W czasie walki zdarzały się różne dziwne rzeczy. Różne niekoniecznie przewidziane. Może spierdolić najlepsze zaklęcie, a możesz też magicznie odkryć w sobie nowe talenta. Wszystko dlatego, że królową wynalazków nie raz i nie dwa było dzieło przypadku. Ograniczało się to jednak do jednego - działania. Szybkiego, natychmiastowego i nie stania i zastanawiania, co z tym fantem zrobić. Dlatego nawet kiedy zaklęcie poleciało, a Greyback poleciał w tył, lądując na swoich plecach, na ziemi, czarnowłosy nie stał jak kołek w drzwiach. Dał susa, jak jakaś pantera, do przodu i przygniótł butem jego nadgarstek do ziemi, żeby szybko wyrwać mu różdżkę. Będąc w kontakcie bezpośrednim zapach krwi uderzył mocniej w jego nozdrza. Hipnotyzując, mamiąc, nucąc do jego uszka syreni śpiew i prezentując powab, obiecując przyjemność, która była ostatecznym spełnieniem tego nie-życia. I choć niby zaćmiewało mu to zmysły, to jednocześnie jego Bestia była przy tym całkowicie przytomna. I sprawiała też, że on był przytomny również. Że mimo tego, jak trzymał się pod bok i jednym ruchem ze stęknięciem wyrwał drewnianą drzazgę z brzucha, drugą schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni. I na jego twarzy wymalował się uśmiech. Niezdrowy, ale wręcz pełen miłości. Czułości, jaką chciał obdarzyć leżącego teraz pod nim mężczyznę, którego spojrzenie było absolutnie podniecające. W ten kompletnie ześwirowany sposób, w jaki podniecenie może odczuwać tylko wampir. Chciał pozwalać mu się wić i szarpać, mógłby tak nad nim stać i przypatrywać się, jak krwawi, pozwalając, żeby te nerwy i napięcia odpływaały, a zastępowała je ta absolutna błogość sytuacji. Która stałaby się jeszcze bardziej błoga, gdyby tylko mógł zamoczyć paluszki w jego krwi. Pocałować go tak, jak chciał to teraz zrobić. Choć niekoniecznie w ten sposób, w jaki pocałunek składali żywi.
Obejrzał się lekko za ramię na Roberta, lekko krzywiąc i znów napinając. Trochę trzeźwiejąc od tej nagłej gorączki, która wezbrała i przyniosła parę sekund przyjemności wydłużonej w wieczność. Pochylił się po Greybacka i dotknął jego szyi, by zamrozić jego ciało w bezruchu i odebrać możliwość szamotaniny. Niestety. A potem złapał za jego kołnierz i nawet nie próbując być delikatnym przeciągnął go po ziemi z tymi krwawiącymi ranami w kierunku Mulcibera oraz jego świstoklika. Dotknął go i całą trójką przenieśli się prosto do gabinetu, w którym miała czekać na nich Ann.
Sauriel puścił mężczyznę, żeby nie powiedzieć - rzucił go - cofając się dwa kroki w tył. Przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę, kiedy wbijał czarne ślepia (bo teraz tego oczami nie można było nazwać) w ich ofiarę, która paskudziła właśnie podłogę. Brakowało tylko, żeby ślinka mu się toczyła po brodzie - na szczęście takie widoki przeskoczyły nad nami. W swojej przytomności jeszcze się obejrzał na Roberta, żeby ocenić, czy on jest cały i nienaruszony. Ale tak - był.
Czarnowłosy trochę przechylony w bok, ciągle się też pod ten bok trzymając, przeszedł na bok. Takie... boczne rozwiązania, no.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.