11.03.2025, 23:31 ✶
Miewała skłonności do pracoholizmu, ale teraz chodziło o coś więcej. O coś osobistego. Było to złe. Miało zbyt duży wpływ na jej funkcjonowanie. Gdy emocje, sprawy osobiste przejmowały kontrolę nad codziennością, człowiek nie myślał trzeźwo — tak sobie zawsze powtarzała. I chociaż w opowieściach dawały one siłę, to w wybranym przez nią sposobie życia przypominały kłody rzucane pod nogi. Obawa rosła cichutko, niezauważanie. Karmiła się wizjami porażki, zaplatała powątpiewanie we własną wiedzę i w samą siebie, niczym warkocza.
Stanley się mylił, ona nie potrzebowała odpoczynku i złapania oddechu, potrzebowała rozwiązania. Zegar tykał, a ludzie dla niej ważni mieli coraz mniej czasu. No, oczywiście wielki Czarnoksiężnik miał być ratunkiem, o ile w ogóle umiał to zrobić i zamierzał sypnąć łaską na swoich ludzi. Co z tymi, którzy znaku nie nosili?
Coraz trudniej było jej powstrzymywać cisnące się na usta przekleństwa, które damie zwyczajnie nie pasowały. Matka zawsze chciała, żeby takową była i ojcu też chyba na tym zależało, więc się starała spełnić ich oczekiwania. Odpowiedzi na zadawane przez niego pytania nie były żadnym sekretem, po prostu tkwiły gdzieś daleko, zapomniane i zakurzone. Przy chaosie panującym w jej umyśle, który chciał znaleźć rozwiązanie, trudno było je odnaleźć. Starała się nie być kobietą sentymentalną.
- Ja? - uniosła brwi z rozbawieniem na twarzy, kręcąc zaraz głową i śmiejąc się krótko pod nosem, szukała wśród korony rosnącego naprzeciw drzewa punktu zaczepienia dla oczu. - To sobie wybrałeś doradcę.
Trąciła go zaczepnie łokciem, odwracając na kilka sekund głowę tak, aby zerknąć w stronę pochmurnego bruneta przez ramię. Tori lub Sauriel przynieśli mu więcej korzyści w tym stanie, niż ona mogła, jeśli to rozmowy o uczuciach i ich prawidłowości potrzebował.
- Jak umarł?
Bezpośrednie pytanie oplecione było tonem pozbawionym współczucia czy żalu względem ojca Borgina, chociaż jego słowa trochę ją zaskoczyły. Nie przypominała sobie, aby jego ciało trafiło do ich kostnicy, ale może w ten właśnie dzień miała wolne, ślęcząc nad księgami i kręgami w zaciszu własnego domu lub w laboratorium z Rudolphusem? Wyprostowała głowę, znów wzdychając. Nie umiała Roberta lubić, nie była też w stanie go szanować przez to, jak postąpił względem swojego syna i kobiety, którą podobno kochał.
- Ojciec to ojciec, niezależnie od jego udziału w życiu i ewentualnej beznadziejności. A do tego odzyskaliście kontakt w ostatnich miesiącach, prawda? Masz prawo czuć smutek, samotność, a może i nawet odrobinę tęsknoty. - przerwała na chwilę, przenosząc spojrzenie na własne dłonie, które ponownie ułożyła na swoich nogach. Zawsze była lepszym słuchaczem niż mówcą, ale chciała w jakiś sposób go wesprzeć, jeśli tego właśnie potrzebował. Na tyle, w jakim stopniu umiała. Pamiętała, że współczucie i poklepywanie po plecach były najgorszym, co ludzie mogli jej mówić w tamtym okresie. Czas wcale nie sprawił, że dla dziecka było to łatwiejsze, jedynie pomógł przenieść nieobecność matki do codzienności. I dał jej poniekąd buty kobiety. Musiała zająć się bratem, domem, pomóc ojcu. Stanley nie miał tego obowiązku. Był dorosły. Był wolnym człowiekiem — no, prawie, nie licząc tatuażu.
- Może tego nie widzisz teraz, ale też dużo straciłeś. Nie umniejszaj sobie. - kontynuowała spokojnym, charakterystycznym dla siebie głosem, patrząc w przestrzeń gdzieś przed sobą. Pytanie, które chciała mu zadać kilka sekund wcześniej, gdzieś uciekło i zupełnie inne słowa padały z jej ust. - Nie wchodź w jego buty Stanley. Jesteś lepszym człowiekiem, niż on kiedykolwiek był.
