Nie wykręcał się, zwyczajnie nie zamierzał przyjmować posłusznie wszystkiego co mówiła Victoria. To już nie te czasy kiedy cokolwiek wymuszało na nim aby przyjmował bezkrytycznie jej słowa i polecenia. To tak samo jego ogród jak jej, dlatego żadna mądralińska kujonica nie będzie mu dyktowała tego co powinien w danej sytuacji robić. To nic, że na florze znał się prawie tyle co nic, to nie jest jeszcze powód żeby odsuwać go od rodowej wizytówki. Losy tej konkretnej roślinności, tak jak i istot dla których była domem, nie był mu obcy, w żadnym wypadku. Dlatego oczywistym było, że zamierzał osobiście pojawić się w Maida Vale, by zobaczyć co tak naprawdę się tu dzieje.
"...Mam poczucie, że o różach, to masz takie same pojęcie, jak Borgin o sadzeniu ogórków..." - powtarzał jej słowa z listu pod nosem, przekręcając jej przemądrzały ton głosu. Akurat Stanley wiedział o tym szlachetnym warzywie o wiele więcej, niż kuzyneczce mogło się wydawać. Ogórek wspaniały. Symbol dumy i męstwa. Wspaniały dodatek, który można było zaserwować na wszystkie sposoby. Na zimno do kanapek i na ciepło do zupy. Na surowo do mizerii i do słoika na przetwory. Taka była pierwsza do oceniania jego i jego kumpli, a nie potrafiła zrozumieć ogórkowego błogosławieństwo jakie podarowała im Matka. Jej również. Może i by odpuścił, nie mając cierpliwości do wysłuchiwania botanicznego żargonu, bez wtrącenia jakiegoś swojego widzimisię, bo nie mając pojęcia o roślinkach nie miał jak skonfrontować jej wiedzy. Może. Ale napisała jeszcze, że będzie z kimś jeszcze, a to zainteresowało jego ciekawską naturę może nawet bardziej, niż te nieszczęsne czarne róże. Nie zamierzał odpuścić, więc zażył dawkę eliksiru imitującego ciepło ciała z oczywistych względów.
Był ciekaw kogo zamierzała wpuścić do ogrodu. Tak, oczywiście, ten był otwarty dla zainteresowanych przez cały czas, ale chciał się dowiedzieć kto to taki mógł liczyć na zaproszenie na ich rodowe włości. Obstawiał Brennę, bo przecież się waflowały nie od dziś. Jej akurat nie chciał widzieć, ale przynajmniej przypomni jej, sobie i całemu światu co uważa o Longbottomach. Zaskoczył się jednak widząc Victorię w towarzystwie Laurenta. Ale czy tak naprawdę powinien? Widział ich już wcześniej, choćby na swoim pojedynku z Nottem, chyba nawet też usłyszał nich jakąś plotkę. Albo mu się coś przesłyszało. Nie ważne. Ważne, że z daleka dokładnie widział ten obrazek, ich dwójki. Miał zbyt szelmowatą naturę by nie dostrzec tej adorującej postawy u Laurenta. Ten gest palców, jakby właśnie robił jej zdjęcie aparatem. To dawało bardzo dużo do myślenia. Podszedł do nich bliżej, ubrany bardzo szykownie jak na babranie się w ziemi. Długi, jesienny płaszcz, pod nim garnitur ze skórzaną marynarką. Nawet miał na sobie rękawiczki do kompletu, chociaż te zwykle nosił ze względu na Zimno, a nie przeciw bezpośredniemu stykaniu się z zakażonym kwiatem.
- Może nie zauważyłaś Victorio, ale Hogwart mamy już za sobą, więc Twoje prefekciarskie naleciałości przestały już na mnie działać. - odezwał się do niej pierwszy, choć z wyraźną nutą przekory w głosie. Oczywiście, że musiał się już na wstępie odgryźć za swoje. Kto jak kto, ale on nie będzie się dawał rozstawiać po kątach jak byle chłopiec. - Witaj Laurent. Miło Cię widzieć. Do księcia ogierów odezwał się już bardzo przyjaźnie, wręcz łagodnie i z powściągliwym uśmiechem. - Więc to Ty jesteś ten "ktoś, kto jest równie biegły w faunie i florze, co Victoria". - dodał szybko, parafrazując słowa wysłane do niego przez Parkinson z oczywistym przekąsem w głosie. A niech sobie wie, że Victoria wspomina o nim rodzinie, ale niekoniecznie z imienia. Czyżby się wstydziła bliskiej relacji z Laurentem, albo obawiała się plotek? Cokolwiek to było, coś było na rzeczy, a Louvain miał dziś złośliwy nastrój. W końcu jednak spojrzał w stronę tych czarnych róż. I faktycznie coś musiało się z nimi dziać, bo w moment aura zadziornego gnojka opuściła go, napełniając go lekka obawą i konsternacją. Czekał na diagnozę wielkich głów, bo samemu to mógł co najwyżej zgadywać o co tu tak naprawdę chodziło.