16.02.2025, 00:33 ✶
Uniósł brwi i zamrugał, prychając na nią pod nosem. Oburzony. O Tośku można było powiedzieć wszystko, ale jego garnitury zawsze były doskonale skrojone. Wyglądał nienagannie i drogo, sam Merlin by się go nie powstydził do towarzystwa w karczmie. Zarówno dla jego ojca, jak i dla Staszka oraz dziadka, aparycja była bardzo ważna. Musiał być perfekcyjny, koszula musiała być zawsze dopasowana i wyprasowana, a przy rękawach tkwiły ozdobne mankiety. Spojrzał jej w oczy, a figlarna iskra zatańczyła w jego tęczówkach. - Jestem pewien, że to przez ten doskonały garnitur się zgodziłaś, pomijając oczywiście kwestie mojego uroku osobistego i pierścionka, Różyczko.
Mogła jeszcze nie być do tego przyzwyczajona, ale on zwykle działał szybciej, niż myślał. Więcej robił, niż mówił. I skoro chciał ją dziś zobaczyć, to żadne zasady i żadna przyzwoitość nie mogłaby go powstrzymać. Musiał i już. Na jej słowa uśmiechnął się łagodnie, kręcąc delikatnie głową. Korzystając, że wciąż była blisko, uniósł dłoń i pogłaskał ją delikatnie po głowie. - Tylko na chwilę Mała. Obawiam się, że dopóki noszę ten sygnet i mam zarządzać tą rodziną, to nie dadzą mi spokój na dłuższą metę. Obiecałem Ci jednak, że jeśli zgodzisz się ze mną zaręczyć, nawet tymczasowo, to będę Cię chronił, a w związku z tym, zawsze znajdę dla Ciebie czas lub po prostu ucieknę, żeby Cię sprawdzić, jak nie będziesz mi odpisywała.
Nie kłamał i przez te kilka sekund, gdy wpatrywał się w intensywnie niebieskie oczy, wciąż zastanawiając się, co się w niej zmieniło, mogła czytać z niego, niczym z jednej ze swoich ksiąg od zielarstwa.
Lubił się jej przyglądać. Może dlatego, że byli do siebie podobni, a może dlatego, że zawsze robiła minę, której nie widział wcześniej. I jej reakcje zawsze były zaskakujące. Podrywał kobiety, czasem korzystał ze swojej reputacji i pozycji, aby móc się w ich towarzystwie zrelaksować, ale nie miał wcale dużego doświadczenia. Bo tyle lat starał się o Brennę. I starał się być godny, nie mieć reputacji łamacza serc lub męskiej kurwy. Nie angażował się żadną, poza Longbottom — aż dotąd. Teraz mu zależało, żeby czas, który mieli razem spędzić, był dla niej dobry i zostawił coś więcej niż wspomnienie dramatycznych zaręczyn na pokaz, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość.
- Tak. Najpierw myślałem, że się obraziłaś, a potem, że może coś Ci się stało. Nawet trochę się za mną nie stęskniłaś? - [b][/b]zapytał, krzyżując ręce na torsie i posłał jej zadziorny uśmiech, jakby w głębi siebie wiedział po prostu lepiej. Na pewno troszkę tęskniła. Mimowolnie zerknął też na jej dłonie, czy nosiła pierścionek. Nie mógł jej tego rozkazać lub narzucić, jeśli nie była w miejscu publicznym.
To było pierwsze, co przyszło mu do głowy — durne świetliki. Potem klub, bo przecież tam też można było się rozerwać. W mało popularnych miejscach wśród czarodziejów można było być nikim, zatracić się w poczuciu wolności i odciąć od obowiązków
Musiał więc brnąć w to dalej. Kiwnął głową, robiąc poważną minę. Całe szczęście, że plecak nie zleciał mu z ramienia.
- Świetliki. - potwierdził, pozwalając sobie zwilżyć usta. - No co wywracasz tymi oczami, daje Ci wybór. Niezależne kobiety to lubią, nie? Jeśli jednak wolisz inny scenariusz, nie ma problemu. - uśmiechnął się do niej niewinnie, chociaż znów małe diabliki pojawiły się w jego oczach. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić. - Hmmmm...
