16.02.2025, 01:47 ✶
Trochę zdziwił się, słysząc to pytanie, bo dlaczego właściwie miałby nie udać się wpierw do rodziny mieszkającej wprost przy porcie. Dopiero później dotarła do nim prawda o tym, że szczególnie rodzinnym człowiekiem nie był i o tym jak bardzo świadomi byli tego inni ludzie. Istniał jednak sensowny powód, wynikający głównie z wygody, którym mógł się podzielić.
- Nie. Nie lubię zabierać córki do naszego mieszkania, bo to wieczne miejsce pracy. Vior kuje te swoje pierścionki, Scylla znosi coraz więcej robactwa, ja też zresztą to zrobiłem, a ja mam pełno garnków i probówek. - A to, że nie lubił zabierać córki nigdzie i gdyby nie naciski, nie spędzałby z nią czasu prawie wcale, strategicznie przemilczał. Tak łatwo było zostawiać ją, kiedy była bezwładnym kawałkiem ciała leżącym w kołysce, niedostrzegającym jeszcze kolorów i nierozumiejącym świata poza tym, co doświadczała zmysłami. Teraz też łatwo się ją zostawiało, ale powroty... powroty były pełne pytań, wątpliwości i prób gaszenia ich zapewnieniami, które później okazywały się czymś bez pokrycia, nawet jeżeli był osobą niesamowicie prawdomówną. - Ta, wie. - I już mu o kilka spraw suszyła głowę, bo się w tej relacji mogła wyzbyć wszelkich skrupułów. Niby go to denerwowało, a jednak niewątpliwie tego potrzebował. - Kapitan siedzi w knajpie i żebrze o jedzenie.
Nawet ładny był stąd widok, ale ani trochę nie wyjaśniał wyprowadzki z domu w Dolinie. Victoria zawsze wydawała mu się być kimś głęboko związanym ze swoją rodziną. Kimś, kto nawet przy znikomych spotkaniach nie może powstrzymać się od listów, liścików, kartek, wysyłanych w dalekie podróże i wciskanych tu i ówdzie, żeby ktoś nie poczuł się zapomniany.
- Do czasu lektury i wyjaśnień będę wyobrażał sobie, że jesteś żoną zastępcy Ministry Magii. Nie obchodzi mnie to, że właśnie wynajęłaś sobie mieszkanie i siedzisz w nim z kotami.
Bo to już gdzieś wcześniej chyba padło (nie pamiętał przez zmęczenie), ale potrzebowali jakiejś dłuższej rozmowy i nie powinna odbywać się teraz kiedy coraz słabiej widział na te zmęczone oczy i narastała w nim płomienna chęć pójścia do domu i położenia twarzy na poduszce, która nie kołysała się w rytmie fal. Z rzeczy, które się dziać nie powinny, wymieniłby też słuchanie o śmierci w jedno z dwóch najważniejszych świąt roku. Widać w nim było irytację - przybał taką postawę pełną napięcia, irytacji, zacisnął palce w pięść i chociaż trwał w bezruchu, coś się w nim bezpowrotnie zmieniło i najpewniej utrzyma do końca tej rozmowy.
Beltane, Litha, Perła Morza, jakiś ciąg zdarzeń, który uczynił Victorię innym człowiekiem, niż kiedy był tu ostatnio, a jeszcze tyle spraw, tyle tajemnic, tyle rozterek... Peregrinus też był inny i w ogóle Anglia była inna - pachniała tak samo, wzbudzała nostalgię, ale widział twarze ludzi przemierzających ulice i dostrzegał w mimice rzeczy wywołujące w nim niepokój.
- Pewnie nie da się dostać do Isobell?
Po co w ogóle pytał...
- Tak, duchy i poltergeisty pali się w ogniskach, żeby już nigdy nie wróciły. Ale ten wybierze inne mieszkanie. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś związał go tak i wcisnął do wentylacji. Rozumiem, że sława nie popłaca?
Stał tak, badając otoczenie spojrzeniem i ziewnął ociężale.
- Nie. Nie lubię zabierać córki do naszego mieszkania, bo to wieczne miejsce pracy. Vior kuje te swoje pierścionki, Scylla znosi coraz więcej robactwa, ja też zresztą to zrobiłem, a ja mam pełno garnków i probówek. - A to, że nie lubił zabierać córki nigdzie i gdyby nie naciski, nie spędzałby z nią czasu prawie wcale, strategicznie przemilczał. Tak łatwo było zostawiać ją, kiedy była bezwładnym kawałkiem ciała leżącym w kołysce, niedostrzegającym jeszcze kolorów i nierozumiejącym świata poza tym, co doświadczała zmysłami. Teraz też łatwo się ją zostawiało, ale powroty... powroty były pełne pytań, wątpliwości i prób gaszenia ich zapewnieniami, które później okazywały się czymś bez pokrycia, nawet jeżeli był osobą niesamowicie prawdomówną. - Ta, wie. - I już mu o kilka spraw suszyła głowę, bo się w tej relacji mogła wyzbyć wszelkich skrupułów. Niby go to denerwowało, a jednak niewątpliwie tego potrzebował. - Kapitan siedzi w knajpie i żebrze o jedzenie.
Nawet ładny był stąd widok, ale ani trochę nie wyjaśniał wyprowadzki z domu w Dolinie. Victoria zawsze wydawała mu się być kimś głęboko związanym ze swoją rodziną. Kimś, kto nawet przy znikomych spotkaniach nie może powstrzymać się od listów, liścików, kartek, wysyłanych w dalekie podróże i wciskanych tu i ówdzie, żeby ktoś nie poczuł się zapomniany.
- Do czasu lektury i wyjaśnień będę wyobrażał sobie, że jesteś żoną zastępcy Ministry Magii. Nie obchodzi mnie to, że właśnie wynajęłaś sobie mieszkanie i siedzisz w nim z kotami.
Bo to już gdzieś wcześniej chyba padło (nie pamiętał przez zmęczenie), ale potrzebowali jakiejś dłuższej rozmowy i nie powinna odbywać się teraz kiedy coraz słabiej widział na te zmęczone oczy i narastała w nim płomienna chęć pójścia do domu i położenia twarzy na poduszce, która nie kołysała się w rytmie fal. Z rzeczy, które się dziać nie powinny, wymieniłby też słuchanie o śmierci w jedno z dwóch najważniejszych świąt roku. Widać w nim było irytację - przybał taką postawę pełną napięcia, irytacji, zacisnął palce w pięść i chociaż trwał w bezruchu, coś się w nim bezpowrotnie zmieniło i najpewniej utrzyma do końca tej rozmowy.
Beltane, Litha, Perła Morza, jakiś ciąg zdarzeń, który uczynił Victorię innym człowiekiem, niż kiedy był tu ostatnio, a jeszcze tyle spraw, tyle tajemnic, tyle rozterek... Peregrinus też był inny i w ogóle Anglia była inna - pachniała tak samo, wzbudzała nostalgię, ale widział twarze ludzi przemierzających ulice i dostrzegał w mimice rzeczy wywołujące w nim niepokój.
- Pewnie nie da się dostać do Isobell?
Po co w ogóle pytał...
- Tak, duchy i poltergeisty pali się w ogniskach, żeby już nigdy nie wróciły. Ale ten wybierze inne mieszkanie. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś związał go tak i wcisnął do wentylacji. Rozumiem, że sława nie popłaca?
Stał tak, badając otoczenie spojrzeniem i ziewnął ociężale.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr