07.03.2025, 18:18 ✶
Nie każde śledztwo kończyło się w momencie zgromadzenia dowodów wystarczających do skazania. Szczegóły operacji były również istotnym zasobem. Pozwalały lepiej poznać charakter działań przestępnych, a więc i przeciwdziałać podobnym w przyszłości, usunąć z rynku pozostały towar Doktora czy przekazać jego receptury do analizy uzdrowicielom ze św. Munga, aby opracowali lepsze metody terapii dla koneserów tego narkotyku.
W piwnicy tymczasem każdy wdech sączył w płuca Longbottoma narkotyk, z każdym oddechem coraz trudniej było czarodziejowi skupić uwagę, a głowa stawała się coraz lżejsza i bujała się na karku to w jedną, to w drugą stronę. Nie miało minąć wiele czasu, nim do reszty odurzony padnie w jakimś kącie.
Choć duo brygadzistów miało przez cały czas wyjątkowy problem z uderzeniem swoimi zaklęciami w Doktora, to Brennie udało się udaremnić przynajmniej jego próbę sięgnięcia po rzeczy z biurka. I na całe szczęście, bo ułamki sekundy dzieliły starca od chwycenia świstoklika, który miał umożliwić mu ewakuowanie się z miejsca zdarzenia. Gdy przedmiot uciekł mu spod palców w najdalszy kąt szuflady, nie pozostało już Żywej Śmierci nic poza kapitulacją. Pozbawiony swojej różdżki, odgrodzony od obu dróg ucieczki, postawiony przed dwójką Brygadzistów — mimo że ten starszy rangą i wiekiem zbliżał się do niego niepokojąco nierównym krokiem — kryminalista nie miał już żadnych opcji.
Zniósł to z godnością. Od momentu aresztowania nie wypowiedział ani słowa, później obrzucał jedynie funkcjonariuszy pogardliwymi, prześmiewczymi spojrzeniami. Brenna jako jedyna miała okazję usłyszeć jego upiorny głos, gdy w piwnicy ostrzegł ją: nie marnuj oddechu, dziecko.
Wkrótce do Longbottomów dołączyło wezwane wsparcie. Zastali det. Clemensa zgonującego pod stołem laboratorium na parterze, z oczami utkwionymi martwo w suficie, spowolnionym oddechem i błogim uśmiechem na ustach. Ogień był już wówczas ugaszony, a Doktor aresztowany i spętany zaklęciami, na oku miała go dzielnie Brenna. Z dokumentów ocalały strzępy, zdecydowana większość kluczowych papierów poszła z dymem.
Tessa była niebotycznie wściekła, gdy Brygadziści zrzucili jej na kanapę w salonie naćpanego męża i wyszli, nakazawszy wysłać sowę, gdyby do rana mu nie zeszła faza. Faza zeszła przed świtem, Clemens Longbottom splądrował spiżarnię, po czym kimał jeszcze do południa. Nie zapomniał następnego dnia szepnąć o Brennie dobrego słowa do Rosy.
W piwnicy tymczasem każdy wdech sączył w płuca Longbottoma narkotyk, z każdym oddechem coraz trudniej było czarodziejowi skupić uwagę, a głowa stawała się coraz lżejsza i bujała się na karku to w jedną, to w drugą stronę. Nie miało minąć wiele czasu, nim do reszty odurzony padnie w jakimś kącie.
Choć duo brygadzistów miało przez cały czas wyjątkowy problem z uderzeniem swoimi zaklęciami w Doktora, to Brennie udało się udaremnić przynajmniej jego próbę sięgnięcia po rzeczy z biurka. I na całe szczęście, bo ułamki sekundy dzieliły starca od chwycenia świstoklika, który miał umożliwić mu ewakuowanie się z miejsca zdarzenia. Gdy przedmiot uciekł mu spod palców w najdalszy kąt szuflady, nie pozostało już Żywej Śmierci nic poza kapitulacją. Pozbawiony swojej różdżki, odgrodzony od obu dróg ucieczki, postawiony przed dwójką Brygadzistów — mimo że ten starszy rangą i wiekiem zbliżał się do niego niepokojąco nierównym krokiem — kryminalista nie miał już żadnych opcji.
Zniósł to z godnością. Od momentu aresztowania nie wypowiedział ani słowa, później obrzucał jedynie funkcjonariuszy pogardliwymi, prześmiewczymi spojrzeniami. Brenna jako jedyna miała okazję usłyszeć jego upiorny głos, gdy w piwnicy ostrzegł ją: nie marnuj oddechu, dziecko.
Wkrótce do Longbottomów dołączyło wezwane wsparcie. Zastali det. Clemensa zgonującego pod stołem laboratorium na parterze, z oczami utkwionymi martwo w suficie, spowolnionym oddechem i błogim uśmiechem na ustach. Ogień był już wówczas ugaszony, a Doktor aresztowany i spętany zaklęciami, na oku miała go dzielnie Brenna. Z dokumentów ocalały strzępy, zdecydowana większość kluczowych papierów poszła z dymem.
Tessa była niebotycznie wściekła, gdy Brygadziści zrzucili jej na kanapę w salonie naćpanego męża i wyszli, nakazawszy wysłać sowę, gdyby do rana mu nie zeszła faza. Faza zeszła przed świtem, Clemens Longbottom splądrował spiżarnię, po czym kimał jeszcze do południa. Nie zapomniał następnego dnia szepnąć o Brennie dobrego słowa do Rosy.
Koniec sesji
piw0 to moje paliwo