Wydał z siebie mruknięcie, a jego dłoń powędrowała do góry i przesunął palcami po brodzie. Czy naleśniki były warte ryzyka? Mówiła o nich z taką pasją i zaangażowaniem, bardziej chyba bojąc się utraty tego śniadania niż reakcji rodziców, że nie wróci na noc. A potem się zbliżyła. I to mu wystarczyło.
- Obawiam się, że naleśniki muszą zostać tylko słodkim marzeniem. - zaczął, gdy tylko wzięła go pod rękę, a on zerknął w jej stronę, przesuwając wzrok na jej talię. Złapał ją prędko i mocno, nie chcąc dać jej czasu na reakcję i możliwości ucieczki, ale jednocześnie uważając, aby nic jej nie zrobić. Przerzucił ją sobie przez ramię — to, które nie miało plecaka. - Zostałaś oficjalnie porwana i jeśli chcesz być bezpieczna, lepiej zachowaj milczenie. Żeby nie było świadków. - dodał szeptem, poprawiając ją sobie i obrócił się, odchodząc nieco na bok. Musiał ich teleportować.
Nie minęło kilka chwil, a chłodne powietrze o orzeźwiającym zapachu uderzyło w dwie sylwetki, które pojawiły się na jednym ze Szkockich wzgórz. Gdzieś w oddali majaczyły światełka małej wioski, ale były zbyt daleko, aby rozświetlić najbliższą okolicę. Musiały wystarczyć im gwiazdy na ciemnym, bezchmurnym niebie i srebrny księżyc. Otaczał ich szum drzew, świst wiatru, odgłosy wydawane przez ptactwo i inne zwierzęta, które zamieszkiwały te tereny. Ostrożnie zsunął ją z ramienia, odstawiając na ziemie i spojrzał na jej twarz, chcąc upewnić się, że nic jej nie było. - Musimy przejść kilka metrów. Tam będą świetliki i widok na wrzosowiska. - wyjaśnił, pokazując ręką w prawo, a potem złapał jej dłoń i trzymając blisko siebie, ruszył do przodu. Nie chciał, żeby się wywaliła i połamała. Porwał, ją owszem, ale wolał oddać ja w jednym kawałku. - Tak sądziłem, że nie wybierzesz tego klubu .- zauważył z nutą rozbawienia, przechodząc ostrożnie nad porośniętym pniem przewróconego drzewa, aby zaraz Rosie z tym pomóc.
Mogła jeszcze nie być do tego przyzwyczajona, ale on zwykle działał szybciej, niż myślał. Więcej robił, niż mówił. I skoro chciał ją dziś zobaczyć, to żadne zasady i żadna przyzwoitość nie mogłaby go powstrzymać. Musiał i już. Na jej słowa uśmiechnął się łagodnie, kręcąc delikatnie głową. Korzystając, że wciąż była blisko, uniósł dłoń i pogłaskał ją delikatnie po głowie. - Tylko na chwilę Mała. Obawiam się, że dopóki noszę ten sygnet i mam zarządzać tą rodziną, to nie dadzą mi spokój na dłuższą metę. Obiecałem Ci jednak, że jeśli zgodzisz się ze mną zaręczyć, nawet tymczasowo, to będę Cię chronił, a w związku z tym, zawsze znajdę dla Ciebie czas lub po prostu ucieknę, żeby Cię sprawdzić, jak nie będziesz mi odpisywała.
Nie kłamał i przez te kilka sekund, gdy wpatrywał się w intensywnie niebieskie oczy, wciąż zastanawiając się, co się w niej zmieniło, mogła czytać z niego, niczym z jednej ze swoich ksiąg od zielarstwa.
Lubił się jej przyglądać. Może dlatego, że byli do siebie podobni, a może dlatego, że zawsze robiła minę, której nie widział wcześniej. I jej reakcje zawsze były zaskakujące. Podrywał kobiety, czasem korzystał ze swojej reputacji i pozycji, aby móc się w ich towarzystwie zrelaksować, ale nie miał wcale dużego doświadczenia. Bo tyle lat starał się o Brennę. I starał się być godny, nie mieć reputacji łamacza serc lub męskiej kurwy. Nie angażował się żadną, poza Longbottom — aż dotąd. Teraz mu zależało, żeby czas, który mieli razem spędzić, był dla niej dobry i zostawił coś więcej niż wspomnienie dramatycznych zaręczyn na pokaz, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość.
