02.03.2025, 04:52 ✶
- Nigdy nie mów nigdy - odparł, bo chyba nie spodziewała się tego, że mógł tak zwyczajnie poprzestać na przyznaniu jej racji?
Nie. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach. Nawet jeśli poniekąd ją miała, bowiem zdecydowanie osiągnęli szczyt uwstecznienia wszystkiego, co wypracowali sobie przez lata. Tego, co przecież zawsze działało. Zawsze, tylko nie teraz. Zachowywali się tak, jakby puściły im wszelkie hamulce. Mieli tego żałować, on miał, ale teraz? Teraz o tym nie myślał. Nie w obliczu tych wszystkich wyrzutów.
- Wyjątkowo dużo, skoro dostałaś swoją osobistą notatkę, z którą chuj wie, co zrobiłaś, bo na pewno nie przeczytałaś - odgryzł się, nie mógł inaczej, bowiem w tym momencie naprawdę nie potrzebował słyszeć od Riny takich słów.
Nie w tym kontekście. Nie w żadnym innym. Czuł się coraz bardziej poirytowany. Bezradny i bezsilny. Całkowicie tracąc kontrolę nad tym, co tak właściwie opuszczało jego usta i w jaki sposób to robiło. Liczyło się...
...no właśnie. Chuj jako istota wszechwiedząca zapewne by to wiedział. Ambroise, choć zaledwie kilka chwil później miał zostać utożsamiony z tą mityczną siłą, w tym momencie miał wrażenie, że w istocie nic już nie wie. A to wyłącznie coraz bardziej wytrącało go z równowagi.
Nie lubił czuć się w ten sposób. Miał serdecznie dosyć życia w niepewności. Miotania się to w jedną, to w drugą stronę. To nie było coś, co przychodziłoby mu naturalnie. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj, gdy już się na coś uparł, dążył do tego za wszelką cenę. Nie uginał się. Nie szukał alternatywnych opcji, jeżeli nie odczuwał potrzeby, aby to robić. Trwał przy swoich postanowieniach. Przy swoim stanowisku. Odbijając, wykluczając albo ignorując wszystko, co nie pasowało do tej narracji.
Tak, nigdy nie był łatwym człowiekiem. Nie zwykł uważać tego za swoją wadę a nawet wręcz na odwrót. Miał się za kogoś ze wszech miar stabilnego. Gdy coś mówił, nie była to wyłącznie czcza deklaracja. Faktycznie doprowadzał to do końca. Wcielał to w życie. Nie składał pustych obietnic. Nie rzucał słów na wiatr.
Do czasu, prawda? Bo właśnie tym była ta chwila. To, co działo się między nimi i dookoła nich przez ostatnie dni czy też może nawet miesiące (bo przecież wszystko zaczęło się pierdolić zdawałoby się, że już niemal w zupełnie innym życiu) było wyłącznie konsekwencją utraty równowagi. Złamania tych pierwszych postanowień składanych samemu sobie, czego w gruncie rzeczy nie żałował, ale prowadzącego do kolejnych i kolejnych konsekwencji. Łamania obietnic, wykrzywiania rzeczywistości.
Nie stojąc już na stabilnym gruncie, momentami nie czuł się już nawet sobą. Bowiem on nie zwykł postępować w ten sposób. Nie umieć przyjąć rzeczywistości. Walcząc z narracją, potem ją akceptując, w międzyczasie dochodząc do wniosku, że sam był jej twórcą, ale wcale nie chciał nim być.
Nie pragnął czegoś takiego dla Geraldine. Trudno było mu spoglądać teraz na jej chorobliwie bladą twarz. Stać naprzeciw niej. Przeciwko niej. Nie móc wyciągnąć ramion, zrobić tych kilku niezbyt długich kroków, zamknąć dziewczynę w objęciach, powoli przyciskając ją do jego piersi. Kołysząc ich z boku na bok aż wreszcie mógłby spróbować się odezwać. Powiedzieć coś, co zmieniłoby sytuację, co naprawiłoby wszystkie błędy.
