01.03.2025, 13:14 ✶
Julek, który nic a nic nie zrobił sobie za wiele z miny swojej córki, skończył fałszować pod nosem jakąś melodię, która prawdopodobnie miała związek z kabanosami (kto go tam wiedział). Nie miał w zwyczaju wyć. To znaczy: nie miał w zwyczaju śpiewać publicznie, bo pod prysznicem zdarzało mu się to i owo zanucić, zwłaszcza gdy był przekonany, że nikt nie słyszał, ale skoro już się zaczęło, to nie widział powodu, aby miał przestać. W końcu bycie ojcem oznaczało przywilej zawstydzania własnych dzieci, prawda? Jedynie zerknął na nią z rozbawieniem, a potem spoważniał. Mina „twardego pana ałrora”.
— Ulubionym tatą hm? A nie rodzicem? — powtórzył i teatralnie uniósł brwi. — Dobrze wiedzieć, że konkurencja nie depcze mi po piętach.
Gdy pokręciła głową, uśmiechnął się lekko i sam odgryzł kawałek, udając, że wcale nie celebrował tego aktu mięsożerstwa bardziej niż by to wypadało.
— No dobra, twoja strata. Więcej dla mnie — odparł. Cały ten spisek z przemycaniem mięsa z dala od czujnego oka Alice był zabawny, mimo że prawda była taka, że Julian wcale nie cierpiał na diecie wegetariańskiej. Nie dopóki od czasu do czasu ktoś przypadkiem nie podrzucał mu kabanosów. Ostatni kęs wcisnął do ust i wytarł dłonie w spodnie, po czym stanął naprzeciw córki.
— Hiszpański poproszę — oznajmił, przeciągając leniwie kark i strzepując z rękawów nieistniejący kurz. — Nie będę potem słuchał, jak narzekasz, że ci akcent siada.
Zmierzył ją wzrokiem. Jego sikorka była gotowa do walki, a to oznaczało jedno — zaraz miał dostać w twarz.
— Ulubionym tatą hm? A nie rodzicem? — powtórzył i teatralnie uniósł brwi. — Dobrze wiedzieć, że konkurencja nie depcze mi po piętach.
Gdy pokręciła głową, uśmiechnął się lekko i sam odgryzł kawałek, udając, że wcale nie celebrował tego aktu mięsożerstwa bardziej niż by to wypadało.
— No dobra, twoja strata. Więcej dla mnie — odparł. Cały ten spisek z przemycaniem mięsa z dala od czujnego oka Alice był zabawny, mimo że prawda była taka, że Julian wcale nie cierpiał na diecie wegetariańskiej. Nie dopóki od czasu do czasu ktoś przypadkiem nie podrzucał mu kabanosów. Ostatni kęs wcisnął do ust i wytarł dłonie w spodnie, po czym stanął naprzeciw córki.
— Hiszpański poproszę — oznajmił, przeciągając leniwie kark i strzepując z rękawów nieistniejący kurz. — Nie będę potem słuchał, jak narzekasz, że ci akcent siada.
Zmierzył ją wzrokiem. Jego sikorka była gotowa do walki, a to oznaczało jedno — zaraz miał dostać w twarz.