Niewiele było osób, którym Robert ufał tak bardzo jak to miało miejsce w przypadku Jonathana Avery'ego. Kuzyna znał od najmłodszych lat. Widział w nim kogoś, na kim można polegać. Wydawało mu się, że na pewne sprawy spoglądali w ten sam sposób; że posiadali te same cele. Przez długie lata działali razem. Dla niego. Dla sprawy. Dla lepszego jutra, które miało wreszcie nadejść - po bardzo długim okresie wyczekiwania. Biorąc to wszystko pod uwagę ciężko nie zrozumieć tego, iż zdrada była w tym przypadku czymś, co Mulciber odbierał mocno personalnie. Poszukiwał kuzyna odkąd niepowodzeniem zakończył się atak wymierzony w sklep Ollivanderów. Choć na ogół nie zaliczało się to do jego obowiązków, zaangażował się w to wszystko osobiście. Sam sprawdzał tropy. Każdy jeden. Z na tyle dużą dokładnością, że nie powstydziłby się tego doświadczony detektyw brygady. Wierzył, że efekty są w tym przypadku kwestią czasu.
Nie spodziewał się jednak, że wszystko przyśpieszy za sprawą jednego listu.
Sowa zjawiła się w czasie, kiedy zajmował się przeglądaniem wydatków z ostatniego miesiąca. Siedział w swoim gabinecie, ze szklanką brandy i całkiem sporym plikiem dokumentów. Nie śpieszył się. W takich sprawach pośpiech nigdy nie był wskazany. Zwłaszcza, kiedy potrzebowałeś wygospodarować całkiem pokaźną sumkę na pewne wydatki. Tu potrzebna była dokładna analiza.
Nie można było popełnić błędu.
Wyciągnął rękę w kierunku Bismarck'a, pozwalając sobie na to, aby pogłaskać sowę po łebku tuż przed tym jak odebrał list. Nie miał tu niczego czym mógł ją w nagrodę poczęstować, ale też nie czuł potrzeby dokarmiania. Tyle dobroci musiało wystarczyć. A było to jak na Mulcibera całkiem sporo. Sięgnął po list. Rozwinął. Przeczytał. Zmarszczył brwi. Sięgnął po szklankę, czując potrzebę wlania w siebie kolejnych procentów. Ilość i tak nie była szczególnie duża. Czy mógł temu zaufać? Odpowiedź była prosta - nie w tym życiu.
Nigdy nie był szczególnie ufny, a jeden Avery zdążył już jego zaufanie stracić.
Nie oznacza to jednak, że otrzymaną szansę zamierzał odrzucić.
Do końca dnia zdołał nie tylko dokończyć zajmowanie się sprawami finansowymi, ale także zaplanować kilka rzeczy związane ze spotkaniem, na które został zaproszony. Przezorny zawsze zabezpieczony, jak to się mawiało. Nie był skłonny do podejmowania nadmiernego ryzyka. Z tego też względu, w dwa dni później, ze świstoklika skorzystały dwie osoby. Jedną był sam Mulciber, drugą natomiast człowiek polecony mu przez Chestera Rookwooda. Ponoć całkiem wprawny w magicznych pojedynkach.
W podróż udali się po wcześniejszym spotkaniu w umówionym miejscu. Nie zaprosił nieznajomego do własnego domu. Wolał zachować w tym przypadku bezpieczny dystans. Spotkali się na Alei Horyzontalnej. Odbyli krótką rozmowę, a następnie pozwolili aby porwał ich sznurek. Nie było to przyjemne uczucie i jak każda podróż tego typu - odbiła się na Robercie uczuciem nudności. Tym razem nie na tyle dużych, aby nie dał rady zachować pozorów.
- Całkiem niezłe lokum, muszę przyznać, Wilhelmie. - przywitał się, dając jednocześnie znać swemu towarzyszowi, żeby nie podejmował żadnych gwałtownych działań, o ile to nie będzie konieczne. Miał tu jedynie czuwać. Wejść w rolę ochroniarza.