03.03.2025, 03:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2025, 03:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Znowu używasz niewłaściwej nomenklatury - jakże wielką przyjemność sprawiało mu teraz zwracanie Geraldine uwagi na te całkowicie pozbawione sensu detale, czyż nie?
Tak niesamowicie głęboką i otumaniającą, że sycąc się tym najwyraźniej zapominał o jakiejkolwiek kontroli. Po prostu odpowiadał dziamdzianiem na dziamdzianie. Wyrzucał z siebie kolejne czepliwe słowa, byleby tylko nie oddać Yaxleyównie tego ostatniego. Nie po to, żeby brzmieć przy tym z sensem ani tym bardziej zachowywać ciągłość logiczną własnych wysrywów. W żadnym wypadku.
- Jasne. Jak guma w pantalonach - nic więc dziwnego, że stosunkowo szybko zaczęły pojawiać się między nimi pierwsze przebłyski kreatywnego geniuszu, nieprawdaż?
Podświadomie zmierzali w tym pokracznym kierunku. O ironio, nawet nie do końca zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mogli jeszcze przekroczyć dziś granicę kompletnego absurdu.
Jej narracja była elastyczna? A to ciekawe, bo jednocześnie bez dwóch zdań kręciła się wokół założeń wziętych z dupy. Cała ich rozmowa taka była. Miał dosyć. Naprawdę miał tego dosyć.
- Więc tego nie rób - to było tak proste, że zasługiwałoby na rozłożenie rąk i wzruszenie ramionami, gdyby tylko nie zaciskał właśnie dłoni na materiale wydzielającym wnętrza kieszeni spodni.
Skoro go znała, on znał ją to czemu tak właściwie służyła ta rozmowa? Prowadzona w dokładnie taki sposób, w jaki poinformował Geraldine zaledwie chwilę wcześniej: jakby chuja o sobie wiedzieli, świadomie wybierając jak najbardziej pokrętne interpretacje.
Znaleźli się na samym dnie. Osiągnęli je tego wieczoru, wcale nie dając sobie wrażenia, że mogli się od niego odbić. To miał być ich koniec. Świadczyły o tym wszystkie słowa. Każdy znak na niebie i ziemi, ale nie gesty, prawda?
Nie gesty.
Wcale nie potrzebował słyszeć tych przeprosin, nawet jeśli nieświadomie drgnęły mu kąciki ust. Nawet jeśli kiwnął głową, zaciskając wargi, ale tym razem po to, żeby zebrać i przełknąć gęstą ślinę, jaka przez ten czas zdążyła zebrać mu się w ustach. Nabierając jeszcze jeden głęboki wdech, powoli przerwał ciszę także ze swojej strony.
- Wiem. Ja też przepraszam - odmruknął, mocniej przyciskając czoło do czoła Geraldine, zbliżając do siebie ich twarze i przymykając oczy.
Pozwalając sobie na tę kolejną rzecz, o której instynktownie myślał już wcześniej. Tyle tylko, że odsuwając od siebie tę możliwość. Powstrzymując się od takiego gestu aż do teraz kiedy tak bez słowa zakołysał ją w ramionach. Wcześniej wydawało mu się to nieosiągalne, a jednak obecnie przyszło samo z siebie. Czemu tyle im to zajęło? To wcale nie było bardziej słuszne.
Dystans nigdy im nie służył. Ta chwila była kolejnym dowodem. W końcu czuł jak napięte ciało dziewczyny powoli coraz bardziej osuwa mu się w ramiona. Jak jej oddech uspokaja się wraz z jego własnym spokojniejszym nabieraniem tchu. Jak jego przyspieszone bicie serca powoli wraca do swojego bardziej typowego rytmu. Było lepiej. Tyle tylko, że wciąż nie całkowicie dobrze, prawda?
- Nie powin - zaczął tym samym tonem, co chwilę wcześniej, gdy kierował do niej swoje niezmiernie ciche słowa.
Jednak tym razem urwał, mamrocząc pod nosem.
