07.03.2025, 12:10 ✶
Zimno biło od zagubionego ducha małej dziewczynki, powodowało gęsią skórkę, było... paraliżujące. A może to tylko strach, który ścisnął Roberta za gardło? Jaka dziwna była to mieszanka! Lęk i współczucie, emocje skonfliktowane ze sobą, ze jednocześnie sobie towarzyszące. Jak toksyczna relacja, w której dwójka skłóconych kochanków wciąż do siebie powracała, nawet jak wiedziała, że nie istniała żadna szansa, by mogli współistnieć. Strach był bardziej cielesny, ewolucyjnie wykształcony, by chronić przed zagrożeniem. Inaczej było z empatią. Ona była sprzeczna z instynktem samozachowawczym, a jednak to dzięki niej było możliwe bycie człowiekiem.
Lęk był mechanizmem, a współczucie fundamentem.
Wziął od dziewczynki pudełko zapałek. Przypominało mu tamtą pozytywkę, którą znalazł poprzedniego dnia. Nie mógł stwierdzić, czy ten przedmiot był materialny. Czy był z tego świata.
– Kupię je od ciebie – oznajmił rozsądnie. Tyle, że takie szybkie rozwiązanie kłopotu nie było możliwe. Nie dało się po prostu uniknąć problemu. Trzeba było się z nim zmierzyć.
Zapal ją – podpowiedziało mu Coś. Było jak wiatr wiejący prosto w twarz, jak ciemność, która dusiła człowieka z każdej strony, nie dawała mu oddychać, póki nie spełnił jej woli.
Niczym w transie, wyjął pierwszą zapałkę i ją rozpalił.
Tym razem był obserwatorem, jakby zaglądał do myślodsiewni. Był w Hogwarcie, w sypialni Gryfonów. Na jednym z łóżek siedział jedenastoletni chłopiec, w bladym świetle czytał zmięty list. Pierwszy rok. Pierwsza zła ocena. Pierwszy list do rodziców. I pierwsza ich odpowiedź. Robert pamiętał dokładnie jej treść. Jestem tobą nieskończenie rozczarowany napisane starannym pismem ojca. Robert nigdy nie umiał tak pisać. W tamtych czasach było jeszcze gorzej, bo robił mnóstwo błędów językowych.
Chłopiec płakał, drżał, cierpiał. Robert chciał do niego podejść, powiedzieć mu, że ojciec wcale nie pisał tego na serio. Że poniosły go po prostu emocje. Tyle, że nie mógł tego zrobić... właściwie z dwóch powodów. Po pierwsze był tylko obserwatorem, a po drugie... skłamałby.
Nikt się też nie budził. Robert pamiętał, że miał na to wielką nadzieję. Że będzie miał przed kim udawać, że wszystko było w porządku. Łatwiej było założyć maskę. Zawsze tak było. Jak miał jedenaście lat i jak już powoli zbliżał się do czterdziestki. Ale pod tą maską krył się ktoś, kto wcale nie był silny ani wygadany. Dziewczynka z zapałkami miała pod tym względem nad nim jedną przewagę: była w stanie poprosić o pomoc.
Zapałka dogasła, poparzyła go po palcach nie ogniem, lecz najmroźniejszym chłodem. Robert znowu znalazł się w ciemnym zaułku. Nie był w stanie określić, czy był on rzeczywisty.
Co się ze mną dzieje?
– Czemu... czemu mi to pokazujesz? – spytał drżącym głosem.
Lęk był mechanizmem, a współczucie fundamentem.
Wziął od dziewczynki pudełko zapałek. Przypominało mu tamtą pozytywkę, którą znalazł poprzedniego dnia. Nie mógł stwierdzić, czy ten przedmiot był materialny. Czy był z tego świata.
– Kupię je od ciebie – oznajmił rozsądnie. Tyle, że takie szybkie rozwiązanie kłopotu nie było możliwe. Nie dało się po prostu uniknąć problemu. Trzeba było się z nim zmierzyć.
Zapal ją – podpowiedziało mu Coś. Było jak wiatr wiejący prosto w twarz, jak ciemność, która dusiła człowieka z każdej strony, nie dawała mu oddychać, póki nie spełnił jej woli.
Niczym w transie, wyjął pierwszą zapałkę i ją rozpalił.
Tym razem był obserwatorem, jakby zaglądał do myślodsiewni. Był w Hogwarcie, w sypialni Gryfonów. Na jednym z łóżek siedział jedenastoletni chłopiec, w bladym świetle czytał zmięty list. Pierwszy rok. Pierwsza zła ocena. Pierwszy list do rodziców. I pierwsza ich odpowiedź. Robert pamiętał dokładnie jej treść. Jestem tobą nieskończenie rozczarowany napisane starannym pismem ojca. Robert nigdy nie umiał tak pisać. W tamtych czasach było jeszcze gorzej, bo robił mnóstwo błędów językowych.
Chłopiec płakał, drżał, cierpiał. Robert chciał do niego podejść, powiedzieć mu, że ojciec wcale nie pisał tego na serio. Że poniosły go po prostu emocje. Tyle, że nie mógł tego zrobić... właściwie z dwóch powodów. Po pierwsze był tylko obserwatorem, a po drugie... skłamałby.
Nikt się też nie budził. Robert pamiętał, że miał na to wielką nadzieję. Że będzie miał przed kim udawać, że wszystko było w porządku. Łatwiej było założyć maskę. Zawsze tak było. Jak miał jedenaście lat i jak już powoli zbliżał się do czterdziestki. Ale pod tą maską krył się ktoś, kto wcale nie był silny ani wygadany. Dziewczynka z zapałkami miała pod tym względem nad nim jedną przewagę: była w stanie poprosić o pomoc.
Zapałka dogasła, poparzyła go po palcach nie ogniem, lecz najmroźniejszym chłodem. Robert znowu znalazł się w ciemnym zaułku. Nie był w stanie określić, czy był on rzeczywisty.
Co się ze mną dzieje?
– Czemu... czemu mi to pokazujesz? – spytał drżącym głosem.