28.02.2025, 19:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2025, 19:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W pierwszej chwili miał ochotę odgryźć jej się za ten komentarz, jednak w dalszym ciągu panował nad sobą na tyle mocno, aby jakoś stłumić te słowa. Zamiast tego wbił spojrzenie w jej odbicie w szybie, podejmując ten dialog. Próbując zrobić...
...co tak właściwie? Nie mieli tu jakiegokolwiek pola do dyskusji. Być może rzeczywiście najlepszą opcją byłoby tak po prostu się zamknąć, bo może wtedy aż tak bardzo by sobie nie dopierdalali. W imię czego? Na do widzenia? No, właśnie. A jednak oboje to robili zamiast odpuścić.
- Nie musiałaś tego mówić, Rina - odbił niemal dokładnie tym samym tonem, co ona, wcale nie kłopocząc się ukrywaniem tego, co kryło się pod jego niewerbalnym przekazem.
Znam cię.
Aż nazbyt dobrze wiedział, że prędzej czy później znowu by mu to wyciągnęła. Najpewniej w nerwach, nie dla rozrywki czy nie po to, żeby celowo go podkurwić, ale to padło już raz, odkąd zaczęli przebywać w swoim towarzystwie. Miał niemal stuprocentową gwarancję, że wręcz musiało zdarzyć się ponownie. Tym bardziej, że sama powiedziała coś bardzo zgodnego z tymi założeniami.
- Bo nie zniknąłem. Jestem przy tobie. Cały czas. Byłem przy tobie w tamtym gównie i jestem teraz. Gdybym zamierzał tak po prostu zniknąć, nie uważasz, że dawno bym to zrobił? - Tak, mówili o tym, ale mijały dni a ten moment nie nadchodził.
Czy to nie świadczyło same o sobie? O tym, że oboje potrzebowali tego czasu? Możliwości. Sposobności przemyślenia wszystkiego, co się dzieje bez tego poczucia?
Tak, zdawał sobie sprawę z własnego zachowania. Z tego, w jaki sposób zachowywał się w stosunku do Geraldine. Pytanie, czy ona była świadoma tego, czym mu odpowiadała? Bowiem miał nieodpartą wrażenie, że przez ten cały czas raz za razem stawali przeciwko sobie zamiast za sobą. I jej komentarze zdecydowanie nie pomagały.
Nie wybaczyła mu tamtego błędu. Nie wiedziała, czy mogłaby to zrobić. Próbowała, ale wciąż nosiła to w sercu. Czy się temu dziwił? Wcale. Ani trochę. Nie miał nawet najmniejszych oporów, aby to przyznać. Tak, zranił ją. Tak, popełnił błąd. Tak, zachował się niewłaściwe, choć przecież wcale nie chciał być egoistą. Wręcz przeciwnie: ten jeden raz w życiu próbował nie myśleć wyłącznie o sobie.
I co im z tego przyszło? Był z nią szczery. Przynajmniej teraz. Ten jeden raz zupełnie się przy tym nie powstrzymywał, dając jej dokładnie to wyjaśnienie, które w dalszym ciągu powstrzymywało go przed zmianą narracji. Nie chciał uważać tamtej decyzji za najgorszy błąd swojego życia. Za coś, co zupełnie nie miało sensu. Za coś, co niczemu nie służyło. Co wyłącznie ich skrzywdziło.
Wolał wierzyć w to, że postąpił słusznie. Że dzięki temu stali tu przed sobą. Być może nie mając już niemal żadnych szans na wspólną przyszłość. Doszczętnie pozbawiając się ich tu i teraz przez to, co sobie wyrzucali, ale za to przynajmniej w istocie mógł odpowiadać. Z tym mógł jakoś żyć. Tak sądził i tak twierdził.