To nie było możliwe. A on brał za to pełną odpowiedzialność. O to mu chodziło, gdy wypowiedział te słowa. Gdyby tak zwyczajnie był w stanie zignorować wcześniejsze decyzje, nie byliby tu, gdzie znajdowali się w tej chwili. Mógłby zwalić winę na cokolwiek, co nie było nim czy Yaxleyówną. Odnaleźć jakąś wymówkę, byleby tylko móc teraz machnąć ręką na wszystko, co ich od siebie oddzielało. Przyjąć narrację, jaką głęboko w sercu naprawdę pragnął być w stanie zaakceptować.
Tyle tylko, że nie mógł. To była jego wina. Po prostu jego wina. To, co stało się wcześniej i to, w jaki sposób miała zakończyć się ich wspólna historia. Ale interpretacja, jaka czekała na niego ze strony Geraldine?
- Co? - W pierwszej chwili tak po prostu zmarszczył czoło, obdarzając Geraldine jednym z tych naprawdę charakterystycznych spojrzeń świadczących o tym, że zupełnie nic już teraz nie rozumiał.
Nie wiedział, jakim cudem połączyła ze sobą akurat te kropki. To znaczy: być może wiedział, bo stosunkowo szybko zorientował się, co tak właściwie chwilę wcześniej padło z jego własnych ust. Być może był zdenerwowany, mówił te wszystkie rzeczy w gniewie, jednak nie miał przy tym nawet najmniejszych problemów z pamięcią.
Wręcz przeciwnie. Pamiętał wiele drobnych szczegółów, których w tym momencie wcale nie chciałby wspominać w odmętach własnego umysłu. Tych mniejszych i większych, jednak bez wątpienia kurewsko szczypiących go słów i insynuacji. Czy to padających ze strony dziewczyny, czy będący jego własnymi pokracznymi, całkowicie pozbawionymi sensu tworami.
Bo przecież ją kochał. O to mu chodziło. To miał na myśli mówiąc, że powinna być już świadoma, co go przy niej trzymało przez te wszystkie dni i noce. Co tak właściwie sprawiło, że zaangażował się w całą sprawę, która posłała ich na te nowe nieznane wody. Prosto we wzburzoną toń, w której w tym momencie jednocześnie tonęli i dryfowali coraz dalej i dalej od siebie nawzajem.
Nie o poczucie odpowiedzialności mu chodziło. No, może w pewnym sensie tak. Gdzieś tam na którymś planie w istocie czuł się odpowiedzialny za nią, za nich, za wszystko, co się stało, co się nie stało czy co mogło się stać. To nie było błędne założenie. W przypadku ich relacji trudno byłoby tego nie dostrzec.
Mógł być jaki był. Uparty, trudny, na ogół bezkompromisowy. Tyle tylko, że nie w stosunku do niej. Nie, przy niej naprawdę starał się zachowywać właściwie. Dążyć do kompromisów, jednocześnie mimowolnie przyjmując niektóre role. Troszczył się, bez wątpienia troszczył się o Geraldine, bowiem inaczej też by tu tak teraz nie stali, czyż nie? Tyle tylko, że nigdy nie stawiałby poczucia obowiązku jako pierwszego powodu, dla którego jeszcze nie zniknął. To było naprawdę godzące w niego założenie.
W przeciwieństwie do kolejnych słów, które wypowiedziała dziewczyna. Tak, wpierw wprawiających go w jeszcze głębszy stan irytacji. Jasne, łatwo jej było mówić, ile miał opcji. Co mógł a czego nie mógł. Jak należało postępować. A jednak zanim zdążył wyrzucić jej hipokryzję, bowiem i ona zdecydowanie miała możliwość postąpienia inaczej (mogli przerzucać się tak do bladego świtu, tylko po co, skoro już wziął na siebie wszystkie winy?) usłyszał z jej strony ten kolejny wyrzut.
Tym razem przekraczający wszelkie granice absurdu. Na tyle mocno, że Ambroise kilkukrotnie zamrugał, otwierając usta i posyłając dziewczynie niedowierzające spojrzenie.
- Zdecyduj się - abstrahując od tego, że już wcześniej zarzucała mu bycie chujem, więc nie chodziło o bycie nim wyłącznie teraz to - jestem chujem, ale nic nie wiem, ale chuj wie, więc nie jestem chujem, ale nim jestem, ale nie mogę nim być, bo nic nie wiem a chuj wie? - No właśnie.