- Szlag - nic więcej nie potrzebowało paść w miejsce tamtych brakujących słów, prawda?
To on powinien. Powinien zacząć od nowa, tym razem usiłując nie zasłaniać się tą pierwszą myślą. Czymś, co niechybnie nie było ani potrzebne, ani w niczym by im nie służyło. Stanowiłoby kolejną rzecz, której wcale nie chciał.
Co prawda nie sądził, by mieli się teraz na powrót pokłócić o dobór odpowiednich słów.
Nie wydawało mu się, że mógł się mylić w osądzie. W końcu od połowy nocy mówili sobie dokładnie to samo. Byli zmęczeni. Wyczerpani, pozbawieni jakiegokolwiek wrażenia stabilności, nawet jeśli w tym momencie w pewnym stopniu stawiali te bardzo ostrożne kroki, żeby je odzyskać.
W dalszym ciągu nie postanowił odsunąć się od Geraldine. Nie zamierzał go robić. Nie, gdy to, o teraz robili było czymś, czego oboje obecnie potrzebowali. Zamknięcia się w tym swoim dwuosobowym świecie. Otoczenia się wrażeniem ciepła utraconego wtedy na dachu i ulatującego dalej przez niezliczone minuty, gdy wyrzucali sobie to całe oziębłe gówno.
Nie zwracał już uwagi na to, że tak właściwie nie stali obecnie na pewnych nogach. On nie powrócił do tego zesztywnienia. Nie przyjął pozycji podobnej do tej, którą robił, gdy starał się utrzymać dystans. To było jasne. Nie mógł tego robić jednocześnie przytulając dziewczynę do jego piersi. Jednak z drugiej strony nie stał się też tą stabilną opoką. Nie stanął twardo na linoleum.
Nie było to nic wielkiego, nic specjalnie wyraźnego, ale bardzo nieznacznie kołysał ich to w jedną, to w drugą stronę. W prawo i w lewo, w prawo i w lewo. Gładko i nieprzerwanie, miarowo, może wręcz monotonnie. Jednym rytmem, niemalże jednym ruchem. Próbując zebrać myśli, choć czy na pewno o to chodziło?
Ileż można było zasłaniać się chaosem panującym w głowie i w życiu? Nawet wtedy, gdy ten stan rzeczywiście trwał bez ustanku od naprawdę długiego czasu. Pewne kwestie wcale nie były niezrozumiałe i zagmatwane. Tego wieczoru rzeczywiście w dalszym ciągu serwowali sobie półprawdy. Bardziej szczere niż kłamstwa, życzenia i iluzje, mniej zachowawcze, ale wcale nie lepsze od czegokolwiek, do czego się wcześniej posuwali.
Nie, skoro używali ich w celu ugodzenia się nimi nawzajem. Nie po to, żeby nadać im jakiś wartościowy cel. Po to, żeby odebrać go swoim interakcjom. Swoim dalszym rozmowom, które nie miały mieć już miejsca po czymś takim.
Jakim takim?
Parszywym i paskudnym.
Nie chciał tego. Naprawdę tego nie chciał. Kłócić się z Geraldine. Zasłaniać się wypowiedziami formułowanymi w ten sposób, żeby mógł następnie zareagować gniewem za zarzucanie mu kłamstwa, bo przecież był szczery. Szczery tak, ale nie szczęśliwy. Żadne z nich nie czuło satysfakcji z mienia racji. To było jasne. Może nawet całkiem przytłaczająco klarowne.
- Nie chcę - podjął ponownie, powoli wypuszczając powietrze przez usta - żebyś wychodziła w ten sposób. W takim stanie. W tym momencie - tak lepiej, prawda?
Wcale nie łatwiej, za to przynajmniej przechodził prosto do sedna, nawet jeśli trudno było to robić. Mówienie o takich rzeczach zawsze sprawiało mu problemy. Wbrew pozorom wcale nie potrafił tak gładko formułować swoich oczekiwań. Nie, gdy jednocześnie oznaczały przyznanie się do czegoś, co mogło zostać odebrane jako przejaw słabości.
