10.03.2025, 00:50 ✶
„Z biura Wizengamotu, sir.” Pączek z pasztecikiem stanął mu w gardle. No jasne, jeszcze tego kurwa brakowało. Przysłali mu jednego z tych młodocianych paragrafiarzy, co to chodzą z aktówkami pod pachą od pierwszego roku prawniczych studiów i pięcioma kodeksami wciśniętymi tak głęboko, że nawet uzdrowiciel na urazówce nie dałby rady po nie sięgnąć. Nie no, co za świetna ekipa, Julek nie miał do tego wątpliwości. Wszyscy w biurze aurorów uwielbiali, kiedy Wizengamot wpadał i oznajmiał, że robota, którą wykonywali miesiącami jednak nie spełniała standardów prawa czarodziejów.
— Rzadko kiedy którekolwiek z was stamtąd jest tego świadome — ni to burknął, ni to fuknął. Nie był to przytyk w stronę młodzika, a raczej ogólna refleksja aurora, bo proszę asystent Wizengamotu zachowujący się jak człowiek. Miła odmiana. Powstrzymał się jednakże przed dalszym wygłoszeniem swojego osądu, a to głównie dlatego, że chłopak nie brzmiał jakby sam był przekonany do instytucji, dla której pracował. — Nie ufam ludziom, którzy odmawiają darmowego jedzenia — dodał losowo. Następnie Julek westchnął ponownie tak ciężko, że prawie się sam nad sobą zasmucił. Wyrozumiale potraktowany? Że niby on, jak na dzień dobry wrobił go w rozmowę po hiszpańsku? No nie, to już było smutne. Jakie oni tam w tym prawniczym pierdolniku mieli standardy, że to kwalifikowało się jako wyrozumiałość? — No dobra, to powiedz mi, kto ci się tu tak naraził, że wracasz do nas jakbyś szedł na własną egzekucję? — zapytał. — A i młody, nie musisz mi tu panować. Julian jestem. Możesz tak do mnie mówić. Jeśli chcesz. Bo ciebie zwać mam jak? — i tym samym sięgnął po stos papierów. Co to właśnie było? Papito był zmęczony.
— Rzadko kiedy którekolwiek z was stamtąd jest tego świadome — ni to burknął, ni to fuknął. Nie był to przytyk w stronę młodzika, a raczej ogólna refleksja aurora, bo proszę asystent Wizengamotu zachowujący się jak człowiek. Miła odmiana. Powstrzymał się jednakże przed dalszym wygłoszeniem swojego osądu, a to głównie dlatego, że chłopak nie brzmiał jakby sam był przekonany do instytucji, dla której pracował. — Nie ufam ludziom, którzy odmawiają darmowego jedzenia — dodał losowo. Następnie Julek westchnął ponownie tak ciężko, że prawie się sam nad sobą zasmucił. Wyrozumiale potraktowany? Że niby on, jak na dzień dobry wrobił go w rozmowę po hiszpańsku? No nie, to już było smutne. Jakie oni tam w tym prawniczym pierdolniku mieli standardy, że to kwalifikowało się jako wyrozumiałość? — No dobra, to powiedz mi, kto ci się tu tak naraził, że wracasz do nas jakbyś szedł na własną egzekucję? — zapytał. — A i młody, nie musisz mi tu panować. Julian jestem. Możesz tak do mnie mówić. Jeśli chcesz. Bo ciebie zwać mam jak? — i tym samym sięgnął po stos papierów. Co to właśnie było? Papito był zmęczony.