Przynajmniej dopóki nie wysrała mu tego, co momentalnie sprawiło, że wpierw pobladł przybierając na twarzy barwę jednej z kartek papieru leżących na podłodze. Zaś moment później, niemal w mgnieniu oka poczerwieniał. Pierwszy raz od dawna okrywając się tak wyraźną purpurą. Dostrzegalną nawet pod naprawdę mocną letnią opalenizną.
Nieczęsto zdarzało się, by emocje tak mocno odznaczały się na jego twarzy. Żeby jego oczy tak wyraźnie ciemniały. W tym momencie tracąc swoją zwykłą leśną zieleń i zamieniając się w dwa naprawdę nieprzeniknione punkty świdrujące Geraldine na wskroś. Jeśli wcześniej starał się nad sobą panować, teraz był już tylko wkurwiony.
- Nigdy. Nie. Waż. Się. Wyciągać. Przeciwko. Mnie. Tej. Karty - mimo, że jednocześnie cedził z ust tę odpowiedź, każde kolejne słowo bardzo wyraźnie odznaczało się od drugiego.
Tak, nie poruszyli tego tematu. Nigdy nie chciał go z nią poruszać. To, że ten fakt w ogóle wypłynął na wierzch było dostatecznie trudne, parszywe i druzgocące. Nie chciał jej w to mieszać. Nie potrzebował się przed nią uzewnętrzniać. A nader wszystko nie chciał jej się tłumaczyć. Nie zamierzał tolerować tego, co starała się zrobić w tym momencie. Wyciągania mu tego tylko po to, aby cisnąć mu tym prosto w twarz.
Istniało wiele argumentów, których mogła użyć. Części z nich zapewne nawet by wysłuchał. Tym bardziej, że mogła mówić, co chciała. Nie mógł powstrzymać Geraldine przed niczym, co chciała mu zarzucić. Nie zamierzał zamykać jej ust ani zatykać swoich własnych uszu. Mogli prowadzić tę rozmowę na tysiące różnych sposobów, nawet jeśli w dalszym ciągu chyba powinni się zgodzić, że najlepiej byłoby nie prowadzić jej wcale.
Mieli się rozstać. Zmierzali do tego od wielu dni. Podświadomie dążyli do tego od samego początku tego wieczoru. Powinni uznać swoją klęskę. Tym bardziej, skoro już uzgodnili, że nie było sensu o nic walczyć. Byli zmęczeni, wyczerpani, pozbawieni wszelkich nadziei. Dawanie sobie złudzeń już nie działało. Nie miało zadziałać, skoro w rzeczywistości oboje zgodzili się, że nie dadzą sobie kolejnej szansy.
I tak by to spaprali. W ostatnim czasie pierdolili wszystko. Niszczyli wszystko na swojej drodze. Nie powinni podążać nią razem. Byliby w tym wyłącznie jeszcze bardziej niewłaściwi, zdecydowanie zbyt niszczycielscy. Nie dla otoczenia. Dla siebie nawzajem.
Tylko to tak naprawdę miało znaczenie. Z resztą być może faktycznie jakoś by sobie poradzili. Przez ostatnie dni coraz bardziej skłaniał się ku temu, by przestać tak zupełnie to wykluczać. Być może mówił coś innego. Powtarzał to raz za razem, trwał przy swoich pierwszych kwestiach, nie zmieniając słownej narracji, ale...
- Nie. Do kurwy nędzy, nie. Nigdy, nigdy bym tego od ciebie nie oczekiwał. Znasz mnie, Geraldine, a może tylko mi się tak wydawało. Nie wiem, co usiłujesz teraz udowodnić. Bo osiągnąć tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co chcesz... ...czy tam chciałaś, bo przecież teraz już nie chcesz... ...osiągnąć - nie unosił głosu.
Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu cedził każde kolejne słowo, mimowolnie coraz bardziej zaciskając szczękę. Unosząc podbródek i napinając przedramiona. Prostując się wręcz do fizycznego wrażenia dyskomfortu. Nie ruszył się jednak z miejsca, nawet jeśli w pierwszym odruchu chciał to zrobić. Zamiast tego wciąż świdrując Geraldine ciemnym spojrzeniem.