- I nie, nie chodziło ani nie chodzi o ten rodzaj odpowiedzialności - skoro już na powrót zdecydował się przerwać tę ciszę, należało wrócić do tego, co nie padło a powinno paść.
W tych wszystkich słowach ubieranych w miano prawdy, ale wcale nią nie będących. Będących jedynie skrawkiem prawdy. Półprawdą ukształtowaną w ten sposób, aby jak najmocniej zapiekła. Nie po to, żeby odsłoniła całe wnętrze.
- Widzisz - próbował ubrać to teraz w słowa, wahając się przez chwilę i usiłując właściwie sformułować myśli - odpowiedzialny mogę być za moich pacjentów. Za stażystów, kiedy są pod moim nadzorem. Za siebie. Za to, co prezentuję. Za ciebie nie mogę być odpowiedzialny. To oznacza, że możesz wyjść w każdej chwili, ale nie chciałbym tego. Nie w ten sposób - stwierdził całkiem poważnie, tym razem nie ukrywając tego, że choćby nawet usiłował to zmienić z zewnątrz. Starał się wszem i wobec pokazywać, że to on był tu tą racjonalną stroną, wewnątrz i tak znał prawdę.
Oboje ją znali. Byli dorosłymi ludźmi. Mogli iść na kompromisy tak jak przez wiele lat. Mogli ścinać się i usiłować przymuszać się nawzajem do przyjęcia konkretnych założeń, ale nie byli w stanie kontrolować się nawzajem do takiego stopnia, żeby dało się to nazwać byciem odpowiedzialnym. Odpowiedzialni byli wyłącznie sami za siebie i za swój wpływ na sytuację. Mogli próbować brać odpowiedzialność za to drugie, jednak to nic nie znaczyło bez otrzymania na to zgody. A tej między nimi nie było.
Wręcz przeciwnie. Już udowodnili swoją tendencję do prób ściągania na siłę wszelkich win z barków tej drugiej osoby, przerzucania jej na siebie i jednoczesnego żarcia się o to, kto powinien móc czuć się winny. Byli w tym wyjątkowi. Naprawdę popierdolenie wybitni.
W tym momencie nie starał się ukrywać tego, w jaki sposób w rzeczywistości to wyglądało. Stażyści, studenci, pacjenci, rodziny pacjentów, dyrekcja szpitala, znaczna część rodziny i tak dalej. Niezliczone osoby bardzo chętnie oddawały swoją część ciężaru. Ale nie Geraldine. Nie Rina. Nie mógł wydzierać jej tego na siłę. Do niczego ich to nie prowadziło.
Więc nie. Nie zamierzał tego robić. W żadnym momencie nie było to jego główną motywacją do powrotu z nią do Whitby czy pozostawania tu przez ten cały czas.
Tak. Chciał ją odciążyć. Tak, miał poczucie odpowiedzialności za to, by nie rozpadła się po tym wszystkim, co się stało. Żeby nie zatraciła się we wspomnieniach tamtych wydarzeń. By miała przy sobie kogoś, przy kim mogła poczuć się bezpiecznie (tak, jak mu to wychodziło? no właśnie) i kto nie miał zamiaru wytykać jej słabości, nieprzygotowania (co to w ogóle było, do kurwy nędzy?), złych intencji czy egoistycznych pobudek związanych z jednym z najgorszych momentów w życiu.
Tak, w istocie chodziło przede wszystkim o ten inny powód.
- Nie mogę być za ciebie odpowiedzialny. I ja to wiem, i ty to wiesz - jasne, nie znaczyło to, że nie próbował brać na siebie choć części odpowiedzialności.
Wcale nie takiej małej. Ba, lwiej części odpowiedzialności. Momentami reagując przesadnie. Biorąc na siebie naprawdę wiele, zapędzając się trochę za mocno i za daleko, jednak w gruncie rzeczy w dalszym ciągu oboje zdawali sobie sprawę z tego, co powiedział teraz na głos. Chyba pierwszy raz w ten konkretny, bardzo opanowany sposób. Stwierdzając fakt, nie posuwając się do wyrzutów ani zasłaniania się tym poczuciem odpowiedzialności. Byciem realistą, mieniem obowiązków.