Niby pierdolił, więc powinien być chujem, ale nie był wszechwiedzący. I w tym momencie już zupełnie zagubił się we wszystkim, co w siebie ciskali.
Nie. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach. Nawet jeśli poniekąd ją miała, bowiem zdecydowanie osiągnęli szczyt uwstecznienia wszystkiego, co wypracowali sobie przez lata. Tego, co przecież zawsze działało. Zawsze, tylko nie teraz. Zachowywali się tak, jakby puściły im wszelkie hamulce. Mieli tego żałować, on miał, ale teraz? Teraz o tym nie myślał. Nie w obliczu tych wszystkich wyrzutów.
- Wyjątkowo dużo, skoro dostałaś swoją osobistą notatkę, z którą chuj wie, co zrobiłaś, bo na pewno nie przeczytałaś - odgryzł się, nie mógł inaczej, bowiem w tym momencie naprawdę nie potrzebował słyszeć od Riny takich słów.
Nie w tym kontekście. Nie w żadnym innym. Czuł się coraz bardziej poirytowany. Bezradny i bezsilny. Całkowicie tracąc kontrolę nad tym, co tak właściwie opuszczało jego usta i w jaki sposób to robiło. Liczyło się...
...no właśnie. Chuj jako istota wszechwiedząca zapewne by to wiedział. Ambroise, choć zaledwie kilka chwil później miał zostać utożsamiony z tą mityczną siłą, w tym momencie miał wrażenie, że w istocie nic już nie wie. A to wyłącznie coraz bardziej wytrącało go z równowagi.
Nie lubił czuć się w ten sposób. Miał serdecznie dosyć życia w niepewności. Miotania się to w jedną, to w drugą stronę. To nie było coś, co przychodziłoby mu naturalnie. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj, gdy już się na coś uparł, dążył do tego za wszelką cenę. Nie uginał się. Nie szukał alternatywnych opcji, jeżeli nie odczuwał potrzeby, aby to robić. Trwał przy swoich postanowieniach. Przy swoim stanowisku. Odbijając, wykluczając albo ignorując wszystko, co nie pasowało do tej narracji.
Tak, nigdy nie był łatwym człowiekiem. Nie zwykł uważać tego za swoją wadę a nawet wręcz na odwrót. Miał się za kogoś ze wszech miar stabilnego. Gdy coś mówił, nie była to wyłącznie czcza deklaracja. Faktycznie doprowadzał to do końca. Wcielał to w życie. Nie składał pustych obietnic. Nie rzucał słów na wiatr.
Do czasu, prawda? Bo właśnie tym była ta chwila. To, co działo się między nimi i dookoła nich przez ostatnie dni czy też może nawet miesiące (bo przecież wszystko zaczęło się pierdolić zdawałoby się, że już niemal w zupełnie innym życiu) było wyłącznie konsekwencją utraty równowagi. Złamania tych pierwszych postanowień składanych samemu sobie, czego w gruncie rzeczy nie żałował, ale prowadzącego do kolejnych i kolejnych konsekwencji. Łamania obietnic, wykrzywiania rzeczywistości.
Nie stojąc już na stabilnym gruncie, momentami nie czuł się już nawet sobą. Bowiem on nie zwykł postępować w ten sposób. Nie umieć przyjąć rzeczywistości. Walcząc z narracją, potem ją akceptując, w międzyczasie dochodząc do wniosku, że sam był jej twórcą, ale wcale nie chciał nim być.
Nie pragnął czegoś takiego dla Geraldine. Trudno było mu spoglądać teraz na jej chorobliwie bladą twarz. Stać naprzeciw niej. Przeciwko niej. Nie móc wyciągnąć ramion, zrobić tych kilku niezbyt długich kroków, zamknąć dziewczynę w objęciach, powoli przyciskając ją do jego piersi. Kołysząc ich z boku na bok aż wreszcie mógłby spróbować się odezwać. Powiedzieć coś, co zmieniłoby sytuację, co naprawiłoby wszystkie błędy.
To nie było możliwe. A on brał za to pełną odpowiedzialność. O to mu chodziło, gdy wypowiedział te słowa. Gdyby tak zwyczajnie był w stanie zignorować wcześniejsze decyzje, nie byliby tu, gdzie znajdowali się w tej chwili. Mógłby zwalić winę na cokolwiek, co nie było nim czy Yaxleyówną. Odnaleźć jakąś wymówkę, byleby tylko móc teraz machnąć ręką na wszystko, co ich od siebie oddzielało. Przyjąć narrację, jaką głęboko w sercu naprawdę pragnął być w stanie zaakceptować.
