Było coś nieznośnie frustrującego w tym, kiedy ktoś próbował się wtrącać w porachunki, które miało się osobiście do wyrównania. I to byłoby nieznośnie frustrujące - irytujące, wkurwiające, gdyby nie to, że naprawdę nie chciał tutaj przesuwać tego konfliktu dalej. Och, to znaczy - chciał. Nie był jednak zwierzęciem, żeby ulegać każdemu kaprysowi, jakiemu poddawała go natura. W pierwszej chwili więc chciał wyciągnąć różdżkę i walczyć z tarczą, która się tutaj wymalowała, ale zatrzymało się dokładnie na tym - sięgnięciu po nią. Wyciągnął ją ze swojej kieszeni... i zatrzymał się. Wsunął ją z powrotem, uświadamiając sobie, że w zasadzie i tak dokładnie nad tym myślał - tarczy, albo związaniu jakoś tego niepokornego wampira, żeby przestał się tak wierzgać jak nienormalny. Przegranie bolało, co? Jasne, zawsze tych wszystkich samczyków piekła dupa. Ciężko się przyznać do porażki. Tak jakby było o co walczyć. Duma, honor - bzdurne wartości. Kierowanie się nimi i widok czegoś takiego napawało go tylko wstrętem. Prawdziwym mężczyznom nie było się dlatego, że wierzgałeś, bo nie potrafiłeś przyznać się do porażki. Prawdziwym mężczyznom czyniła cię chwila, kiedy potrafiłeś przyznać, że przegrałeś i wstawałeś pomimo tego. Był jednak przyzwyczajony do tego, że pojęcie prawdziwego mężczyzny odbiegało od standardów, jakie wyznaczył sobie on. Moze dlatego tak mu przypadł do gustu Erik?
Spojrzał w kierunku Victorii. Była cała i zdrowa. Teraz mógł to zrobić, kiedy kolejna bezpieczna bariera pojawiła się w powietrzu. Dlatego właśnie nie miał obaw przed tym, że sobie poradzą. Mógł na Victorię liczyć, ona mogła liczyć na niego. Zdawał sobie sprawę, że czasami był nadmiernie protekcyjny wobec niej, ale szanował jej zdolności. Nie miał powodów, żeby w nią wątpić - pokazywał mu to całą sobą na każdym kroku. Skinął lekko w jej kierunku głową, ale daleko temu było do "porządku". Buzowała w nim ciągle agresja, która musiała zadowolić się samą sobą. Pożarciem samej siebie. Daleko tu do domu i nie miała ona efektywnego ujścia.
Kiedy tylko Astaroth się poruszył i wstał, od razu obrócił głowę w jego kierunku. Nawet trochę nie rozluźnił mięśni - dopiero teraz zaczął. Kiedy ruchy wampira stały się wolniejsze i spokojniejsze. Więc? Zadziałało. Tak, chyba zadziałało. Ten eliksir się znaczy. Nie bardzo rozumiał, za co i kogo teraz Astaroth przepraszał, bo jedyną osobą, której narobił problemów, to był on - Sauriel. A wydawało mu się, że jednak przeprasza Victorię. Nie odpowiedział ani na pytanie Victorii, ani na groźno-obietnicę Astarotha, bo co tu było do dopowiedzenia? Skoro nie miał dość - proszę bardzo. Przecież nikomu nie odmawiał powtórki z wpierdolu. Fakt był jednak taki, że Astaroth go zmusił do wyjścia z siebie, żeby nad nim zapanować i mogłoby to o wiele groźniej wyglądać, gdyby nie był taki skupiony na Victorii. Doceniał dobre wyzwanie. W tym wypadku jednak docenienia nie było - tutaj stawka toczyła się o bezpieczeństwo Victorii.
Oparł się w milczeniu plecami o ścianę i zaplótł ręce na klatce piersiowej. Zgiął jedną nogę w kolanie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.