- Nie zniżajmy się do nazywania tego, o co zawsze chodziło, chodzi i będzie chodzić, tym innym powodem, dobrze? - Spytał, starając się zignorować perspektywę, z której starał się teraz spojrzeć w oczy Geraldine, licząc na to, że ona też ponownie je wreszcie otworzy.
To nie było dobre miejsce na to, żeby kontynuować zagłębianie się we wszystkie prywatne sprawy. Nawet jeśli pomieszczenie zostało wyciszone. Nawet jeśli mówili szeptem i jeśli wiedział, że usłyszenie ich przez kogoś niepowołanego graniczyłoby teraz z zupełnym absurdem. Było fizycznie niemożliwe. To wciąż wolał mieć większą swobodę zachowań.
Nie po to, żeby pozwalać sobie na zachowania na miarę tego wieczoru (one ewidentnie nie miały ani określonego miejsca, ani czasu; po prostu się działy). Tylko w całkowicie drugą stronę. Zdecydowanie lepiej było rozmawiać w ten sposób. Bez dystansu, bez powstrzymywania ruchów.
- Chciałbym wrócić do domu - tym razem nie zależało to od niego, miał tę świadomość.
W tym momencie nie chodziło też o nic więcej. O zmiany zdania. O przyjmowanie nowej narracji. O rezygnację ze starej. O te wszystkie kwestie, w których nadal się nie zgadzali, nie mając kompromisu, stojąc po dwóch przeciwnych stronach barykady. To nie była kapitulacja. To nie była deklaracja. To była odpowiedź na to elementarne pytanie. To, od którego powinni wyjść już dawno temu.
Nie co mogli.
Czego chcieli.
Nawet jeśli to było niemożliwe. Ten dom już nie istniał, brak możliwości nie zależał od nich czy ich intencji. Od elastyczności narracji. To nie były radosne słowa. To była szczerość. Przynajmniej tyle, przynajmniej na tyle mogli sobie pozwolić.
Tak niesamowicie głęboką i otumaniającą, że sycąc się tym najwyraźniej zapominał o jakiejkolwiek kontroli. Po prostu odpowiadał dziamdzianiem na dziamdzianie. Wyrzucał z siebie kolejne czepliwe słowa, byleby tylko nie oddać Yaxleyównie tego ostatniego. Nie po to, żeby brzmieć przy tym z sensem ani tym bardziej zachowywać ciągłość logiczną własnych wysrywów. W żadnym wypadku.
- Jasne. Jak guma w pantalonach - nic więc dziwnego, że stosunkowo szybko zaczęły pojawiać się między nimi pierwsze przebłyski kreatywnego geniuszu, nieprawdaż?
Podświadomie zmierzali w tym pokracznym kierunku. O ironio, nawet nie do końca zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mogli jeszcze przekroczyć dziś granicę kompletnego absurdu.
Jej narracja była elastyczna? A to ciekawe, bo jednocześnie bez dwóch zdań kręciła się wokół założeń wziętych z dupy. Cała ich rozmowa taka była. Miał dosyć. Naprawdę miał tego dosyć.
- Więc tego nie rób - to było tak proste, że zasługiwałoby na rozłożenie rąk i wzruszenie ramionami, gdyby tylko nie zaciskał właśnie dłoni na materiale wydzielającym wnętrza kieszeni spodni.
Skoro go znała, on znał ją to czemu tak właściwie służyła ta rozmowa? Prowadzona w dokładnie taki sposób, w jaki poinformował Geraldine zaledwie chwilę wcześniej: jakby chuja o sobie wiedzieli, świadomie wybierając jak najbardziej pokrętne interpretacje.
Znaleźli się na samym dnie. Osiągnęli je tego wieczoru, wcale nie dając sobie wrażenia, że mogli się od niego odbić. To miał być ich koniec. Świadczyły o tym wszystkie słowa. Każdy znak na niebie i ziemi, ale nie gesty, prawda?
