31.01.2023, 18:39 ✶
Przechylił głowę, przyglądając mu się z uwagą większą, niż wymagała tego sytuacja. Właściwie to prawie w ogóle mógłby nie odrywać od niego wzroku, ciesząc się widokiem uśmiechniętego Castiela. Zupełnie innego od tego, który jakiś czas temu się na niego złościł, przerażając go wizją rozstania w gniewie.
- Zamierzasz zostać numerologiem, czy po prostu nudzisz się tak bardzo, że wszystko obliczasz z niezrozumiałą dla mnie precyzją? – zapytał, wciąż skonsternowany dokładnością liczb podawanych przez blondyna. W tej chwili nie zdziwiłby się, gdyby mu powiedział, że przeliczył wszystkie kroki, jakie pokonał w drodze do szpitalnej sali, w której leżał Fergus. Nawet by mu to schlebiało – ta dokładność w określeniu czasu, jakiego potrzebował, by się do niego dostać.
- Jak długo może to potrwać? – dopytywał, niespecjalnie znając się na tworzeniu eliksirów. To było jak z gotowaniem? Odtworzenie istniejących już mikstur przypominało przepis na zupę, więc czemu nie porównać tego do pisania książki kucharskiej? Matka by go pewnie zatłukła, gdyby usłyszała tego rodzaju porównanie i zniżanie jej do roli kury domowej. Którą de facto była, ale cii.
- Nie czepiam! To po prostu zabawne – przyznał. I może też trochę rozczulające, że tak bardzo skupiał się na tych wszystkich liczbach. – A mój ojciec nie ma za wiele do powiedzenia. Ostatnio sobie nieźle nagrabił u Malfoyów, więc przestał się do mnie odzywać – dodał jeszcze, a jego usta wygięły się w nieco złośliwym uśmiechu na wspomnienie tego, jak starszy Ollivander nie zapanował nad własnym charakterem i palnął kilka słów za dużo. Wciąż gryzło go to, jak bardzo był podobny do ojca w swoim zachowaniu, ale w przeciwieństwie do niego czasem potrafił odpuścić.
Gdy Castiel odsunął rękę, ogarnęło go uczucie nieprzyjemnego chłodu. Już zaczynał tęsknić za tym naelektryzowaniem, które pobudzało każdy jego nerw pod wpływem najdrobniejszego nawet muśnięcia palcami. Czy to w ogóle było normalne, że czuł się w ten sposób za sprawą drugiej osoby? Że Flint stał się tak istotną częścią otaczającej go przestrzeni, że jego brak doprowadzał go do przygnębienia?
Sama się nie zepsuła, pomyślał, ale nie wypowiedział tego na głos, by nie zirytować Castiela tym, jak bardzo upierał się przy swoim. Znów się na niego zagapił, wciąż marząc o pocałunku, który wynagrodziłby mu ostatnie dni tęsknoty, ale wiedział, że nie mógł tego zrobić. Bo nie potrafiłby się odsunąć, biorąc coraz więcej i więcej. Aż nie zostałaby między nimi przestrzeń godna choćby jednego atomu.
- Sugerujesz, że cuchnę jak gabinet Bulstrode? – zawołał i naprawdę kusiło go, by teatralnie się od niego odsunąć, ale wędrująca po jego plecach dłoń Castiela zaniechała tej decyzji, trzymając go w miejscu. W tym wypadku nie potrafił zrezygnować z chwili przyjemności nawet dla możliwości żartowania sobie z Flinta. Mimo to uścisk jego rąk oplatających mężczyznę zelżał nieco, pozwalając mu na większą swobodę ruchów. Na chwilę, pozornie pozwalając mu na to, by sam mógł wybrać, jak się ułożyć. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś okropny? – zapytał, już uśmiechając się półgębkiem, bo w jego głowie naradzał się kolejny bezmyślny plan. Sięgnął zdrową ręką do boku Castiela i zaczął go łaskotać, jednocześnie po to, by go zirytować, ale też dlatego, że po raz kolejny chciał usłyszeć jego śmiech. – To za to, że według ciebie śmierdzę.