Tyle tylko, że nie mógł. To była jego wina. Po prostu jego wina. To, co stało się wcześniej i to, w jaki sposób miała zakończyć się ich wspólna historia. Ale interpretacja, jaka czekała na niego ze strony Geraldine?
- Co? - W pierwszej chwili tak po prostu zmarszczył czoło, obdarzając Geraldine jednym z tych naprawdę charakterystycznych spojrzeń świadczących o tym, że zupełnie nic już teraz nie rozumiał.
Nie wiedział, jakim cudem połączyła ze sobą akurat te kropki. To znaczy: być może wiedział, bo stosunkowo szybko zorientował się, co tak właściwie chwilę wcześniej padło z jego własnych ust. Być może był zdenerwowany, mówił te wszystkie rzeczy w gniewie, jednak nie miał przy tym nawet najmniejszych problemów z pamięcią.
Wręcz przeciwnie. Pamiętał wiele drobnych szczegółów, których w tym momencie wcale nie chciałby wspominać w odmętach własnego umysłu. Tych mniejszych i większych, jednak bez wątpienia kurewsko szczypiących go słów i insynuacji. Czy to padających ze strony dziewczyny, czy będący jego własnymi pokracznymi, całkowicie pozbawionymi sensu tworami.
Bo przecież ją kochał. O to mu chodziło. To miał na myśli mówiąc, że powinna być już świadoma, co go przy niej trzymało przez te wszystkie dni i noce. Co tak właściwie sprawiło, że zaangażował się w całą sprawę, która posłała ich na te nowe nieznane wody. Prosto we wzburzoną toń, w której w tym momencie jednocześnie tonęli i dryfowali coraz dalej i dalej od siebie nawzajem.
Nie o poczucie odpowiedzialności mu chodziło. No, może w pewnym sensie tak. Gdzieś tam na którymś planie w istocie czuł się odpowiedzialny za nią, za nich, za wszystko, co się stało, co się nie stało czy co mogło się stać. To nie było błędne założenie. W przypadku ich relacji trudno byłoby tego nie dostrzec.
Mógł być jaki był. Uparty, trudny, na ogół bezkompromisowy. Tyle tylko, że nie w stosunku do niej. Nie, przy niej naprawdę starał się zachowywać właściwie. Dążyć do kompromisów, jednocześnie mimowolnie przyjmując niektóre role. Troszczył się, bez wątpienia troszczył się o Geraldine, bowiem inaczej też by tu tak teraz nie stali, czyż nie? Tyle tylko, że nigdy nie stawiałby poczucia obowiązku jako pierwszego powodu, dla którego jeszcze nie zniknął. To było naprawdę godzące w niego założenie.
W przeciwieństwie do kolejnych słów, które wypowiedziała dziewczyna. Tak, wpierw wprawiających go w jeszcze głębszy stan irytacji. Jasne, łatwo jej było mówić, ile miał opcji. Co mógł a czego nie mógł. Jak należało postępować. A jednak zanim zdążył wyrzucić jej hipokryzję, bowiem i ona zdecydowanie miała możliwość postąpienia inaczej (mogli przerzucać się tak do bladego świtu, tylko po co, skoro już wziął na siebie wszystkie winy?) usłyszał z jej strony ten kolejny wyrzut.
Tym razem przekraczający wszelkie granice absurdu. Na tyle mocno, że Ambroise kilkukrotnie zamrugał, otwierając usta i posyłając dziewczynie niedowierzające spojrzenie.
- Zdecyduj się - abstrahując od tego, że już wcześniej zarzucała mu bycie chujem, więc nie chodziło o bycie nim wyłącznie teraz to - jestem chujem, ale nic nie wiem, ale chuj wie, więc nie jestem chujem, ale nim jestem, ale nie mogę nim być, bo nic nie wiem a chuj wie? - No właśnie.
Niby pierdolił, więc powinien być chujem, ale nie był wszechwiedzący. I w tym momencie już zupełnie zagubił się we wszystkim, co w siebie ciskali.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down