01.02.2023, 23:41 ✶
Atmosfera pomiędzy nimi gęstniała z każdą kolejną sekundą, zdając się z wolna przybierać materialną postać; Perseus bał się wykonać jakiegokolwiek ruchu, aby nie zostać pochłoniętym przez zastygającą masę, zamierając w bezruchu zupełnie tak, jak ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy spojrzeli w oczy Medusy. On jednak w przeciwieństwie do swego mitologicznego imiennika nie miał wystarczająco odwagi, aby chwycić za obłą rękojeść miecza i odciąć jej głowę; był zaledwie jesienną trzciną, suchą i pustą w środku, ulegającą pod naporem listopadowych wiatrów. Poddał się więc, gdy ukochany szarpnął za poły jego płaszcza z nieznaną mu dotąd siłą. Z ust wyrwał się cichy jęk, gdy plecy natrafiły na przeszkodę w postaci twardej ściany, w przedpokoju, który niegdyś potrafił opisać z zamkniętymi oczami, a w którym wszystko nagle stało się zimne i obce. Dlaczego je zachowałeś, Elliocie?, rozgorączkowane myśli odbijały się pod kopułą czaszki, gdy palce w poszukiwaniu podparcia natrafiły na miękkość kwiecistej tapety – jedynego niezmiennego elementu, łączącego przeszłość z teraźniejszością. Jeśli przesunie dłoń o trzy cale w lewo, tuż za ramę lustra, powinien natrafić na nagą ścianę, nieszczęsne połacie, na które pewnej czerwcowej nocy, przyszpilony przez pasję swojego kochanka w dokładnie tym samym miejscu, wylał zawartość butelki ginu, aż w końcu tapeta pod plamą napęczniała i musieli ją zerwać. Kupił mu wówczas na przeprosiny lustro w złotej ramie, którym zakryli nieestetyczny mankament. Całe życie byli przyuczani do zakrywania blichtrem niedoskonałości. Lustro nadal wisiało w przedpokoju, lecz nie było tym samym, które sprawił mu Perseus. Tamto z niewyjaśnionych powodów pękło ich ostatniej wspólnej nocy – zauważył to ze zdziwieniem, gdy o świcie tchórzliwie wyślizgnął się z ramion Elliotta, nie siląc się nawet na słowa pożegnania. Cóż, wyglądało na to, że tafla odbijała nie tylko ich przemykające w półmroku sylwetki, lecz całą ich relację. Wymienił je, tak jak wymienił jego na Simone.
Różdżka Malfoya zdawała się idealnie pasować do zagłębienia pomiędzy linią żuchwy, a tętnicą jego dawnego towarzysza. Chłód drewna na skórze wyrwał Perseusa ze szponów wspomnień. Źrenice rozszerzyły się, zlewając się w jedno z obręczami ciemnych tęczówek, jednakże próżno było doszukiwać się w nich strachu; brwi ściągnęły się w stuporze spływającym na jego pobladłą twarz. — Dlaczego to robisz? — wychrypiał wreszcie, odurzony znajomym zapachem perfum, od którego oddech stawał się płytszy, zaś nogi miękkie. Nienawidził się za tę słabość względem Elliotta, dlatego prędko przeszedł do ofensywy. — Tak łatwo przecież o mnie zapomniałeś. Szybko znalazłeś pocieszenie w jej ramionach. Na waszym weselu nawet na mnie nie spojrzałeś. Dlaczego więc teraz zachowujesz się, jakbym cokolwiek dla ciebie znaczył? Dlaczego nie potrafisz potraktować mnie jak nieznajomego? — pierwsze słowa wypluł z siebie z niekrytym gniewem, pewnie i wartko. Z każdym kolejnym zdaniem początkowy animusz nabierał coraz wyraźniejszych kształtów rozedrganego żalu, który rozbił się na dłoni Elliotta pojedynczą gorącą kroplą, jaka spłynęła po policzku Perseusa. Chcąc odwrócić jego uwagę od swych emocji, wypuścił z prawej dłoni laskę, która z łoskotem uderzyła o drewnianą podłogę. Druga ręka chwyciła Malfoya za nadgarstek i zmusiła go, aby wbił końcówkę różdżki głębiej w jego skórę.
— Nie zamierzam prosić cię o litość — oświadczył z gorzkim uśmiechem szaleńca, który lada moment miał wyskoczyć z dziesiątego piętra — Chcę żebyś to zrobił. Dalej, nie krępuj się. Wiem, że jesteś do tego zdolny.
Chciał poczuć jak jego gniew rozrywa go na strzępy, kawałek po kawałku, jak pożoga nienawiści trawi jego trzewia, jak dym wypełnia jego płuca, a zmysły jeden po drugim zamierają; dotyk, wzrok, słuch, pozostawiając jedynie zwęglone szczątki. Chciał zostać przez niego ukarany, poczuć gorące języki ognia na swojej skórze, krzyczeć rozpaczliwie, aż głos odmówi mu posłuszeństwa. Być może wówczas uwolniłby się od poczucia straty, które narastało w nim od momentu, w którym po raz ostatni zamknęły się za nim drzwi tego mieszkania.
