05.03.2025, 19:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2025, 21:48 przez Julián Bletchley.)
Architektoniczne kuriozum. W taki sposób można by było opisać sterty akt piętrzących się na biurku pana Julka, które lada moment mogłyby runąć i pogrzebać go pod lawiną biurokratycznego chaosu.
— Jeśli Halinka znowu przysłała mi dokumenty w sprawie tego cholernego przemytu ogórków, to przysięgam, że osobiście nie zdzierżę — fuknął. Bletchley nawet nie podniósł wzroku znad raportu. Z długiej listy rzeczy, które go tamtego dnia nie interesowały, na pierwszym miejscu była ta nieszczęsna sprawa. — Wizengamot już umorzył postępowanie, nie będę po raz trzeci wertował ustawy karnej tylko po to, aby…
I wtedy wreszcie spojrzał, bo ogromna góra dokumentów prawie się zachwiała w rękach osoby stojącej przed nim. Konstrukcja była równie imponująca co niestabilna. Ale no, nie była to ani pani Halinka z recepcji, ani Kevin, którego zwykle wysyłano z dostawą ministerialnej makulatury. To był ktoś nowy. Młody mężczyzna o wyraźnie spiętej postawie przyciskał do siebie stos dokumentów prawie jakby od tego zależało jego życie. Julian zmrużył oczy i przyjrzał mu się z rosnącym zainteresowaniem. Czy przypadkiem nie miał dostać na praktyki jakiegoś świeżaka? Tak, coś mu świtało… Dostrzegł rumieniec. O i masz ci los, jeszcze go zestresował. Auror sięgnął po kubek kawy i upił łyk. W końcu odchylił się w fotelu, rzucił niedbale:
— A więc to ty jesteś tym nowym, co ponoć nawija w każdym języku? Doskonale. Bo jeśli mamy się dogadywać, to szybciej pójdzie nam po hiszpańsku. A mamy sporo do roboty, więc jeśli chcesz stąd wyjść przed szesnastą, to siadaj i słuchaj — Julek po prostu zaczął mówić. Po hiszpańsku. Bez żadnego ostrzeżenia. — To twoja pierwsza wizyta w biurze aurorów i nadal stoisz. Więc już lepiej niż ostatni stażysta. Tamten wszedł, spojrzał na mnie i wybiegł. Mówię do ciebie po hiszpańsku, ale pewnie nie masz pojęcia, o czym bredzę co? — zapytał z udawaną niewinnością. — No właśnie, bo sobie tego praktykanta wymyśliłem. Chyba że rzeczywiście rozumiesz, co mówię. Wtedy będę musiał przyznać, że oto nadszedł najlepszy dzień w mojej pracy — jeszcze żeby dobić młodzika, sięgnął do papierowej torby, którą miał obok i położył ją na stosie dokumentów, nie przejmując się, że papiery ledwo się trzymały w pionie. W środku był pistacjowy pączek. — Masz, dla ciebie. Może cukier trochę da ci więcej energii. Wyglądasz jakbyś zaraz miał mi tutaj upaść, młodzieńcze.
— Jeśli Halinka znowu przysłała mi dokumenty w sprawie tego cholernego przemytu ogórków, to przysięgam, że osobiście nie zdzierżę — fuknął. Bletchley nawet nie podniósł wzroku znad raportu. Z długiej listy rzeczy, które go tamtego dnia nie interesowały, na pierwszym miejscu była ta nieszczęsna sprawa. — Wizengamot już umorzył postępowanie, nie będę po raz trzeci wertował ustawy karnej tylko po to, aby…
I wtedy wreszcie spojrzał, bo ogromna góra dokumentów prawie się zachwiała w rękach osoby stojącej przed nim. Konstrukcja była równie imponująca co niestabilna. Ale no, nie była to ani pani Halinka z recepcji, ani Kevin, którego zwykle wysyłano z dostawą ministerialnej makulatury. To był ktoś nowy. Młody mężczyzna o wyraźnie spiętej postawie przyciskał do siebie stos dokumentów prawie jakby od tego zależało jego życie. Julian zmrużył oczy i przyjrzał mu się z rosnącym zainteresowaniem. Czy przypadkiem nie miał dostać na praktyki jakiegoś świeżaka? Tak, coś mu świtało… Dostrzegł rumieniec. O i masz ci los, jeszcze go zestresował. Auror sięgnął po kubek kawy i upił łyk. W końcu odchylił się w fotelu, rzucił niedbale:
— A więc to ty jesteś tym nowym, co ponoć nawija w każdym języku? Doskonale. Bo jeśli mamy się dogadywać, to szybciej pójdzie nam po hiszpańsku. A mamy sporo do roboty, więc jeśli chcesz stąd wyjść przed szesnastą, to siadaj i słuchaj — Julek po prostu zaczął mówić. Po hiszpańsku. Bez żadnego ostrzeżenia. — To twoja pierwsza wizyta w biurze aurorów i nadal stoisz. Więc już lepiej niż ostatni stażysta. Tamten wszedł, spojrzał na mnie i wybiegł. Mówię do ciebie po hiszpańsku, ale pewnie nie masz pojęcia, o czym bredzę co? — zapytał z udawaną niewinnością. — No właśnie, bo sobie tego praktykanta wymyśliłem. Chyba że rzeczywiście rozumiesz, co mówię. Wtedy będę musiał przyznać, że oto nadszedł najlepszy dzień w mojej pracy — jeszcze żeby dobić młodzika, sięgnął do papierowej torby, którą miał obok i położył ją na stosie dokumentów, nie przejmując się, że papiery ledwo się trzymały w pionie. W środku był pistacjowy pączek. — Masz, dla ciebie. Może cukier trochę da ci więcej energii. Wyglądasz jakbyś zaraz miał mi tutaj upaść, młodzieńcze.