- Tak. Najpierw myślałem, że się obraziłaś, a potem, że może coś Ci się stało. Nawet trochę się za mną nie stęskniłaś? - [b][/b]zapytał, krzyżując ręce na torsie i posłał jej zadziorny uśmiech, jakby w głębi siebie wiedział po prostu lepiej. Na pewno troszkę tęskniła. Mimowolnie zerknął też na jej dłonie, czy nosiła pierścionek. Nie mógł jej tego rozkazać lub narzucić, jeśli nie była w miejscu publicznym.
To było pierwsze, co przyszło mu do głowy — durne świetliki. Potem klub, bo przecież tam też można było się rozerwać. W mało popularnych miejscach wśród czarodziejów można było być nikim, zatracić się w poczuciu wolności i odciąć od obowiązków
Musiał więc brnąć w to dalej. Kiwnął głową, robiąc poważną minę. Całe szczęście, że plecak nie zleciał mu z ramienia.
- Świetliki. - potwierdził, pozwalając sobie zwilżyć usta. - No co wywracasz tymi oczami, daje Ci wybór. Niezależne kobiety to lubią, nie? Jeśli jednak wolisz inny scenariusz, nie ma problemu. - uśmiechnął się do niej niewinnie, chociaż znów małe diabliki pojawiły się w jego oczach. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić. - Hmmmm...
Wydał z siebie mruknięcie, a jego dłoń powędrowała do góry i przesunął palcami po brodzie. Czy naleśniki były warte ryzyka? Mówiła o nich z taką pasją i zaangażowaniem, bardziej chyba bojąc się utraty tego śniadania niż reakcji rodziców, że nie wróci na noc. A potem się zbliżyła. I to mu wystarczyło.
- Obawiam się, że naleśniki muszą zostać tylko słodkim marzeniem. - zaczął, gdy tylko wzięła go pod rękę, a on zerknął w jej stronę, przesuwając wzrok na jej talię. Złapał ją prędko i mocno, nie chcąc dać jej czasu na reakcję i możliwości ucieczki, ale jednocześnie uważając, aby nic jej nie zrobić. Przerzucił ją sobie przez ramię — to, które nie miało plecaka. - Zostałaś oficjalnie porwana i jeśli chcesz być bezpieczna, lepiej zachowaj milczenie. Żeby nie było świadków. - dodał szeptem, poprawiając ją sobie i obrócił się, odchodząc nieco na bok. Musiał ich teleportować.
Nie minęło kilka chwil, a chłodne powietrze o orzeźwiającym zapachu uderzyło w dwie sylwetki, które pojawiły się na jednym ze Szkockich wzgórz. Gdzieś w oddali majaczyły światełka małej wioski, ale były zbyt daleko, aby rozświetlić najbliższą okolicę. Musiały wystarczyć im gwiazdy na ciemnym, bezchmurnym niebie i srebrny księżyc. Otaczał ich szum drzew, świst wiatru, odgłosy wydawane przez ptactwo i inne zwierzęta, które zamieszkiwały te tereny. Ostrożnie zsunął ją z ramienia, odstawiając na ziemie i spojrzał na jej twarz, chcąc upewnić się, że nic jej nie było. - Musimy przejść kilka metrów. Tam będą świetliki i widok na wrzosowiska. - wyjaśnił, pokazując ręką w prawo, a potem złapał jej dłoń i trzymając blisko siebie, ruszył do przodu. Nie chciał, żeby się wywaliła i połamała. Porwał, ją owszem, ale wolał oddać ja w jednym kawałku. - Tak sądziłem, że nie wybierzesz tego klubu .- zauważył z nutą rozbawienia, przechodząc ostrożnie nad porośniętym pniem przewróconego drzewa, aby zaraz Rosie z tym pomóc.