- Zafiksowałaś się na jednym, nawet nie próbując widzieć drugiego. Ja ci na coś nie pozwalam? Ja cię przed czymś powstrzymuję? W którym momencie tak było, co? Wskaż mi taki moment. Pokaż mi, gdzie w ostatnich dniach zachowywałem się w ten sposób - czekał, naprawdę na to czekał, bo sam jakoś nie był w stanie przywołać z pamięci takiej chwili.
No, praktycznie aż do tej nocy, bo teraz wszystko wróciło do normy.
- Poza tym, o czym my w ogóle dyskutujemy? Skoro nie widzisz w tym sensu i ja też go już nie widzę. Jeśli oczekujesz, że będę przed tobą skomleć na kolanach - potrząsnął głową, nawet nie próbując kontynuować tej bezsensownej wypowiedzi, bo nie.
Doskonale wiedział, że tego nie chciała. Ona zaś zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamierzał tego robić. Ani wcześniej, ani teraz. Zwłaszcza teraz. Szczególnie po tym, co zaczęła mu zarzucać, a co nie miało żadnego związku z faktyczną sytuacją. Była ślepa. W tym momencie była dla niego bardziej ślepa niż on sam. W innym wypadku od samego początku dostrzegłaby realia i to, że tak...
...może robił część z tego, co mu zarzucała. Pierdolił. A potem zachowywał się zupełnie inaczej niż twierdził, że zamierza się zachować. Miotał się, gubił się, ale głównie w tą jedną przeklętą stronę. Naprawdę chciał jej przyznać rację, inaczej nie ulegałby jej niemalże za każdym razem, gdy tylko znaleźli się tuż obok siebie.
Wyrzucała mu słowa. Nie zwracała uwagi na gesty. Była ślepa. Oboje byli. Nie mieli żadnych szans spotkać się w połowie, błądząc każde po swojej stronie. To było jasne jak słońce. Przytłaczająco ciemne i ponure.
...co tak właściwie? Nie mieli tu jakiegokolwiek pola do dyskusji. Być może rzeczywiście najlepszą opcją byłoby tak po prostu się zamknąć, bo może wtedy aż tak bardzo by sobie nie dopierdalali. W imię czego? Na do widzenia? No, właśnie. A jednak oboje to robili zamiast odpuścić.
- Nie musiałaś tego mówić, Rina - odbił niemal dokładnie tym samym tonem, co ona, wcale nie kłopocząc się ukrywaniem tego, co kryło się pod jego niewerbalnym przekazem.
Znam cię.
Aż nazbyt dobrze wiedział, że prędzej czy później znowu by mu to wyciągnęła. Najpewniej w nerwach, nie dla rozrywki czy nie po to, żeby celowo go podkurwić, ale to padło już raz, odkąd zaczęli przebywać w swoim towarzystwie. Miał niemal stuprocentową gwarancję, że wręcz musiało zdarzyć się ponownie. Tym bardziej, że sama powiedziała coś bardzo zgodnego z tymi założeniami.
- Bo nie zniknąłem. Jestem przy tobie. Cały czas. Byłem przy tobie w tamtym gównie i jestem teraz. Gdybym zamierzał tak po prostu zniknąć, nie uważasz, że dawno bym to zrobił? - Tak, mówili o tym, ale mijały dni a ten moment nie nadchodził.
Czy to nie świadczyło same o sobie? O tym, że oboje potrzebowali tego czasu? Możliwości. Sposobności przemyślenia wszystkiego, co się dzieje bez tego poczucia?