Nie gesty.
Wcale nie potrzebował słyszeć tych przeprosin, nawet jeśli nieświadomie drgnęły mu kąciki ust. Nawet jeśli kiwnął głową, zaciskając wargi, ale tym razem po to, żeby zebrać i przełknąć gęstą ślinę, jaka przez ten czas zdążyła zebrać mu się w ustach. Nabierając jeszcze jeden głęboki wdech, powoli przerwał ciszę także ze swojej strony.
- Wiem. Ja też przepraszam - odmruknął, mocniej przyciskając czoło do czoła Geraldine, zbliżając do siebie ich twarze i przymykając oczy.
Pozwalając sobie na tę kolejną rzecz, o której instynktownie myślał już wcześniej. Tyle tylko, że odsuwając od siebie tę możliwość. Powstrzymując się od takiego gestu aż do teraz kiedy tak bez słowa zakołysał ją w ramionach. Wcześniej wydawało mu się to nieosiągalne, a jednak obecnie przyszło samo z siebie. Czemu tyle im to zajęło? To wcale nie było bardziej słuszne.
Dystans nigdy im nie służył. Ta chwila była kolejnym dowodem. W końcu czuł jak napięte ciało dziewczyny powoli coraz bardziej osuwa mu się w ramiona. Jak jej oddech uspokaja się wraz z jego własnym spokojniejszym nabieraniem tchu. Jak jego przyspieszone bicie serca powoli wraca do swojego bardziej typowego rytmu. Było lepiej. Tyle tylko, że wciąż nie całkowicie dobrze, prawda?
- Nie powin - zaczął tym samym tonem, co chwilę wcześniej, gdy kierował do niej swoje niezmiernie ciche słowa.
Jednak tym razem urwał, mamrocząc pod nosem.
- Szlag - nic więcej nie potrzebowało paść w miejsce tamtych brakujących słów, prawda?
To on powinien. Powinien zacząć od nowa, tym razem usiłując nie zasłaniać się tą pierwszą myślą. Czymś, co niechybnie nie było ani potrzebne, ani w niczym by im nie służyło. Stanowiłoby kolejną rzecz, której wcale nie chciał.
Co prawda nie sądził, by mieli się teraz na powrót pokłócić o dobór odpowiednich słów.
Nie wydawało mu się, że mógł się mylić w osądzie. W końcu od połowy nocy mówili sobie dokładnie to samo. Byli zmęczeni. Wyczerpani, pozbawieni jakiegokolwiek wrażenia stabilności, nawet jeśli w tym momencie w pewnym stopniu stawiali te bardzo ostrożne kroki, żeby je odzyskać.
W dalszym ciągu nie postanowił odsunąć się od Geraldine. Nie zamierzał go robić. Nie, gdy to, o teraz robili było czymś, czego oboje obecnie potrzebowali. Zamknięcia się w tym swoim dwuosobowym świecie. Otoczenia się wrażeniem ciepła utraconego wtedy na dachu i ulatującego dalej przez niezliczone minuty, gdy wyrzucali sobie to całe oziębłe gówno.
Nie zwracał już uwagi na to, że tak właściwie nie stali obecnie na pewnych nogach. On nie powrócił do tego zesztywnienia. Nie przyjął pozycji podobnej do tej, którą robił, gdy starał się utrzymać dystans. To było jasne. Nie mógł tego robić jednocześnie przytulając dziewczynę do jego piersi. Jednak z drugiej strony nie stał się też tą stabilną opoką. Nie stanął twardo na linoleum.
Nie było to nic wielkiego, nic specjalnie wyraźnego, ale bardzo nieznacznie kołysał ich to w jedną, to w drugą stronę. W prawo i w lewo, w prawo i w lewo. Gładko i nieprzerwanie, miarowo, może wręcz monotonnie. Jednym rytmem, niemalże jednym ruchem. Próbując zebrać myśli, choć czy na pewno o to chodziło?