Powinien żyć dalej, po swojemu. Tak, jak wychowała go Anne. Robert był długo nieobecny, a gdy już łaskawie zdecydował zainteresować się synem, umarł. Los umiał być złośliwie przewrotny. - Stać Cię na więcej.
Tego była pewna.
Stanley się mylił, ona nie potrzebowała odpoczynku i złapania oddechu, potrzebowała rozwiązania. Zegar tykał, a ludzie dla niej ważni mieli coraz mniej czasu. No, oczywiście wielki Czarnoksiężnik miał być ratunkiem, o ile w ogóle umiał to zrobić i zamierzał sypnąć łaską na swoich ludzi. Co z tymi, którzy znaku nie nosili?
Coraz trudniej było jej powstrzymywać cisnące się na usta przekleństwa, które damie zwyczajnie nie pasowały. Matka zawsze chciała, żeby takową była i ojcu też chyba na tym zależało, więc się starała spełnić ich oczekiwania. Odpowiedzi na zadawane przez niego pytania nie były żadnym sekretem, po prostu tkwiły gdzieś daleko, zapomniane i zakurzone. Przy chaosie panującym w jej umyśle, który chciał znaleźć rozwiązanie, trudno było je odnaleźć. Starała się nie być kobietą sentymentalną.
- Ja? - uniosła brwi z rozbawieniem na twarzy, kręcąc zaraz głową i śmiejąc się krótko pod nosem, szukała wśród korony rosnącego naprzeciw drzewa punktu zaczepienia dla oczu. - To sobie wybrałeś doradcę.
Trąciła go zaczepnie łokciem, odwracając na kilka sekund głowę tak, aby zerknąć w stronę pochmurnego bruneta przez ramię. Tori lub Sauriel przynieśli mu więcej korzyści w tym stanie, niż ona mogła, jeśli to rozmowy o uczuciach i ich prawidłowości potrzebował.
- Jak umarł?
Bezpośrednie pytanie oplecione było tonem pozbawionym współczucia czy żalu względem ojca Borgina, chociaż jego słowa trochę ją zaskoczyły. Nie przypominała sobie, aby jego ciało trafiło do ich kostnicy, ale może w ten właśnie dzień miała wolne, ślęcząc nad księgami i kręgami w zaciszu własnego domu lub w laboratorium z Rudolphusem? Wyprostowała głowę, znów wzdychając. Nie umiała Roberta lubić, nie była też w stanie go szanować przez to, jak postąpił względem swojego syna i kobiety, którą podobno kochał.
- Ojciec to ojciec, niezależnie od jego udziału w życiu i ewentualnej beznadziejności. A do tego odzyskaliście kontakt w ostatnich miesiącach, prawda? Masz prawo czuć smutek, samotność, a może i nawet odrobinę tęsknoty. - przerwała na chwilę, przenosząc spojrzenie na własne dłonie, które ponownie ułożyła na swoich nogach. Zawsze była lepszym słuchaczem niż mówcą, ale chciała w jakiś sposób go wesprzeć, jeśli tego właśnie potrzebował. Na tyle, w jakim stopniu umiała. Pamiętała, że współczucie i poklepywanie po plecach były najgorszym, co ludzie mogli jej mówić w tamtym okresie. Czas wcale nie sprawił, że dla dziecka było to łatwiejsze, jedynie pomógł przenieść nieobecność matki do codzienności. I dał jej poniekąd buty kobiety. Musiała zająć się bratem, domem, pomóc ojcu. Stanley nie miał tego obowiązku. Był dorosły. Był wolnym człowiekiem — no, prawie, nie licząc tatuażu.
- Może tego nie widzisz teraz, ale też dużo straciłeś. Nie umniejszaj sobie. - kontynuowała spokojnym, charakterystycznym dla siebie głosem, patrząc w przestrzeń gdzieś przed sobą. Pytanie, które chciała mu zadać kilka sekund wcześniej, gdzieś uciekło i zupełnie inne słowa padały z jej ust. - Nie wchodź w jego buty Stanley. Jesteś lepszym człowiekiem, niż on kiedykolwiek był.
Powinien żyć dalej, po swojemu. Tak, jak wychowała go Anne. Robert był długo nieobecny, a gdy już łaskawie zdecydował zainteresować się synem, umarł. Los umiał być złośliwie przewrotny. - Stać Cię na więcej.
Tego była pewna.