Tak, zdawał sobie sprawę z własnego zachowania. Z tego, w jaki sposób zachowywał się w stosunku do Geraldine. Pytanie, czy ona była świadoma tego, czym mu odpowiadała? Bowiem miał nieodpartą wrażenie, że przez ten cały czas raz za razem stawali przeciwko sobie zamiast za sobą. I jej komentarze zdecydowanie nie pomagały.
Nie wybaczyła mu tamtego błędu. Nie wiedziała, czy mogłaby to zrobić. Próbowała, ale wciąż nosiła to w sercu. Czy się temu dziwił? Wcale. Ani trochę. Nie miał nawet najmniejszych oporów, aby to przyznać. Tak, zranił ją. Tak, popełnił błąd. Tak, zachował się niewłaściwe, choć przecież wcale nie chciał być egoistą. Wręcz przeciwnie: ten jeden raz w życiu próbował nie myśleć wyłącznie o sobie.
I co im z tego przyszło? Był z nią szczery. Przynajmniej teraz. Ten jeden raz zupełnie się przy tym nie powstrzymywał, dając jej dokładnie to wyjaśnienie, które w dalszym ciągu powstrzymywało go przed zmianą narracji. Nie chciał uważać tamtej decyzji za najgorszy błąd swojego życia. Za coś, co zupełnie nie miało sensu. Za coś, co niczemu nie służyło. Co wyłącznie ich skrzywdziło.
Wolał wierzyć w to, że postąpił słusznie. Że dzięki temu stali tu przed sobą. Być może nie mając już niemal żadnych szans na wspólną przyszłość. Doszczętnie pozbawiając się ich tu i teraz przez to, co sobie wyrzucali, ale za to przynajmniej w istocie mógł odpowiadać. Z tym mógł jakoś żyć. Tak sądził i tak twierdził.
Przynajmniej dopóki nie wysrała mu tego, co momentalnie sprawiło, że wpierw pobladł przybierając na twarzy barwę jednej z kartek papieru leżących na podłodze. Zaś moment później, niemal w mgnieniu oka poczerwieniał. Pierwszy raz od dawna okrywając się tak wyraźną purpurą. Dostrzegalną nawet pod naprawdę mocną letnią opalenizną.
Nieczęsto zdarzało się, by emocje tak mocno odznaczały się na jego twarzy. Żeby jego oczy tak wyraźnie ciemniały. W tym momencie tracąc swoją zwykłą leśną zieleń i zamieniając się w dwa naprawdę nieprzeniknione punkty świdrujące Geraldine na wskroś. Jeśli wcześniej starał się nad sobą panować, teraz był już tylko wkurwiony.
- Nigdy. Nie. Waż. Się. Wyciągać. Przeciwko. Mnie. Tej. Karty - mimo, że jednocześnie cedził z ust tę odpowiedź, każde kolejne słowo bardzo wyraźnie odznaczało się od drugiego.
Tak, nie poruszyli tego tematu. Nigdy nie chciał go z nią poruszać. To, że ten fakt w ogóle wypłynął na wierzch było dostatecznie trudne, parszywe i druzgocące. Nie chciał jej w to mieszać. Nie potrzebował się przed nią uzewnętrzniać. A nader wszystko nie chciał jej się tłumaczyć. Nie zamierzał tolerować tego, co starała się zrobić w tym momencie. Wyciągania mu tego tylko po to, aby cisnąć mu tym prosto w twarz.
Istniało wiele argumentów, których mogła użyć. Części z nich zapewne nawet by wysłuchał. Tym bardziej, że mogła mówić, co chciała. Nie mógł powstrzymać Geraldine przed niczym, co chciała mu zarzucić. Nie zamierzał zamykać jej ust ani zatykać swoich własnych uszu. Mogli prowadzić tę rozmowę na tysiące różnych sposobów, nawet jeśli w dalszym ciągu chyba powinni się zgodzić, że najlepiej byłoby nie prowadzić jej wcale.