- Zamierzasz zostać numerologiem, czy po prostu nudzisz się tak bardzo, że wszystko obliczasz z niezrozumiałą dla mnie precyzją? – zapytał, wciąż skonsternowany dokładnością liczb podawanych przez blondyna. W tej chwili nie zdziwiłby się, gdyby mu powiedział, że przeliczył wszystkie kroki, jakie pokonał w drodze do szpitalnej sali, w której leżał Fergus. Nawet by mu to schlebiało – ta dokładność w określeniu czasu, jakiego potrzebował, by się do niego dostać.
- Jak długo może to potrwać? – dopytywał, niespecjalnie znając się na tworzeniu eliksirów. To było jak z gotowaniem? Odtworzenie istniejących już mikstur przypominało przepis na zupę, więc czemu nie porównać tego do pisania książki kucharskiej? Matka by go pewnie zatłukła, gdyby usłyszała tego rodzaju porównanie i zniżanie jej do roli kury domowej. Którą de facto była, ale cii.
- Nie czepiam! To po prostu zabawne – przyznał. I może też trochę rozczulające, że tak bardzo skupiał się na tych wszystkich liczbach. – A mój ojciec nie ma za wiele do powiedzenia. Ostatnio sobie nieźle nagrabił u Malfoyów, więc przestał się do mnie odzywać – dodał jeszcze, a jego usta wygięły się w nieco złośliwym uśmiechu na wspomnienie tego, jak starszy Ollivander nie zapanował nad własnym charakterem i palnął kilka słów za dużo. Wciąż gryzło go to, jak bardzo był podobny do ojca w swoim zachowaniu, ale w przeciwieństwie do niego czasem potrafił odpuścić.
Gdy Castiel odsunął rękę, ogarnęło go uczucie nieprzyjemnego chłodu. Już zaczynał tęsknić za tym naelektryzowaniem, które pobudzało każdy jego nerw pod wpływem najdrobniejszego nawet muśnięcia palcami. Czy to w ogóle było normalne, że czuł się w ten sposób za sprawą drugiej osoby? Że Flint stał się tak istotną częścią otaczającej go przestrzeni, że jego brak doprowadzał go do przygnębienia?
Sama się nie zepsuła, pomyślał, ale nie wypowiedział tego na głos, by nie zirytować Castiela tym, jak bardzo upierał się przy swoim. Znów się na niego zagapił, wciąż marząc o pocałunku, który wynagrodziłby mu ostatnie dni tęsknoty, ale wiedział, że nie mógł tego zrobić. Bo nie potrafiłby się odsunąć, biorąc coraz więcej i więcej. Aż nie zostałaby między nimi przestrzeń godna choćby jednego atomu.
- Sugerujesz, że cuchnę jak gabinet Bulstrode? – zawołał i naprawdę kusiło go, by teatralnie się od niego odsunąć, ale wędrująca po jego plecach dłoń Castiela zaniechała tej decyzji, trzymając go w miejscu. W tym wypadku nie potrafił zrezygnować z chwili przyjemności nawet dla możliwości żartowania sobie z Flinta. Mimo to uścisk jego rąk oplatających mężczyznę zelżał nieco, pozwalając mu na większą swobodę ruchów. Na chwilę, pozornie pozwalając mu na to, by sam mógł wybrać, jak się ułożyć. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś okropny? – zapytał, już uśmiechając się półgębkiem, bo w jego głowie naradzał się kolejny bezmyślny plan. Sięgnął zdrową ręką do boku Castiela i zaczął go łaskotać, jednocześnie po to, by go zirytować, ale też dlatego, że po raz kolejny chciał usłyszeć jego śmiech. – To za to, że według ciebie śmierdzę.