Kiedy pięć lat temu opuszczał Londyn, był pewien, że postępuje właściwie; oto zawisło nad nim widmo choroby stopniowo obdzierającej go z kontroli nad własnym ciałem. W maleńkim gabinecie wciśniętym pomiędzy bielone sale w których unosił się charakterystyczny dla szpitala zapach sterylności, życie Perseusa legło w gruzach. Wielokrotnie próbował przywołać w pamięci tamtą rozmowę z uzdrowicielem, lecz głosy stawały się przytłumione, twarz traciła ostrość, zaś słowa gubiły sens. Pamiętał natomiast szarość ciemnych chmur wiszących nad miastem oraz duchotę zwiastujące burze, własne serce łomoczące w kruchej klatce żeber oraz pierwsze krople deszczu rozbijające się na chodniku u jego stóp. Aż do tamtego dnia nie wybiegał myślami daleko w przyszłość – w środę zje z Elliottem w kolacje, w piątek podejdzie do egzaminu, a za trzy tygodnie pojadą razem na kilka dni na wieś. Być może latem znów wybiorą się do Francji lub Włoch, będą pływać w ciepłym morzu i spacerować pośród winnych krzewów udając najlepszych przyjaciół. Od czasu do czasu, przekonani, że są ukryci przed cudzymi oczami, złączą usta w pocałunku lub splotą swe dłonie. Będą żyć z dnia na dzień, bez dalekosiężnych planów, ciesząc się swoją obecnością.
Diagnoza zmusiła Perseusa do rozważań nad przyszłością; dziś jeszcze stawiał kroki jak gdyby nigdy nic, jednak z każdym dniem jego stan się pogarszał. Drętwiejące palce prawej stopy nie były wielkim problemem, ale wkrótce petryfikacyjne zaniki nerwowe zaatakowały też śródstopie. Kalectwo było nieuniknione – za dziesięć lub dwadzieścia lat, w zależności od tego, jak szybko jego organizm będzie ulegał chorobie, czekać będzie na niego wózek. Stanie się ciężarem, kulą u nogi, przykrym obowiązkiem, utrapieniem. Nie będzie mógł już dłużej kąpać się w morzu, ani spacerować po winnicach, nie wciągnie ukochanego do pustego zaułka, ani nie pochyli się nad jego uchem, by szeptać bezwstydnie o swojej miłości. A przecież Elliott zasługiwał na znacznie lepszy los, niż zajmowanie się kimś takim, zasługiwał na fale rozbijające się o jego łydki i słońce wiszące nad dojrzewającymi winogronami, na ukradkowe pocałunki i spontaniczne wyznania miłości. Zasługiwał na to, by śmiać się jasno i perliście w ramionach kogoś, kto stanie się dla niego schronieniem i tarczą.
Perseus obawiał się, że nie może mu tego dać, że sama jego miłość nie wystarczy, aby uczynić go szczęśliwym, że któregoś dnia nie podoła stawianym sobie kryteriom bycia godnym Elliotta. Rozpacz przysłoniła mu świat, uniemożliwiając mu klarowne spojrzenie na sytuację. Och, gdyby tylko ukochany nie pozwolił mu wtedy odejść, gdyby tylko szepnął przeciągłe „zostań” i nie wypuszczał ze swych objęć, nigdy nie wyjechałby do Paryża. Zostałby z nim tamtego ranka i kolejnego, budziłby go słodkim ciężarem pocałunków na skroniach aż po kres swych dni.
Różdżka Malfoya zdawała się idealnie pasować do zagłębienia pomiędzy linią żuchwy, a tętnicą jego dawnego towarzysza. Chłód drewna na skórze wyrwał Perseusa ze szponów wspomnień. Źrenice rozszerzyły się, zlewając się w jedno z obręczami ciemnych tęczówek, jednakże próżno było doszukiwać się w nich strachu; brwi ściągnęły się w stuporze spływającym na jego pobladłą twarz. — Dlaczego to robisz? — wychrypiał wreszcie, odurzony znajomym zapachem perfum, od którego oddech stawał się płytszy, zaś nogi miękkie. Nienawidził się za tę słabość względem Elliotta, dlatego prędko przeszedł do ofensywy. — Tak łatwo przecież o mnie zapomniałeś. Szybko znalazłeś pocieszenie w jej ramionach. Na waszym weselu nawet na mnie nie spojrzałeś. Dlaczego więc teraz zachowujesz się, jakbym cokolwiek dla ciebie znaczył? Dlaczego nie potrafisz potraktować mnie jak nieznajomego? — pierwsze słowa wypluł z siebie z niekrytym gniewem, pewnie i wartko. Z każdym kolejnym zdaniem początkowy animusz nabierał coraz wyraźniejszych kształtów rozedrganego żalu, który rozbił się na dłoni Elliotta pojedynczą gorącą kroplą, jaka spłynęła po policzku Perseusa. Chcąc odwrócić jego uwagę od swych emocji, wypuścił z prawej dłoni laskę, która z łoskotem uderzyła o drewnianą podłogę. Druga ręka chwyciła Malfoya za nadgarstek i zmusiła go, aby wbił końcówkę różdżki głębiej w jego skórę.