Mieli się rozstać. Zmierzali do tego od wielu dni. Podświadomie dążyli do tego od samego początku tego wieczoru. Powinni uznać swoją klęskę. Tym bardziej, skoro już uzgodnili, że nie było sensu o nic walczyć. Byli zmęczeni, wyczerpani, pozbawieni wszelkich nadziei. Dawanie sobie złudzeń już nie działało. Nie miało zadziałać, skoro w rzeczywistości oboje zgodzili się, że nie dadzą sobie kolejnej szansy.
I tak by to spaprali. W ostatnim czasie pierdolili wszystko. Niszczyli wszystko na swojej drodze. Nie powinni podążać nią razem. Byliby w tym wyłącznie jeszcze bardziej niewłaściwi, zdecydowanie zbyt niszczycielscy. Nie dla otoczenia. Dla siebie nawzajem.
Tylko to tak naprawdę miało znaczenie. Z resztą być może faktycznie jakoś by sobie poradzili. Przez ostatnie dni coraz bardziej skłaniał się ku temu, by przestać tak zupełnie to wykluczać. Być może mówił coś innego. Powtarzał to raz za razem, trwał przy swoich pierwszych kwestiach, nie zmieniając słownej narracji, ale...
- Nie. Do kurwy nędzy, nie. Nigdy, nigdy bym tego od ciebie nie oczekiwał. Znasz mnie, Geraldine, a może tylko mi się tak wydawało. Nie wiem, co usiłujesz teraz udowodnić. Bo osiągnąć tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co chcesz... ...czy tam chciałaś, bo przecież teraz już nie chcesz... ...osiągnąć - nie unosił głosu.
Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu cedził każde kolejne słowo, mimowolnie coraz bardziej zaciskając szczękę. Unosząc podbródek i napinając przedramiona. Prostując się wręcz do fizycznego wrażenia dyskomfortu. Nie ruszył się jednak z miejsca, nawet jeśli w pierwszym odruchu chciał to zrobić. Zamiast tego wciąż świdrując Geraldine ciemnym spojrzeniem.
- Zafiksowałaś się na jednym, nawet nie próbując widzieć drugiego. Ja ci na coś nie pozwalam? Ja cię przed czymś powstrzymuję? W którym momencie tak było, co? Wskaż mi taki moment. Pokaż mi, gdzie w ostatnich dniach zachowywałem się w ten sposób - czekał, naprawdę na to czekał, bo sam jakoś nie był w stanie przywołać z pamięci takiej chwili.
No, praktycznie aż do tej nocy, bo teraz wszystko wróciło do normy.
- Poza tym, o czym my w ogóle dyskutujemy? Skoro nie widzisz w tym sensu i ja też go już nie widzę. Jeśli oczekujesz, że będę przed tobą skomleć na kolanach - potrząsnął głową, nawet nie próbując kontynuować tej bezsensownej wypowiedzi, bo nie.
Doskonale wiedział, że tego nie chciała. Ona zaś zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamierzał tego robić. Ani wcześniej, ani teraz. Zwłaszcza teraz. Szczególnie po tym, co zaczęła mu zarzucać, a co nie miało żadnego związku z faktyczną sytuacją. Była ślepa. W tym momencie była dla niego bardziej ślepa niż on sam. W innym wypadku od samego początku dostrzegłaby realia i to, że tak...
...może robił część z tego, co mu zarzucała. Pierdolił. A potem zachowywał się zupełnie inaczej niż twierdził, że zamierza się zachować. Miotał się, gubił się, ale głównie w tą jedną przeklętą stronę. Naprawdę chciał jej przyznać rację, inaczej nie ulegałby jej niemalże za każdym razem, gdy tylko znaleźli się tuż obok siebie.
Wyrzucała mu słowa. Nie zwracała uwagi na gesty. Była ślepa. Oboje byli. Nie mieli żadnych szans spotkać się w połowie, błądząc każde po swojej stronie. To było jasne jak słońce. Przytłaczająco ciemne i ponure.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down