Młoda, śliczna o ciemnym spojrzeniu. Półkrwi. Dlaczego los wystawiał go na najcięższe próby? Gdyby nie to, że przyszedł tutaj w konkretnym celu i nie mógł sobie pozwolić na swoje maniery panicza, westchnąłby głośno i ciężko. Nie umknął mu jednak delikatny uśmiech na ustach, który najwidoczniej sprawił jej swoją obecnością. Prawką ręką oparł na brodzie, drugą zaś położył wzdłuż piersi podpierając tą pierwszą i powolnym krokiem przeszedł dalej kierowany falami na włosach Hannah. Zatrzymał się na moment w jednym z progów, kiedy otwierała, lub zamykała z nimi drzwi by skrzyżować z nią spojrzenia. Powściągliwym uśmieszkiem i lekkim skinięciem głowy podziękował za podjęcie go w zaczarowanej części sklepu. Rozejrzał się po pomieszczeniu, udając niby zainteresowanego tym co mogliby mieć dla niego do zaoferowania, gdyby tylko naprawdę czegoś by od nich potrzebował. Dla zwykłej kurtuazji zawiesił wzrok chwilę dłużej na przedmiotach o których wspominała. Tak by w dobrej manierze wymienić uprzejmości za jej starania w jak najlepszym przedstawieniu mu tego szmalecu jaki rodzina Bagshot próbowała opchnąć dla mieszańców i mugolaków.
- Chciałbym złożyć reklamację. Odezwał się od razu kiedy tylko kobieta zakończyła swoją reklamującą formułkę, którą zapewne wciskała każdemu co tu przychodził. Zanurkował kieszenią we wewnętrznej części marynarki. - Nie dalej jak tydzień temu zakupiłem od państwa samosortujący organizer. Wadliwy jak się okazuje, bo proszę tylko spojrzeć... Zaostrzył jakby nieco swój ton. W rękach trzymał już gruby notes, który szybko otworzył i zaczął wertować kolejne pozapisywane kartki. Kilka kolorowych zakładek wystawało z góry, z dołu zaś zwisała długa, złoto-purpurowa wstążka jako przedziałka do ostatniej notowanej treści. - Nie ma tutaj Twojego adresu korespondencyjnego, Hann. Dodał w końcu a palcem wskazał na niezapisaną stronę. Skrócił dystans zwracając się do niej nawet nie imieniem, a zdrobnieniem, a na jego twarzy z tego tytułu pojawił się mały, zadziorny uśmiech w kącikach ust. Zamknął z impetem organizer, pozwalając by kartki papieru uderzyły o siebie wydając głośny dźwięk trzasku. Odwrócił w końcu notes okładką do przodu, a na niej widniał tłoczony w skórze dobrze znany z wielu pieczęci symbol ministerstwa. - Mów mi Lou. Dorzucił po chwili, bezczelnie wpatrując się przy tym prosto w jej usta. Oczywiście folgował sobie z tym wszystkim. A skoro byli sami i nikt ich nie widział, tak przynajmniej mu się zdawało, dlaczego by trochę nie pograć sobie w swoje ulubione gierki. Przecież cierpiał na przewlekły syndrom Bulstroda; nie przepuści żadnej.
- Tak naprawdę jestem zainteresowany zupełnie czymś innym. Choć wciąż się uśmiechał ukontentowany swoją własną zagrywką pewnie bardziej, niż ona, to jednak odpuścił z zabawowego, niskiego tonu. - Chciałbym nabyć coś naprawdę wyjątkowego. Myślodsiewnię.