Ileż można było zasłaniać się chaosem panującym w głowie i w życiu? Nawet wtedy, gdy ten stan rzeczywiście trwał bez ustanku od naprawdę długiego czasu. Pewne kwestie wcale nie były niezrozumiałe i zagmatwane. Tego wieczoru rzeczywiście w dalszym ciągu serwowali sobie półprawdy. Bardziej szczere niż kłamstwa, życzenia i iluzje, mniej zachowawcze, ale wcale nie lepsze od czegokolwiek, do czego się wcześniej posuwali.
Nie, skoro używali ich w celu ugodzenia się nimi nawzajem. Nie po to, żeby nadać im jakiś wartościowy cel. Po to, żeby odebrać go swoim interakcjom. Swoim dalszym rozmowom, które nie miały mieć już miejsca po czymś takim.
Jakim takim?
Parszywym i paskudnym.
Nie chciał tego. Naprawdę tego nie chciał. Kłócić się z Geraldine. Zasłaniać się wypowiedziami formułowanymi w ten sposób, żeby mógł następnie zareagować gniewem za zarzucanie mu kłamstwa, bo przecież był szczery. Szczery tak, ale nie szczęśliwy. Żadne z nich nie czuło satysfakcji z mienia racji. To było jasne. Może nawet całkiem przytłaczająco klarowne.
- Nie chcę - podjął ponownie, powoli wypuszczając powietrze przez usta - żebyś wychodziła w ten sposób. W takim stanie. W tym momencie - tak lepiej, prawda?
Wcale nie łatwiej, za to przynajmniej przechodził prosto do sedna, nawet jeśli trudno było to robić. Mówienie o takich rzeczach zawsze sprawiało mu problemy. Wbrew pozorom wcale nie potrafił tak gładko formułować swoich oczekiwań. Nie, gdy jednocześnie oznaczały przyznanie się do czegoś, co mogło zostać odebrane jako przejaw słabości.
- I nie, nie chodziło ani nie chodzi o ten rodzaj odpowiedzialności - skoro już na powrót zdecydował się przerwać tę ciszę, należało wrócić do tego, co nie padło a powinno paść.
W tych wszystkich słowach ubieranych w miano prawdy, ale wcale nią nie będących. Będących jedynie skrawkiem prawdy. Półprawdą ukształtowaną w ten sposób, aby jak najmocniej zapiekła. Nie po to, żeby odsłoniła całe wnętrze.
- Widzisz - próbował ubrać to teraz w słowa, wahając się przez chwilę i usiłując właściwie sformułować myśli - odpowiedzialny mogę być za moich pacjentów. Za stażystów, kiedy są pod moim nadzorem. Za siebie. Za to, co prezentuję. Za ciebie nie mogę być odpowiedzialny. To oznacza, że możesz wyjść w każdej chwili, ale nie chciałbym tego. Nie w ten sposób - stwierdził całkiem poważnie, tym razem nie ukrywając tego, że choćby nawet usiłował to zmienić z zewnątrz. Starał się wszem i wobec pokazywać, że to on był tu tą racjonalną stroną, wewnątrz i tak znał prawdę.
Oboje ją znali. Byli dorosłymi ludźmi. Mogli iść na kompromisy tak jak przez wiele lat. Mogli ścinać się i usiłować przymuszać się nawzajem do przyjęcia konkretnych założeń, ale nie byli w stanie kontrolować się nawzajem do takiego stopnia, żeby dało się to nazwać byciem odpowiedzialnym. Odpowiedzialni byli wyłącznie sami za siebie i za swój wpływ na sytuację. Mogli próbować brać odpowiedzialność za to drugie, jednak to nic nie znaczyło bez otrzymania na to zgody. A tej między nimi nie było.
Wręcz przeciwnie. Już udowodnili swoją tendencję do prób ściągania na siłę wszelkich win z barków tej drugiej osoby, przerzucania jej na siebie i jednoczesnego żarcia się o to, kto powinien móc czuć się winny. Byli w tym wyjątkowi. Naprawdę popierdolenie wybitni.
