zwłaszcza, gdy temat mocno ją interesował) i w gruncie rzeczy lubiła czuć bliskość… tyle że nie w sytuacjach publicznych i z obcymi ludźmi. Można by rzec, że dość zręcznie żonglowała maskami, które zakładała, ale tą domyślną była oszczędność w gestach i chłód w obyciu.
– Ogrodu, mhm – w sumie to nie spodziewała się ogrodu z wielkiego zdarzenia. Mało co mogło się równać z Maida Vale i nie każdy miał też serce, by pielęgnować kwiaty. Zwykle bogatsze rezydencje o to dbały, ale taka dziupla, jak to? Nie. Wzruszyła więc ramionami – zwał jak zwał, dla niej to nawet lepiej, przynajmniej nie ucierpią na tym spotkaniu kwiaty.
Kiwnęła głową, zgadzając się na propozycję Louvaina. Skoro uważał, ze lepiej przejść przez podwórko sąsiadów, to miał ku temu powód. To on obserwował tę miejscówkę od dłuższego czasu, nie ona, i nie miała powodu, by uważać, że chce ją wpuścić w maliny (cóż… może nawet rosły tam jakieś smętne krzaczki malin, Little Hangleton potrafiło być bardzo niepozorne, choć ponure) – sama przecież chciała wejść tam nie od strony ulicy.
Ruszyła zaraz za nim, gdy Louvain objął prowadzenie; szła za wysoką sylwetką, znacznie bardziej wyróżniającą się niż on. Zerkała ukradkiem, czy ktoś im się nie przygląda, czy ktoś nie węszy, ale sama starała się nie zachowywać, jakby robiła coś podejrzanego. Ot… idą odwiedzić znajomych, prawda? Przeszli przez furtkę, cichutko przeszli wzdłuż płotu, a potem hop. Nawet skorzystała z podanej jej dłoni kuzyna, gdy tak wlazła na ten płot, by dostać się na drugą stronę i… już byli.
Wskazała mu dłonią i kiwnięciem głowy, że panowie przodem, uśmiechem odpowiedziała na uśmieszek i na powrót przylgnęła do ściany, jakby to miało sprawić, że widać ich mniej. W ciemności i tak byli raczej mało widoczni, ubrani na czarno, ciemnowłosi. Poprawiła uchwyt na swojej różdżce, wypuściła przez usta powietrze, chcąc się przygotować na to, co właśnie miało nadejść – denerwowała się trochę, jak zawsze, przy tego typu akcjach, gdzie mogło stać się wszystko. Adrenalina robiła swoje, serce biło szybciej… Patrzyła z ukosa na odliczającą dłoń Louvaina, gdzieś na peryferiach umysłu zaświtała jej myśl, że to takie niepotrzebne, ale zaraz pierzchła, bo Lou ruszył się, wszedł po dwóch niewysokich stopniach i otworzył drzwi, zaraz pakując się do środka. Victoria nie zdążyła na to zareagować, za to przysunęła się do drzwi i zerknęła do środka, starając się wypatrzyć cokolwiek. Wypatrzyć i usłyszeć.
Louvain nie dostał niczym w pysk, bo nawet jeśli mieli tu jakiś magiczny alarm… to by tak szybko nie zdążyli się zebrać.
W końcu i ona weszła do środka, mrużąc oczy i próbując wypatrzyć coś w tej ciemności.
Percepcja – paczam i słucham x2
Sukces!
Sukces!
I wypatrzyła, była czujna. Skrywała się w cieniu, a dwóch gości, którzy poderwali się słysząc skrzypienie drzwi, gdy rzucili się na Louvaina, chyba nie byli gotowi na to, że jakaś baba będzie im tutaj przeszkadzać.
Kilka chwil później, po wymianie zaklęć z dwóch stron – i od dwóch typków, oraz od niej i Lou, stan prezentował się następująco: nadpalony rękaw, rozbity na podłodze obraz, drzwi od strony podwórka wywalone z zawiasów i dwóch bardzo niezadowolonych i dość poturbowanych mężczyzn, których Victoria właśnie skuwała.
– Ojjj panowie, chyba mamy kłopoty, hmm? – drażniła się z nimi, trzymając różdżkę między zębami, gdy mocniej zaciskała kajdanki na nadgarstkach. – Poradzisz sobie teraz sam? – tu zwróciła się do kuzyna, oddając mu w pełni pole, bo nielegalne świstokliki to była jego działka, i wiedział najlepiej, co należy tutaj skonfiskować, co zlikwidować i tak dalej.
Ona zamierzała teleportować się z tymi dwoma gagatkami do aresztu i zresztą otrzymawszy od Louvaina odpowiedź – tak właśnie zrobiła.