Zmarnować aż tak zmarnować taki potencjał? Niebywałe. Gdyby tylko się postarała, gdyby tylko go wysłuchała, gdyby tylko zaczęła patrzeć na świat realnie, a nie przez pryzmat bajek z mchu i paproci, być może dzisiaj byliby w zupełnie odwrotnych rolach. Może to właśnie on, a nie ona, musiałby w gwałtownych gestach udowadniać jej, że coś w nim jeszcze zostało z dawnego ja. A ten znaczek przy skroni? Pełnił rolę słodkiej przypominajki. Nie tego, że Millie wyruchała go najlepiej ze wszystkich z jakimi był. Zdecydowanie nie tego, że pozwolił się zeszmacić dziewczynie która była syntezą wszystkich wzgardzanych przez niego wartości. Zrobił to by w chwilach zwątpienia mieć swój, drobny wentyl bezpieczeństwa. Gdy w momencie zamyślenia w swoim odruchu uciskał się przy skroniach, przypominać sobie poprzez dotyk ważną życiową lekcję. Kiedy czuł pod opuszkami zagojoną bliznę w znajomym kształcie, wtedy wręcz instynktownie potrafił ochłonąć. Bo chaos był autodestruktywny. Widział to po niej dokładnie. Tego nauczył się na jej przykładzie. Wybujałe ego, katastroficzna nonszalancja, krótkowzroczna pycha. Gdyby nie tamten upojny wieczór, do dzisiaj pewnie nie potrafiłby zapanować nad swoją dziką naturą. Nie nauczyłby się pokory, tak niezbędnej w obliczu prawdziwej siły. Pełen swoje buńczucznej natury, nigdy nie byłby w stanie uklęknąć przed Czarnym Panem i złożyć ślubów wierności. Tamtego wieczoru jeszcze nie widział tej lekcji. Nie widział, choć miał ją tuż przy oczach. Dlatego teraz miał tusz przy oczach.
Poniekąd właśnie tego oczekiwał. Dokładnie takiej reakcji z jej strony się spodziewał. Ten drobny ruch, dotknięcie jej, naciśnięcie na stopę i próba wzburzenia jej. Niewielka sonda, a efekt natychmiastowy. Nie spodziewał się tylko, że będzie aż tak gwałtowna w swoich ruchach. I to na środku ruchliwej ulicy. Świst powietrza wydostał się z jego płuc, kiedy nim pchnęła. Wydał z siebie ciche westchnięcie. Zacisnął wargi, kiedy nastąpiła na jego but. Zaraz potem uśmiechnął się. Uśmiechnął się ukontentowany jak duży chłopiec, który dostał swoją ulubioną zabawkę. Pamięć mięśniowa działała bez szwanku, dokładnie czuł w które punkty na jego ciele uderza. Niespodziewana chwila przyjemności na moment sparaliżowała jego odruchy. Nie tylko ona potrafiła machać łapskami. Z tą różnicą tylko, że on jej na to pozwalał. Nie wiedział nawet w którym momencie, ale mimowolnie zamknął oczy, bo wytresowane receptory nie odbierały już jej ruchów jak zagrożenie. Prędzej jak grę wstępną.
Jednak spojrzał na nią w końcu, zaciekawiony widokiem. Jego uszu dobiegła melodia rwącego się materiału. Skłamałby gdyby dźwięk rozdzieranego ubrania pojawił się przy ich zbliżeniu po raz pierwszy. Usłyszał jednak coś jeszcze. Cichy brzdęk wydany przez zawieszoną na niej biżuterię, dźwięk który nigdy wcześniej nie wydawała jej sylwetka, gdy robiła z nim to na co jej pozwalał. Szelest wielkich kolczyków i lśniących pereł. Zaraz potem w nozdrza uderzyła woń perfum, których również nigdy wcześniej nie kojarzył z jej osobą. To tylko przypomniało mu, że właśnie ma nieprzyjemność z kimś zupełnie innym, Milfred którą znał. Której pozwalał robić ze sobą co tylko chciała, pomimo jej wszystkich wad fabrycznych. A kiedy ten zestaw obcych dla niego bodźców dotarł do jego rozumu, natychmiastowo przybrał na twarzy ostrych, złowrogich rys. Spojrzał na jej spódnicę, która trzymała się już jedynie na słowo.
- I czego się prujesz malowany klownie? Komu próbujesz zaimponować? Wyrzucił kpiąco, a grdyka zafalowała mu próbując uciec przed zadrapaniem jej paznokci. Nie reagował w żaden sposób. Nie dlatego, że został tak przez nią wyuczony. Wbrew widokowi i nędznej sytuacji w jakiej się znalazł, kontrolował sytuację bardziej, niż mogło się wydawać. To ona miała tutaj o wiele więcej do stracenia. Ten makijaż i te perły. Te perły, do tego makeupu? Czymkolwiek teraz była, była jedynie cieniem swojej dawnej osoby. On to widział, a ona mogła zobaczyć to w obiciu jego spojrzenia. Choć był przez nią całkowicie osaczony, ręce powędrowały w odsłonięty przez gwałtowność, kawałek jej ciała. Prowokował słowem, prowokował gestem. W arogancki sposób obracając jej groźby w zaproszenie do zbliżenia. Zaśmiał się cicho, szyderczo.
- Z blachą, czy bez, widziałem cię tak żenująco słabą, aż żałuje, że mam oczy. Syknął podstępnie, plując całym jadem który na nią zbierał od miesięcy. Nie miał już żadnych sentymentów. Dobrze udowodniła po której stronie tego wszystkiego się znajduje. Żadnych złudzeń co do jej osoby. Oczy świeciły mu się czarną iskrą. Język uderzał po podniebieniu w głodnym śmierci instynkcie mrocznego sługi. Jednak kontrolował się, bo nie ufał jej w żadnym stopniu. Za dobrze się pieprzyła by jej ufać. - No dalej. Uderz. Na pewno stać cię na lepszego prawnika...