— Nie zamierzam prosić cię o litość — oświadczył z gorzkim uśmiechem szaleńca, który lada moment miał wyskoczyć z dziesiątego piętra — Chcę żebyś to zrobił. Dalej, nie krępuj się. Wiem, że jesteś do tego zdolny.
Chciał poczuć jak jego gniew rozrywa go na strzępy, kawałek po kawałku, jak pożoga nienawiści trawi jego trzewia, jak dym wypełnia jego płuca, a zmysły jeden po drugim zamierają; dotyk, wzrok, słuch, pozostawiając jedynie zwęglone szczątki. Chciał zostać przez niego ukarany, poczuć gorące języki ognia na swojej skórze, krzyczeć rozpaczliwie, aż głos odmówi mu posłuszeństwa. Być może wówczas uwolniłby się od poczucia straty, które narastało w nim od momentu, w którym po raz ostatni zamknęły się za nim drzwi tego mieszkania.
Kiedy pięć lat temu opuszczał Londyn, był pewien, że postępuje właściwie; oto zawisło nad nim widmo choroby stopniowo obdzierającej go z kontroli nad własnym ciałem. W maleńkim gabinecie wciśniętym pomiędzy bielone sale w których unosił się charakterystyczny dla szpitala zapach sterylności, życie Perseusa legło w gruzach. Wielokrotnie próbował przywołać w pamięci tamtą rozmowę z uzdrowicielem, lecz głosy stawały się przytłumione, twarz traciła ostrość, zaś słowa gubiły sens. Pamiętał natomiast szarość ciemnych chmur wiszących nad miastem oraz duchotę zwiastujące burze, własne serce łomoczące w kruchej klatce żeber oraz pierwsze krople deszczu rozbijające się na chodniku u jego stóp. Aż do tamtego dnia nie wybiegał myślami daleko w przyszłość – w środę zje z Elliottem w kolacje, w piątek podejdzie do egzaminu, a za trzy tygodnie pojadą razem na kilka dni na wieś. Być może latem znów wybiorą się do Francji lub Włoch, będą pływać w ciepłym morzu i spacerować pośród winnych krzewów udając najlepszych przyjaciół. Od czasu do czasu, przekonani, że są ukryci przed cudzymi oczami, złączą usta w pocałunku lub splotą swe dłonie. Będą żyć z dnia na dzień, bez dalekosiężnych planów, ciesząc się swoją obecnością.
Diagnoza zmusiła Perseusa do rozważań nad przyszłością; dziś jeszcze stawiał kroki jak gdyby nigdy nic, jednak z każdym dniem jego stan się pogarszał. Drętwiejące palce prawej stopy nie były wielkim problemem, ale wkrótce petryfikacyjne zaniki nerwowe zaatakowały też śródstopie. Kalectwo było nieuniknione – za dziesięć lub dwadzieścia lat, w zależności od tego, jak szybko jego organizm będzie ulegał chorobie, czekać będzie na niego wózek. Stanie się ciężarem, kulą u nogi, przykrym obowiązkiem, utrapieniem. Nie będzie mógł już dłużej kąpać się w morzu, ani spacerować po winnicach, nie wciągnie ukochanego do pustego zaułka, ani nie pochyli się nad jego uchem, by szeptać bezwstydnie o swojej miłości. A przecież Elliott zasługiwał na znacznie lepszy los, niż zajmowanie się kimś takim, zasługiwał na fale rozbijające się o jego łydki i słońce wiszące nad dojrzewającymi winogronami, na ukradkowe pocałunki i spontaniczne wyznania miłości. Zasługiwał na to, by śmiać się jasno i perliście w ramionach kogoś, kto stanie się dla niego schronieniem i tarczą.
Perseus obawiał się, że nie może mu tego dać, że sama jego miłość nie wystarczy, aby uczynić go szczęśliwym, że któregoś dnia nie podoła stawianym sobie kryteriom bycia godnym Elliotta. Rozpacz przysłoniła mu świat, uniemożliwiając mu klarowne spojrzenie na sytuację. Och, gdyby tylko ukochany nie pozwolił mu wtedy odejść, gdyby tylko szepnął przeciągłe „zostań” i nie wypuszczał ze swych objęć, nigdy nie wyjechałby do Paryża. Zostałby z nim tamtego ranka i kolejnego, budziłby go słodkim ciężarem pocałunków na skroniach aż po kres swych dni.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory