Tak, ilekroć do tego biura przychodził ktoś o mugolskim pochodzeniu, tylekroć Daphne dostawała istnego bólu głowy. Początkowo często w ramach kary za nieopanowanie materiału, Matula kazała jej obsługiwać takich petentów. Owszem, wolałaby tego nie robić jako szanowna panienka Lestrange, ale z drugiej strony w ten sposób dużo szybciej zrozumiała skąd ta niechęć się do nich bierze. Oni naprawdę nie rozumieli absolutnych podstaw magicznej biurokracji. Jeszcze potem takie cwaniaki próbowały wyklinać i jednocześnie straszyć nieistniejącymi urzędami i stanowiskami - pewnie pochodzenia mugolskiego, a jakże! Myśleli, że będą mogli się wyładowywać na młodej i niedoświadczonej dziewczynie? Niedoczekanie! Szybko Daphne nabyła nie dość, że grubą skórę do radzenia sobie z takimi gagatkami, to coraz częściej wyklinała na nich, patrząc z góry i pogardą. Szlamy powinny być zamykane w specjalnych obozach edukacyjnych, żeby opanowywały naprawdę podstawy-podstaw, a nie zajmować potem cenny czas urzędnikom.
- Haha, może za kilka lat zbliżę się do jej poziomu? Podobno staropanieństwo przyśpiesza ten proces, ale Matula byłaby doprawdy niepocieszona gdyby doszło do takiej sytuacji. Z drugiej strony odpowiedni mąż też mógłby pomóc z opanowaniem nowych technik, byleby mieć na kim codziennie testować swoje pomysły. - Zachichotała, czując jak w jakimś bardzo pokręconym kontekście budzi się w niej badawcza natura jej szalonego ojca. On też nie patrzył na ludzi wokół, a jedynie skupiał się na swoich badaniach i żył nieco bardziej "w swoim świecie", ale przynajmniej działo się to z korzyścią dla społeczeństwa. Daphne w tym przypadku była o wiele bardziej egoistyczna. Już prawie rozmarzyła się o takiej sytuacji, ale przypomniała sobie, że nadal ma jakąś pracę do wykonania.Uważnym wzrokiem przesuwała po kolejnych pozycjach, sprawdziła jeszcze raz czy strony się zgadzają i czy waga odpowiednio odmierzyła wartości. Nie mogła się pomylić, nawet jeśli urządzała sobie bardzo przyjemną pogadankę z kuzynem, dokładność w jej pracy była najważniejsza. Magiczne pióro machnęło kilka parafek w różnych punktach pergaminu. Została tylko jedna rzecz do dokończenia, bo obliczenia wyglądały na poprawne, choć Daphne na szybko jeszcze obliczyła to w pamięci i wynik się zgadzał. Tak, miała ona wyjątkowy talent do radzenia sobie z cyframi, aż dziwne że nie została numerologiem, może powinna wybrać się na kurs?
Kiedy Louvain zaczął wspominać o chaosie i nowym porządku, początkowo kobieta nie załapała jego słów, dalej była w krainie cyfr i liczb.
- Nie, proszę, już teraz jest tyle zamieszania z zamknię... - Zawiesiła się, a wraz z nią ostatnia pieczątka, która zatrzymała się w powietrzu w pół drogi do strony, aż Daphne poniosła wzrok, dostrzegając tą niefrasobliwą iskrę w jego oku. Czyżby...? Zmrużyła lekko wzrok, jakby chcąc odczytać myśli kuzyna, ale nie znała magii mogącej tego dokonać. - Ty teraz nie mówisz o pracy, prawda? - Zapytała ściszonym głosem, choć nikt nie powinien ich słyszeć nawet gdyby mówiła znacznie głośniej. Przyglądała się uważnie kuzynowi, a pieczątka dalej wisiała w powietrzu, jakby w wyczekiwaniu na ocenę potencjalnej reakcji. Tak jakby od tego co powie lub zrobi, zależało czy odda mu papier potwierdzający zapisy w księgach rachunkowych.Na słowa o Wizengamocie, prawie podskoczyła na fotelu. Że też taki dobry awans mu się trafił, była z niego dumna, jak to z każdego członka rodziny, który osiągnął coś wartego zauważenia i docenienia.
- Ooo, to gratulacje. Wreszcie coś bardziej godnego szanowanego nazwiska. Czy powinnam zakupić dla Ciebie odpowiedni trunek lub inny podarek z okazji takiego awansu? - Mrugnęła do niego, odprężając się.