Mierzyła Dægberhta wzrokiem przez kilka boleśnie długich sekund. Prawda była taka, że znali się już naprawdę od lat, przecież od pierwszego roku w szkole; znali się więc przez lata nauki, znali się, gdy spodziewał się dziecka, znali, gdy się żenił i znali się, gdy się rozwodził. Znali się nadal, chociaż mijały lata – i pewne rzeczy ulegały zmianie, a pewne wcale nie. Berht mógł nadal mieszkać z rodziną, nic go jednak nie ograniczało… prócz wolnego, niespokojnego ducha. Nie był rodzinny wtedy, nie był rodzinny teraz, a już zwłaszcza nie był rodzinny, jeśli chodziło o małą Abigail – o czym Victoria czasami mu przypominała. I właśnie dlatego teraz uniosła wyżej jedną brew. Była pełna nadziei, że rzeczywiście to wszystko chodziło o młodą, ale w głębi serca była co do tego bardzo sceptyczna… bo ludzie nie zmieniali się tak bardzo i nie tak… nagle. Chyba, że w jego życiu zdarzyło się coś nagłego, wielkiego.
– To kiedy się z nią widzisz? Ona już wie? – no dobrze, Viorica wiedziała, że wrócił, ale czy Viviane też? I czy jego córka w ogóle wiedziała, że zobaczy się w końcu z ojcem po miesiącach niewidzenia się z nim? Miała nadzieję, że dla córki również miał jakiś prezent… który nie będzie czekał nie wiadomo ile czasu w porcie, aż przeniesie rzeczy na Horyzontalną. Tak prawdę mówiąc, im dłużej Victoria o tym myślała, tym mniej nabierało to sensu i gdyby nie ciemność nocy i to, że stali właśnie na balkonie, byłoby to bardzo w jej twarzy widoczne. Powstrzymała jednak komentarz, chociaż nie dłuższe i głośniejsze westchnienie. – Och, to jak po niego wrócisz, to go nie rozpoznasz. Utuczą go rybkami i kiełbaskami – koty. Zmiana tematy na koty zawsze była miła, bo Lestrange była prawdziwą miłośniczką, i teraz gdy już wyrwała się z domu… ach, widać było, że wolność trochę uderzyła jej do głowy: wystarczyły dwa tygodnie i w jej życiu pojawiły się dwa koty. Trzeci tydzień i do jej życia zaczął się (znowu) wkradać jeszcze jeden, nazywający siebie Czarnym Kotem… – Jak tu się oprzeć takiemu prosidłu i pięknym dużym oczom – no właśnie, jak? Ona tak bardzo nie mogła się oprzeć, że na Lammas w ten sposób dorobiła się Kwiatuszka, który kręcił się teraz po salonie wokół jednej donicy.
– Och, nie jestem niczyją żoną, popatrz – oparłszy przedramiona na murku otaczającym balkon, wyciągnęła ręce do przodu i rozsunęła palce obu dłoni – były smukłe, bardzo kobiece, i w tym mroku rozświetlanym tylko przez łunę z najbliższej latarni i światło z salonu za ich plecami, nie było widać srebrzących się śladów na wierzchu lewej. Blizny, po majowym ataku we śnie, jeszcze nie zdołały się całkiem wchłonąć, chociaż Victoria bardzo sumiennie i skrupulatnie każdego dnia wcierała w nie maść. Przynosiło to efekt, tylko po prostu powoli. Poza tym, Daegberht mógł odnieść wrażenie, choć mogła to być tylko gra cieni, że te dłonie były jeszcze szczuplejsze niż kiedyś… i z pewnością pozbawione jakiejkolwiek biżuterii. Victoria nie miała obecnie żadnych bransoletek, ani, tym bardziej, pierścionków czy obrączki. Zachichotała przy tym, bardzo cicho, ale nie ciągnęła dalej tematu mieszkania, w którym była całkiem sama, i dwóch kotów – bo to było akurat bardzo oczywiste. Nie ciągnęła, bo wyczuwała jakąś zmianę w przyjacielu i widziała jego zaciśnięte dłonie.
– Nie, nie bardzo. Musiałbyś dostać pozwolenie z Ministerstwa. Trzymają ją w Lecznicy Dusz na jakimś zamkniętym oddziale i pilnują dzień i noc – to wcale nie było głupie pytanie, nie gdy dopiero co wrócił i tak naprawdę dopiero zbierał okruchy z tego zbitego lustra, które zastał po powrocie, jakim była teraz Anglia – rzeczywiście inna niż wtedy, gdy odpływał w swoją podróż. – Okej, będę to miała na uwadze… – mruknęła i zmarszczyła brwi. Same problemy z tymi duchami. – Ja nawet nie wiedziałam, że to jest możliwe, tak związać poltergeista. I wydaje mi się, że to akurat nie ma nic wspólnego z moją rozpoznawalnością. Jestem praktycznie pewna, kto to zrobił i już słyszałam o czterech innych przypadkach, gdzie robił ludziom taki, ekhem, kawał, teoretycznie nieszkodliwy, a praktycznie wyjątkowo dziwaczny i potencjalnie mocno niebezpieczny, a to ludzie z naprawdę różnego towarzystwa… – wyjaśniła i sama zacisnęła palce w pięści na myśl o tych biednych zwierzętach z rezerwatu Laurenta. Osobiście, gdyby tylko dorwała Yaxleya, to by mu sama przetrąciła kości, nawet jeśli był to bliźniak Geraldine, a przynajmniej tak jej napisała, bo Victoria typa nawet nie pamiętała z żadnych bankietów.
Wyprostowała się, słysząc ziewnięcie i odwróciła głowę do Dægberhta, uświadamiając sobie, że on zapewne nie jechał właśnie na oparach adrenaliny i bezsenności, w przeciwieństwie do niej…
– Berht? Bardzo ci dziękuję za pomoc, naprawdę nie wiem, jak się odwdzięczę, ale gdy coś wymyślisz, to proszę, nie wahaj się. Dzisiaj w końcu będę mogła odpocząć, a widzę, że tobie również przydałby się sen, więc… nie chcę cię zatrzymywać. Musiałeś mieć bardzo długi wieczór i jeszcze wyrwałam cię z łóżka… – i było jej z tego powodu teraz trochę głupio, ale i tak spróbowała się do Flinta uśmiechnąć… bardzo przepraszająco. – Może chcesz skorzystać z kominka? Kominek prosto do łóżka, żebyś się nie teleportował taki zmarnowany – spróbowała zażartować, co raczej wyszło trochę koślawo.