07.03.2025, 18:38 ✶
Żaden wybór nie był ciekawy.
— Mordzia, ja nie wiem, czy my sobie damy z tym radę, a co dopiero Morpheus — Julian westchnął zbyt ciężko, jak na sytuację, w której obecnie się znaleźli. — Wiesz jaki jest Hogwart. Jak nie masz traumy po siedmiu latach tutaj, to pewnie wcześniej miałeś tak zjebane życie, że szkoła wydawała ci się całkiem znośna.
No i można byłoby popatrzeć na ich dwójkę. Zostali brygadzistami, co oznaczało, że w którymś momencie uznali ściganie czarnoksiężników za świetny pomysł na życie. U Longbottomów możliwe, że było to rodzinne, ale on? Pepino chyba po prostu kiedyś wypadł z kołyski i upadł na głowę. Młody mężczyzna skrzyżował ręce na piersi, ponownie zerknął na swojego ulubionego pana po fachu. — Trauma to nie jest coś, do czego się pewnie przyzwyczajasz co? — ale ludzie byli zaskakującym gatunkiem, którzy posiadali w sobie całkiem niezłą zdolność adaptacji, więc kto tam wiedział? — Myślę, że jeśli młody będzie miał wsparcie, to sobie z tym poradzi. A jeśli będzie pozostawiony sam sobie, to może latami rozgryzać tę sprawę. Ale no, nie ma takiej samej receptury dla każdego — tak szczerze powiedziawszy, to nie wiedział. Być może młody kiedyś nauczyłby się patrzeć na to jak na jedną rzecz, która się po prostu zdarzyła, może stanowiłoby to dawne wspomnienie w jego głowie — coś, co się w niej odłożyłoby jak kurz na półce. Albo może pewnego dnia obudziłby się w środku nocy z zszarganymi nerwami i wtedy będzie musiał sobie z tym radzić. — Gówniana sprawa — skwitował elokwentnie własny elaborat i przetarł twarz dłonią. — On odnalazł to ciało, tak? Jak tam z nim w ogóle? — sięgnął do kieszeni po swoją paczkę fajek, po czym przypomniał sobie, że wciąż byli w Hogwarcie. Skrzywił się i schował ją z powrotem.
— Czyli mówisz, że chcesz z własnej woli spędzić więcej czasu z rozhisteryzowanymi portretami arystokratów, którzy uważają, że samo rozmawianie z nami to obraza ich honoru? — uniósł brwi, przyglądając się Longbottomowi podejrzliwie. — Kolego, to nie w twoim stylu — przyłożył dłoń do piersi, bo Julek nie musiał nawet widzieć tego błysku w oku Longbottoma, aby wiedzieć, że jego kumpel właśnie wpadł na coś, co technicznie rzecz biorąc nie było nielegalne, ale zdecydowanie nie znajdowało się w podręczniku brygadzisty w dziale rzetelnych procedur śledczych. Coś w stylu miejmy kłopoty, ale takie, żeby się nikt nie kapnął, że to kłopoty. Przez chwilę patrzył na niego jeszcze głupkowato, a potem zerknął na kuferek porcelanowych koników. Dokończenie przeszukania (i tak by niczego nie znaleźli) było równie emocjonujące co składanie raportów o naruszeniach długości mioteł, więc... Cóż.
— Niech ci będzie. Skoro już musimy tamtędy przejść. Tak w ogóle to stawiasz mi piwo po tym — postanowił.
— Mordzia, ja nie wiem, czy my sobie damy z tym radę, a co dopiero Morpheus — Julian westchnął zbyt ciężko, jak na sytuację, w której obecnie się znaleźli. — Wiesz jaki jest Hogwart. Jak nie masz traumy po siedmiu latach tutaj, to pewnie wcześniej miałeś tak zjebane życie, że szkoła wydawała ci się całkiem znośna.
No i można byłoby popatrzeć na ich dwójkę. Zostali brygadzistami, co oznaczało, że w którymś momencie uznali ściganie czarnoksiężników za świetny pomysł na życie. U Longbottomów możliwe, że było to rodzinne, ale on? Pepino chyba po prostu kiedyś wypadł z kołyski i upadł na głowę. Młody mężczyzna skrzyżował ręce na piersi, ponownie zerknął na swojego ulubionego pana po fachu. — Trauma to nie jest coś, do czego się pewnie przyzwyczajasz co? — ale ludzie byli zaskakującym gatunkiem, którzy posiadali w sobie całkiem niezłą zdolność adaptacji, więc kto tam wiedział? — Myślę, że jeśli młody będzie miał wsparcie, to sobie z tym poradzi. A jeśli będzie pozostawiony sam sobie, to może latami rozgryzać tę sprawę. Ale no, nie ma takiej samej receptury dla każdego — tak szczerze powiedziawszy, to nie wiedział. Być może młody kiedyś nauczyłby się patrzeć na to jak na jedną rzecz, która się po prostu zdarzyła, może stanowiłoby to dawne wspomnienie w jego głowie — coś, co się w niej odłożyłoby jak kurz na półce. Albo może pewnego dnia obudziłby się w środku nocy z zszarganymi nerwami i wtedy będzie musiał sobie z tym radzić. — Gówniana sprawa — skwitował elokwentnie własny elaborat i przetarł twarz dłonią. — On odnalazł to ciało, tak? Jak tam z nim w ogóle? — sięgnął do kieszeni po swoją paczkę fajek, po czym przypomniał sobie, że wciąż byli w Hogwarcie. Skrzywił się i schował ją z powrotem.
— Czyli mówisz, że chcesz z własnej woli spędzić więcej czasu z rozhisteryzowanymi portretami arystokratów, którzy uważają, że samo rozmawianie z nami to obraza ich honoru? — uniósł brwi, przyglądając się Longbottomowi podejrzliwie. — Kolego, to nie w twoim stylu — przyłożył dłoń do piersi, bo Julek nie musiał nawet widzieć tego błysku w oku Longbottoma, aby wiedzieć, że jego kumpel właśnie wpadł na coś, co technicznie rzecz biorąc nie było nielegalne, ale zdecydowanie nie znajdowało się w podręczniku brygadzisty w dziale rzetelnych procedur śledczych. Coś w stylu miejmy kłopoty, ale takie, żeby się nikt nie kapnął, że to kłopoty. Przez chwilę patrzył na niego jeszcze głupkowato, a potem zerknął na kuferek porcelanowych koników. Dokończenie przeszukania (i tak by niczego nie znaleźli) było równie emocjonujące co składanie raportów o naruszeniach długości mioteł, więc... Cóż.
— Niech ci będzie. Skoro już musimy tamtędy przejść. Tak w ogóle to stawiasz mi piwo po tym — postanowił.