W tym momencie nie starał się ukrywać tego, w jaki sposób w rzeczywistości to wyglądało. Stażyści, studenci, pacjenci, rodziny pacjentów, dyrekcja szpitala, znaczna część rodziny i tak dalej. Niezliczone osoby bardzo chętnie oddawały swoją część ciężaru. Ale nie Geraldine. Nie Rina. Nie mógł wydzierać jej tego na siłę. Do niczego ich to nie prowadziło.
Więc nie. Nie zamierzał tego robić. W żadnym momencie nie było to jego główną motywacją do powrotu z nią do Whitby czy pozostawania tu przez ten cały czas.
Tak. Chciał ją odciążyć. Tak, miał poczucie odpowiedzialności za to, by nie rozpadła się po tym wszystkim, co się stało. Żeby nie zatraciła się we wspomnieniach tamtych wydarzeń. By miała przy sobie kogoś, przy kim mogła poczuć się bezpiecznie (tak, jak mu to wychodziło? no właśnie) i kto nie miał zamiaru wytykać jej słabości, nieprzygotowania (co to w ogóle było, do kurwy nędzy?), złych intencji czy egoistycznych pobudek związanych z jednym z najgorszych momentów w życiu.
Tak, w istocie chodziło przede wszystkim o ten inny powód.
- Nie mogę być za ciebie odpowiedzialny. I ja to wiem, i ty to wiesz - jasne, nie znaczyło to, że nie próbował brać na siebie choć części odpowiedzialności.
Wcale nie takiej małej. Ba, lwiej części odpowiedzialności. Momentami reagując przesadnie. Biorąc na siebie naprawdę wiele, zapędzając się trochę za mocno i za daleko, jednak w gruncie rzeczy w dalszym ciągu oboje zdawali sobie sprawę z tego, co powiedział teraz na głos. Chyba pierwszy raz w ten konkretny, bardzo opanowany sposób. Stwierdzając fakt, nie posuwając się do wyrzutów ani zasłaniania się tym poczuciem odpowiedzialności. Byciem realistą, mieniem obowiązków.
- Nie zniżajmy się do nazywania tego, o co zawsze chodziło, chodzi i będzie chodzić, tym innym powodem, dobrze? - Spytał, starając się zignorować perspektywę, z której starał się teraz spojrzeć w oczy Geraldine, licząc na to, że ona też ponownie je wreszcie otworzy.
To nie było dobre miejsce na to, żeby kontynuować zagłębianie się we wszystkie prywatne sprawy. Nawet jeśli pomieszczenie zostało wyciszone. Nawet jeśli mówili szeptem i jeśli wiedział, że usłyszenie ich przez kogoś niepowołanego graniczyłoby teraz z zupełnym absurdem. Było fizycznie niemożliwe. To wciąż wolał mieć większą swobodę zachowań.
Nie po to, żeby pozwalać sobie na zachowania na miarę tego wieczoru (one ewidentnie nie miały ani określonego miejsca, ani czasu; po prostu się działy). Tylko w całkowicie drugą stronę. Zdecydowanie lepiej było rozmawiać w ten sposób. Bez dystansu, bez powstrzymywania ruchów.
- Chciałbym wrócić do domu - tym razem nie zależało to od niego, miał tę świadomość.
W tym momencie nie chodziło też o nic więcej. O zmiany zdania. O przyjmowanie nowej narracji. O rezygnację ze starej. O te wszystkie kwestie, w których nadal się nie zgadzali, nie mając kompromisu, stojąc po dwóch przeciwnych stronach barykady. To nie była kapitulacja. To nie była deklaracja. To była odpowiedź na to elementarne pytanie. To, od którego powinni wyjść już dawno temu.
Nie co mogli.
Czego chcieli.
Nawet jeśli to było niemożliwe. Ten dom już nie istniał, brak możliwości nie zależał od nich czy ich intencji. Od elastyczności narracji. To nie były radosne słowa. To była szczerość. Przynajmniej tyle, przynajmniej na tyle mogli sobie pozwolić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down